Szczególna teoria czyli nieistniejący paradoks

Faktem jest, że szczególna teoria względności (STW) ma szczególny dar przyciągania obalaczy. Część z nich przyciąga osoba Alberta Einsteina, czy raczej jego sława, a właściwie chęć jej zburzenia. Argumentują, że to wcale nie on jest odkrywcą, ale zupełnie kto inny i powołują się przy tym także na inne jego „rzekome” osiągnięcia, tak jakby fizyka była tworzona przez indywidua w kompletnej izolacji, a sława była zawsze sprawiedliwa…

Rzeczywiście, tzw. ruchy Browna wyjaśnił głębiej prof. Smoluchowski z UJ, a o krok od otrzymania równań grawitacji Einsteina był Dawid Hilbert. W przypadku słynnej pracy Einsteina z 1905 nt. szczególnej teorii względności było „jeszcze gorzej”,  bo autor nie umieścił tam żadnych odwołań, ani cytowań – w szczególności do pionierskich publikacji Henri Poincaré’go.  Owszem, nawet z paru różnych powodów, zachowanie Einsteina może bulwersować, ale odmawianie mu osobistego i wyjątkowego wkładu w powyższych przypadkach jest zupełnie bez sensu. W dodatku, swą jedyną nagrodę Nobla otrzymał za zupełnie oryginalne wytłumaczenie (także z 1905!) efektu fotoelektrycznego poprzez hipotezę istnienia fotonów – kwantów fal elektromagnetycznych.

Jednak tak czy inaczej, wcześniej czy później obalacze atakują samą teorię względności przedstawiając jej rzekomo paradoksalną, czyli sprzeczną naturę. Ulubionym tego przykładem jest tzw. paradoks bliźniąt. Zacznijmy jednak ab ovo, czyli od przypomnienia, że obalenie STW oznaczałoby automatycznie obalenie równań Maxwella, czyli obalenie elektromagnetyzmu (klasycznego). Bo właśnie historycznie, owa szczególna teoria względności została wywiedziona z rozważań nt. elektromagnetyzmu – wpierw w 1900 przez Poincaré’go i w owym 1905 przez Einsteina – przypomnijmy tytuł jego publikacji: „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu).

Dlaczego to jest teoria szczególna? A, bo dotyczy TYLKO fizyki w układach inercjalnych, czyli układach odniesienia, w których każde ciało, niepodlegające zewnętrznemu oddziaływaniu z innymi ciałami, porusza się bez przyspieszenia (tzn. ruchem jednostajnym prostoliniowym) lub pozostaje w spoczynku. STW po prostu zawiera w sobie stary aksjomat Galileusza o niezmienności praw fizycznych w tychże układach inercjalnych, ale nowym aksjomatem jest stałość prędkości światła w próżni (= c), niezależnie od ruchu jego źródła czy obserwatora! I właśnie ten aksjomat prowadzi do szeregu spektakularnych zjawisk, kiedy prędkości ciał są bliskie owej prędkości maksymalnej, czyli c. Tutaj warto nadmienić, że słynna relatywistyczna równoważność masy i energii była dla Poincaré’go paradoksem i to właśnie Einstein zrobił ten wielki krok i uczynił z niej zasadę i to wykraczającą poza zjawiska elektromagnetyczne!

Wracając w końcu do tego tzw. paradoksu bliźniąt trzeba znowu podkreślić, że nie jest to żaden paradoks, ani sprzeczność. Wręcz przeciwnie – jest to jeden z najlepszych, pedagogicznie rzecz biorąc, przykładów poglądowych na „działanie teorii”.

W dodatku uważam, iż – co jest wyjątkowe – polska wiki daje lepszy opis problemu niż przegadana i przekomplikowana wersja angielska! U góry dałem obrazek stamtąd, który świetnie wyjaśnia źródło „efektu bliźniaków”. Przypomnijmy o co tam chodzi: o hipotetyczną podróż jednego z bliźniaków z prędkością podświetlną (powyżej to okolo 75% c) na odległość pięciu lat świetlnych – tam i z powrotem. Otóż, przy ponownym spotkaniu okazuje się, że brat-astronauta jest o prawie 4 lata młodszy od brata bliźniaka, który pozostał na Ziemii!

Jak już wyżej wspomniałem – to nie jest żaden paradoks, ale zwykłe przewidywanie STW. Potwierdzone to zostało wielokrotnie, bezpośrednio i doświadczalnie, wprawdzie nie na ludziach, ale na innych obiektach o skończonym czasie życia, a które potrafimy przyspieszać do podświetlnych prędkości**. A jak argumentują nasi obalacze? Np. powołując się na aksjomat względności! Dlaczego mamy jakąś różnicę między braćmi skoro z punktu widzenia brata-astronauty to właśnie Ziemia oddala się z identyczną prędkością, tyle że o przeciwnym zwrocie!

I jest w tym trochę racji, co można zaobserwować na wykresie u góry – rzeczywiście podczas dwóch faz ruchu jednostajnego do i z powrotem – wzajemne obserwacje sygnałów przyjęć urodzinowych braci są IDENTYCZNE!! Symetria jest wtedy zupełna, ale jest złamana w trzech momentach, kiedy nasz astronauta startuje, zawraca i hamuje. I jest złamana w sposób absolutny – brat na Ziemii wie, że to nie on zawraca, bo nie odczuwa żadnych PRZYSPIESZEŃ. Cały efekt bierze się z „przeskakiwania” astronauty pomiędzy RÓŻNYMI układami inercjalnymi: wpierw, z tego w spoczynku do tego w ruchu „do”, potem do tego w ruchu „z”, i w końcu z powrotem do spoczynku. TO właśnie jest przyczyną obserwowanej różnicy wieku, a NIE jakoby inny sposób płynięcia czasu w rakiecie i na Ziemi – czas „własny” (czy „biologiczny”) płynie i tu i tam identycznie.

Za to względnie rzecz biorąc, czyli z punktu widzenia obserwatora zewnętrznego – czas płynie wolniej w obiekcie poruszającym się względem owego obserwatora. Zatem, obaj bracia tak właśnie interpretują sygnały nt. swoich wzajemnych urodzin, tyle że tylko astronauta dokonuje owych kluczowych (i „absolutnych”) „przeskoków” pomiędzy układami inercjalnymi, które w efekcie powodują absolutną różnicę wieku przy ich ponownym spotkaniu.

_

**) Wyjątek to klasyczny eksperyment z 1971 na „bliźniaczy efekt”, czyli zegary atomowe na pokładzie samolotu. O czym za moment…

___

PS. Żeby uniknąć nieporozumień, tak na wszelki wypadek – brat-astronauta w żaden sposób nie żyje dłużej „z własnego punktu widzenia”, czy też jego koleżanek i kolegów w owej rakiecie – różnica wieku się pojawia dopiero przy porównaniu do tych co zostali na Ziemi. Jest to, innymi słowy, sposób, aby żyć (dużo) dłużej z punktu widzenia ziemskiej historii… wracając z jeszcze dłuższej i szybszej podróży np. po 300 ziemskich latach.

Reklamy

Zapomniany sowiecki kiler

Po podpisaniu w Brześciu, 3 marca 1918, sowiecko-niemieckiego traktatu pokojowego, „angielski plan” Jaroszyńskiego załamał się. 2 kwietnia owego roku niemieckim ambasadorem w Rosji został Wilhelm von Mirbach, z którym to Karol Jaroszyński rozpoczął tajne pertraktacje w sprawie „finansowej współpracy”. Niestety, już 6 lipca ambasador ginie zastrzelony przez Blumkina – 18-letniego Żyda z Odessy…

Jakub Blumkin urodził się 12 marca (stary styl) w 1900 roku w Odessie. Jego ojciec, Girsz Samojłowicz Blumkin (1865, Sośnica – 1906, Odessa), był sprzedawcą w sklepie spożywczym, a jego matka, Haja-Liwsza Lejbowna (1867, Owrucz -?) gospodynią domową. Przed przeprowadzką do Odessy rodzice mieszkali w Kijowie, gdzie urodziły się ich starsze dzieci.

Od 1914 roku, po ukończeniu Talmud-Tory (bezpłatnej żydowskiej szkoły podstawowej dla dzieci z biednych rodzin), Jakub pracował jako elektryk… Brat Lew był anarchistą, a siostra Róża socjaldemokratką. „W 1914 wstąpił do Partii Socjalistów-Rewolucjonistów, a po rozłamie w partii w 1917 należał do lewicowych eserowców. Od maja 1918 pracował w Czeka, jako szef departamentu ds. walki z międzynarodowym szpiegostwem. 6 lipca 1918, z polecenia kierownictwa lewicowych eserowców, zastrzelił z rewolweru niemieckiego ambasadora Wilhelma von Mirbach-Harffa, co miało się przyczynić do zerwania przez Niemcy pokoju brzeskiego, któremu przeciwna była niebolszewicka lewica. Bunt eserowców w Moskwie po zabójstwie stłumili strzelcy łotewscy.

Blumkin po klęsce przewrotu ukrywał się. Został skazany zaocznie na trzy lata pozbawienia wolności. W 1919 przebywał na obszarze URL, gdzie przygotowywał zamach na atamana Pawło Skoropadskiego. 16 maja 1919 został ułaskawiony na mocy amnestii, a w 1920 wstąpił do RKP(b), gdzie pracował w Ludowym Komisariacie Armii i Marynarki Wojennej oraz Czeka, a od 1923 w GPU.

W lecie 1920 pełnił funkcję komisarza w Armii Czerwonej, a od września był studentem Akademii Sztabu Generalnego. W okresie od listopada do grudnia 1920 zorganizował masowe egzekucje białych oficerów na Krymie po klęsce armii gen. Piotra Wrangla. W latach 1920–1921 był szefem sztabu 79. Brygady, później dowódcą brygady, tłumiącej rebelię na dolnym Powołżu oraz antonowszczyznę. Jesienią został dowódcą 61. Brygady, prowadzącej walki z wojskami von Ungern-Sternberga.

Od 1922 pracował w sekretariacie Lwa Trockiego jako człowiek do zadań specjalnych. W latach 1924–1925 był asystentem pełnomocnika OGPU na Zakaukaziu, a następnie do 1926 pracował w Ludowym Komisariacie Handlu. W latach 1926–1927 główny instruktor wewnętrznego bezpieczeństwa państwa w Mongolii. Od 1928 do 1929 rezydent radzieckiego wywiadu na Bliskim Wschodzie.

W 1929 został wysłany do Francji z misją zabicia dysydenta Borysa Bażanowa. Zamach nie udał się. Jako rezydent OGPU w Turcji, w trakcie powrotu z Indii przez Konstantynopol, spotkał się z Lwem Trockim na Wyspach Książęcych. W 1929 powrócił do ZSRR, wioząc przesyłkę z listami i książkami od Trockiego. Wkrótce potem został aresztowany pod zarzutem przekazywania Trockiemu tajnych materiałów ze stambulskiej rezydentury wywiadowczej. 3 listopada OGPU zdecydowało o rozstrzelaniu „za ponowną zdradę rewolucji proletariackiej”. Wyrok wykonano 8 listopada 1929.”

Nigdy nie został zrehabilitowany.

PS. Taka oto sekwencja wydarzeń latem 1918-go:

6 lipca – ginie ambasador Niemiec

17 lipca – egzekucja carskiej rodziny

2 sierpnia – lądowanie Brytyjczyków w Archangielsku: https://en.wikipedia.org/wiki/North_Russia_Intervention#Landing_at_Archangelsk

5 sierpnia – Jaroszyński ucieka z Piotrogrodu…

By w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi „dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce”

Dalszy ciąg nadzwyczajnego** rosyjskiego artykułu nt. Karola Jaroszyńskiego:

„Zgodnie z projektem porozumienia amerykańscy kapitaliści musieliby wydać wymagane kwoty w całości lub w części, gdy otrzymają odpowiednie zabezpieczenie, jako które Jaroszyński zaoferował akcje w przedsiębiorstwach cukrowniczych, znajdujące się w jego strefie wpływów, co łącznie stanowiło około 50% całego rosyjskiego przemysłu cukrowniczego, oraz także „udziały różnych rosyjskich przedsiębiorstw komercyjnych i przemysłowych, hipoteki na już istniejących i nabytych ziemiach, fabrykach i innych nieruchomościach, a jeśli to konieczne, i portfel weksli pierwszej klasy. ” Projekt ten okazał się jednak niemożliwy do zrealizowania (najwyraźniej, ponieważ Aschberg został wyrzucony z Rosji z powodu swoich niemieckich powiązań).

Trudności finansowe nie przeszkodziły w dalszym wzbogacaniu się Jaroszyńskiego. Dopiero rewolucja październikowa postawiła na jego drodze barierę. Nic dziwnego, bo był jednym z najbardziej zagorzałych wrogów władzy sowieckiej. 30 listopada 1917 r. Jaroszyński spotkał się z przywódcą Prywatnego Zgromadzenia Dumy Państwowej, M.W. Rodzianką, podczas którego rozmawiali o pomocy finansowej dla białego ruchu, po czym Jaroszyński zaczął regularnie uczestniczyć w spotkaniach konspiracyjnych w mieszkaniu biznesmena i awanturnika, uczestniczącego w polowaniu na koncesje na Dalekim Wschodzie, W. M. Wonliarliarskiego***. Tu Jaroszyński spotykał się nie tylko z przywódcami rosyjskiej kontrrewolucji, ale także z brytyjskimi przedstawicielami, którzy poszukiwali „kanałów finansowania białych armii na południu”, a także by w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi „dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce„.

Jednym z głównych partnerów Jaroszyńskiego był angielski komisarz, Hugh Leech. Przybył do Rosji w 1912 roku, po studiach rachunkowości w Manchesterze i inżynierii w Hamburgu, ożenił się z mieszkanką Rostowa nad Donem i zaangażował w biznes naftowy, w którym szybko odniósł sukces. W warunkach przedwojennej ekspansji przemysłowej zarabiał spore pieniądze, najpierw w firmie naftowej, a następnie w operacjach pośrednictwa. „Tylko nieliczni wiedzieli, że przez wiele lat był brytyjskim tajnym agentem.” Wraz z innym angielskim obywatelem, Leech założył firmę pośredniczącą Leech & Firebrace, a po rewolucji październikowej stał na czele brytyjskiego biura propagandowego Cosmos, które sfinansowało kontrrewolucyjną propagandę w Moskwie i Piotrogrodzie i mieściło się w budynku ambasady brytyjskiej.

Chociaż Wonliarliarski twierdził, że Jaroszyński po raz pierwszy spotkał Leecha w swoim mieszkaniu, najwyraźniej już się znali. O spotkaniach z Jaroszyńskim i opracowaniu wspólnego planu wykupu akcji i obligacji rosyjskich banków w związku z „silnym spadkiem cen wszystkich akcji i oprocentowanych papierów wartościowych”, Leech informował brytyjskiego ambasadora J. Buchanana. Polecił ściślejszą znajomość z Jaroszyńskim, oficerowi misji wojskowej, pułkownikowi Terence Keyesowi, który był pracownikiem wywiadu, ale wyższej rangi, mającemu za sobą pracę w Indiach, a następnie w rejonie Zatoki Perskiej jako rezydent brytyjskiego wywiadu, wreszcie od 1916 r. w Rosji.

Keyes poprosił Leecha o zorganizowanie spotkania z Jaroszyńskim. Miało to miejsce ponownie w mieszkaniu Wonliarliarskiego, gdzie Jaroszyński powiedział Keyesowi, że jeśli Londyn przeznaczy 200 milionów rubli, zyska pełną kontrolę nad rosyjskim handlem zagranicznym poprzez banki – Rosyjski Bank Handlowy i Przemysłowy, Bank Międzynarodowy, Wołżsko-Kamski Bank Handlowy i Syberyjskie banki kupieckie; pozwoli to na założenie Banku Kozackiego na południu, który sfinansuje A. M. Kaledin i M. V. Aleksejew. Keyesowi spodobał się ten projekt i opowiedział o tym Buchananowi. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, ambasador chciał usłyszeć opinię byłych ministrów carskich, „którym z pewnością ufał”. Wonliarliarski napisał, że tymi osobami byli minister finansów, a następnie minister spraw zagranicznych M. M. Pokrowski i premier A. F. Trepow, a według Kettle, byli to N. N. Pokrowski i Minister Rolnictwa A.W. Krywoszein. Obie osoby, do których skierował się Buchanan, odpowiedziały, że „uważają projekt Jaroszyńskiego za godny poważnej uwagi”. Jak zauważyli już radzieccy naukowcy: „Brytyjscy kapitaliści spodziewali się pokryć swoje wydatki ze stukrotnym naddatkiem różnego rodzaju oszustwami finansowymi związanymi z Rosją”.

Na początku grudnia 1917 r. szczegółowe sprawozdanie projektu Jaroszyńskiego zostało wysłane do Londynu, którego nazwiska nie wymieniono z powodu konspiracji. Oczekiwano, że autoryzacja nastąpi natychmiast, ale nie otrzymano żadnej odpowiedzi. Okazując niecierpliwość, Jaroszyński spotkał się z Leechem i poprosił go, by powiedział Keyesowi, że pilnie potrzebuje 6 milionów, aby ukończyć operację kupna Rosyjskiego Banku Handlu Zagranicznego. Leech starał się wystraszyć szefów – jeśli kwota nie zostanie przydzielona, ​​Niemcy mogą kupić ten bank. Z powodu choroby Leech przekazał sprawę swojemu partnerowi Firebrace’owi. Ten ostatni zwrócił się do F. Lindleya, radcy w Ambasadzie Brytyjskiej ds. Gospodarczych. Ten odmówił pomocy. Następnie Firebrace udał się do G. O. Benensona, dyrektora Banku Rosyjsko-Angielskiego, który zgodził się na pożyczkę krótkoterminową. Kiedy Firebrace zgłosił to Lindleyowi, ten wpadł we wściekłość ponieważ nie znosił Benensona i tym razem dał gwarancję zapłaty wymaganej kwoty przez brytyjską ambasadę. „Od tego czasu – zauważa Kettle – kwestia finansowania Jaroszyńskiego w celu utworzenia kozackiego banku była nierozerwalnie związana z angielskimi próbami wykorzystania go jako pośrednika dla uzyskania przez brytyjski rząd kontroli nad wszystkimi ważniejszymi bankami Rosji.”

Dalsze losy Karola można odnaleźć w ciekawym artykule krakowskiego MCK:

„14 grudnia 1917 r. komisja śledcza Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich wydała dekret o nacjonalizacji banków oraz nakaz aresztowania Jaroszyńskiego. Wymeldowany w marcu 1918 r. przez swego pełnomocnika Jana Surbiaka przez kilka miesięcy się ukrywał. Piotrogród opuścił dopiero 5 sierpnia tego roku, tj. dzień po lądowaniu aliantów w Archangielsku, poruczając Surbiakowi zadanie ratowania pozostawionego nad Newą wciąż ogromnego majątku…

Po opuszczeniu Piotrogrodu Jaroszyński udał się najpierw do Kijowa, a następnie na południe Rosji, skąd w początkach 1919 r. trafił do Odessy, którą opuścił wiosną na pokładzie francuskiego torpedowca. Osiedlił się we Francji (w Paryżu rezydował w Hotelu „Vendôme”), gdzie próbował zebrać resztki znajdującej się za granicami państwa rosyjskiego fortuny. Kierownicy banków, których akcje posiadał, żądali jednak utraconych w Piotrogrodzie oryginalnych akcji, z kolei niektórzy z byłych podwładnych podważali dla własnej korzyści tytuły własności dawnego pryncypała. Jaroszyński nie mógł też liczyć na interwencję rządu polskiego, który nie zdawał sobie sprawy ze skali jego przedrewolucyjnej działalności (i nie wykorzystał również możliwości jakie stwarzał w tym zakresie traktat ryski z 1921 r.)…

W 1920 r. przeprowadził się do Polski, gdzie korzystając z koniunktury inflacyjnej, stworzył nowy koncern finansowy, nabywając akcje różnych przedsiębiorstw i banków. Zamieszkał w pałacyku hr. Sobańskich w al. Ujazdowskich. W latach 1920–1922 był doradcą finansowym Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego (1867–1935), którego przestrzegał przed dominacją kapitału niemieckiego w rodzimej bankowości; w późniejszym okresie za jego reprezentanta uważał Hipolita Gliwica (1878–1943)…

Zmarł 8 września 1929 r. na dur brzuszny w szpitalu św. Ducha w Warszawie.”

Miał wtedy raptem 51 lat, no ale trafił się tyfus…

CDN

PS. Mocna rzecz – w 1921 Jaroszyński współorganizuje Bank Rosyjsko-Polski, którego zostaje dyrektorem. Niestety, bank ów zostaje wykupiony w 1923 przez… https://pl.wikipedia.org/wiki/American_Jewish_Joint_Distribution_Committee! Firma natychmiast zmienia nazwę na… Bank dla Spółdzielczości SA i staje się centralą żydowskiej spółdzielczości kredytowej w Polsce.

PPS. W 1923 kiedy padał Bank Rosyjsko-Polski i Jaroszyński szukał bez powodzenia możliwości kredytowych także u Żydów – wtedy usłyszał pytanie: „Czemu Pan ten uniwersytet założył?”.

„W 1917 r. za radą ostatniego rektora petersburskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej ks. Idziego Radziszewskiego (1871– 1922) zaangażował się w ideę utworzenia w Lublinie uczelni katolickiej, późniejszego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. 28 czerwca 1918 r. wystosował do polskiego episkopatu list, w którym pisał: „Obowiązkiem naszym jest dążenie po przebytych cierpieniach do odrodzenia Polski, a więc wytężenie wszystkich sił w celu wskrzeszenia największej sumy energii narodowej” (St. Zieliński, Karol Jaroszyński, s. 3). Zadanie to spełnić miała wszechnica katolicka, otoczona w jego zamyśle siecią fabryk, umożliwiających studentom aktywizację społeczną i zdobywanie wiedzy praktycznej. Zadeklarował wówczas przekazanie na budowę nowej uczelni 1 mln rub. i 300 tys. na jej potrzeby w pierwszym roku funkcjonowania. Plany te udaremnił przewrót bolszewicki. Pomimo ruiny finansowej w latach 1918–1922 ofiarował do Lubina 350 tys. rub., ok. 15 mln marek, 291 tys. koron, 500 funtów i 40 tys. franków, a kolejne sumy wpłacał aż do śmierci.”

___

**) А. А. ФУРСЕНКО z Вопросы истории – 1987 – № 10 – С. 183-188, pt. РУССКИЙ ВАНДЕРБИЛЬТ – Rosyjski Vanderbilt. https://pl.wikipedia.org/wiki/Cornelius_Vanderbilt

Myślę, że nieprzypadkowo TAKI artykuł ukazał się „w szczycie” pierestrojki…

***) После революции жил с женой, Надеждой Семёновной, в Петрограде; дочь Мария жила в это время в Берлине. В июле 1923 года подал заявление о выдаче загранпаспортов для выезда с женой и сыном в Германию на лечение, но в октябре получил отказ (жена паспорт получила). В феврале 1924 года вновь подал заявление, но вновь получил отказ. 19 сентября 1924 года был арестован и заключён в тюрьму; через месяц освобождён. В апреле 1925 года он вновь хлопотал о выдаче загранпаспортов, 6 мая получил отказ, 16 мая просил помощи Е. П. Пешковой в разрешении выезда за границу. Наконец, в июле 1925 года выехал в Германию, позднее — во Францию.

Умер в 1946 году в Карловых Варах

Kamień, Kaliszanie oraz ład i porządek w Tłokini

Patronka Kalisza w kościele św. Ducha w Pesthidegkút na Węgrzech

__

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Kamień słynął szeroko z wysokiego poziomu gospodarstwa, ładu i porządku, mimo że przez pięć pokoleń rodziły się tutaj same córki i one dziedziczyły majątek. Zmieniały się nazwiska i herby, Kamień jednak jak ta skała wśród burzliwego morza powstań i wojen pozostał w rękach jednej rodziny, z czego można wyciągnąć naukę, że panie na Kamieniu potrafiły swoich małżonków trzymać ostrą ręką i nakłonić do właściwego administrowania dziedziczną schedą.

Przeszło jednak sporo czasu, zanim oswoiłem się z nowym otoczeniem i poznałem tutejszych ludzi. Najprędzej zapoznałem się ze służbą dworską i pracownikami kamieńskimi. W Kaliskiem prawie wszyscy ziemianie gospodarowali osobiście, bez administracji, a jedynie przy pomocy nieocenionych w swoim rodzaju włodarzy.

Każdy majątek miał dwóch włodarzy: jednego od robót konnych, a drugiego od prac ręcznych. Byli to zwykle ludzie, którzy swoimi zdolnościami wybijali się ponad zwykły poziom. Przeważnie świetni fachowcy, obeznani od dzieciństwa z wszelkiego rodzaju robotami na roli, a często mający spore doświadczenie nabyte w Niemczech, dokąd za dawnych czasów większość ludności udawała się na prace sezonowe.

Włodarze znali na wylot robotników i wiedzieli czego można od nich żądać, jaką pracę można wykonać w określonym czasie, mieli bardzo wyostrzony zmysł spostrzegawczy i niespotykane wyczucie roli. Do ich cech ujemnych należały: nagminna skłonność do kieliszka i skłonność do samorzutnego wynagradzania siebie przy młócce, przy zdawaniu obroku, przy sprzątaniu roślin pastewnych i okopowych… W sumie jednak te przekroczenia kosztowały przynajmniej trzy czwarte mniej niż utrzymanie rządcy; patrzono więc na to przez palce jak na coś, co wchodziło w skład obyczajów włodarskich.

W Kamieniu zastałem dwóch włodarzy: Dziubka od fornali i Tabakę od „ręczniaków”. Były to pierwszej klasy stare wygi i obaj niepośledni pijacy. Obydwaj znali się doskonale na roli i gdy chcieli, mogli dokonywać cudów; od razu też wiedzieli, kto się na roli zna, a kto nie i w takich przypadkach lubili „pofuszerować”.

Dziubek był mały, krępy, bardziej dobroduszny od Tabaki, natomiast Tabaka przewyższał go tak sprytem, jak i zdolnościami pochłaniania alkoholu bez widocznych następstw. Nieraz znajdowano Dziubka, mającego słabą głowę, w półprzytomnym stanie na skraju pola lub na brzegu rowu odpływowego zwanego rowem macicznym. Dziubek był też niepoślednim meteorologiem i przepowiadał pogodę lub deszcz zależnie od kierunku lotu gawronów zwanych w dialekcie miejscowym „glapami”.

– Ade proszę jaśnie pana, glapy ciągną od Biernatek, to na jutro pewnikiem będzie lało.
Dziubek miał czterech rosłych synów. Z nich Józef, spryciarz i „żulik”, był gajowym w Kamieniu, a drugi, Marcin, który niedawno wrócił z wojska, zaczął pracę u mnie jako zwykły „ręczniak”. Awansowałem go na starszego włodarza, bo był zdolny, pracowity, ale jak się później okazało, miał nieco „długie ręce”.

Całe to młodsze pokolenie Dziubka służyło w kawalerii, a Józef zaczął swoją karierę w ułanach rosyjskich, by skończyć jako ułan polski. Nie słyszałem, czy się czymś odznaczył w boju, dowiedziałem się jednak, że w czasie ostatniej wojny był mężem opatrznościowym szwadronu. Potrafił on spod ziemi wydostać kury, kaczki, gęsi, którym szybko ukręcał szyje i nieznacznym ruchem wkładał swoją zdobycz pod mundur. Jako starszy gajowy Kamienia doskonale prowadził nagonkę, znał wszystkich okolicznych kłusowników i w czasie dorocznych polowań jednym rzutem oka umiał zmiarkować, który z nagonki miał coś na sumieniu i w milczeniu sięgał zręcznie pod koszulę delikwenta i wyciągał postrzelonego bażanta lub królika.

Niestety, po kilku latach Józef rozwydrzył się nieco, więc byłem zmuszony podziękować mu za wierną służbę. Opuścił Kamień z nieodstępnym, nieco przymorzonym głodem, Zofirem. Każdy bowiem pies Dziubka, będący zwykle trudną do określenia mieszaniną ras, nazywał się tradycyjnie Zofir, co miało oznaczać „zefir”.

Jedną z charakterystycznych postaci dawnej służby kamieńskiej był Antoni Józefiak, będący już na emeryturze, ale doglądający jeszcze źrebaków. Był to świetny psycholog, znał na wylot wszystkie słabości dziedziców, umiał jak nikt opowiadać o dawnych czasach i stał się nieodłącznym przyjacielem moich dzieci w czasie ich letnich wakacji.

– Ade proszę panienki – opowiadał mojej córce o majątku mojego teścia – u pana Rumockiego tobyły fajn budynki. Na dachu każdego był znak. Na stajni koń, na oborze krowa, na kurniku kura, na chlewni świnia, a wszystko wycięte z blachy i pomalowane, a na spichrzu to był szczur z długim ogonem.

Niełatwo mi było przyzwyczaić się do miejscowego dialektu i do swoistego przekręcania liter. Mego teścia zwano panem Rumockim, nie mówiono „przez most” ale „bez most”, nie mówiło się „bez czapki” ale „przez czapki”, na dziewczyny w polu pokrzykiwało się „ty selero jedna”, a każde zdanie zaczynało się „ade”. Dużo było również naleciałości niemieckich, jak „hakanie” buraków, „rapsik” czy „pyry” lub „dryl”.

 

Wydajność pracy w Kaliskiem trzykrotnie przewyższała wydajność naszych flegmatycznych i powolnych Litwinów. Zastanawiało mnie to tym bardziej, że robotnik, szczególnie sezonowy, odżywiał się znacznie gorzej niż u nas na świętej Żmudzi, gdzie codziennie na obiad parobek musiał mieć mięso, bliny z mąki grochowej, suto zabielany krupnik i okraszoną botwinę, w której pływały grube kawały słoniny.

Pracownicy Kamienia mieli swoje wady, bo któż z nas ich nie ma, ale w gruncie rzeczy byli to doskonali pracownicy i ludzie zacni, oddani swojemu pracodawcy i w chwilach krytycznych można było na nich polegać. Tych ludzi wspominam z miłością i sentymentem.

Sąsiednia wieś Kamień oddzielona była od dworu szosą i wąskim pasem zabudowań folwarcznych. Składała się ona z kilkunastu pełnorolnych gospodarstw. Chłopi byli zamożni, bowiem przy likwidacji serwitutów zostali przez mojego teścia obdzieleni hojnie gruntem. Wieś była zabudowana porządnie, zagrody chłopskie otoczone były sadami, obszerne izby miały wielkie okna, budynki gospodarskie w większości murowane. Na początku wsi mieścił się urząd gminny, nieco dalej szkoła elementarna, wreszcie na wielkim placu nad stawem, na gruntach ofiarowanych przez mojego teścia, mieściła się ochotnicza straż pożarna. W gruncie rzeczy dwór był dobroczyńcą wsi. Za czasów rosyjskich było już w Kamieniu kółko rolnicze, była straż ogniowa, była wreszcie tajna szkółka, w której uczono nie tylko pisać i czytać, ale także historii i geografii. Szkołą opiekowała się moja teściowa, mając do pomocy freblówkę opłacaną oczywiścieprzez dwór.

Mimo to stosunek wsi do dworu nie był ani przyjazny, ani sąsiedzki. Długie lata administracji rosyjskiej i działalność komisarzy ziemskich, których głównym zadaniem było poróżnienie wsi z dworem, na pewno pozostawiło osad niechęci u chłopów kaliskich. Jednakże i w tym ludzie było coś niesympatycznego, a dominującą cechą chłopa kaliskiego była przebiegłość i fałsz; może demoralizująco wpłynął na to charakter pogranicza z szeroko rozpowszechnionym przemytnictwem, a co za tym idzie pijaństwem i oszustwem. Lud tutejszy był nie tylko zdemoralizowany, ale i zdegenerowany, brzydki, karłowaty, skłonny do bójek, kradzieży i nożownictwa. Nie było w nim nic z kmiecia polskiego.

Mimo to lud ten przy wszystkich swoich wadach miał w głębi duszy niemało cech dodatnich. Niestety, rządy odrodzonej Polski nie tylko nie przyczyniały się do podniesienia poziomu moralnego i kulturalnego chłopa kaliskiego, ale wręcz przeciwnie – patrzyły przez palce na demagogię, bezbożnictwo szerzone wśród ludu przez liczne zastępy półinteligentów, operujących w tak zwanym terenie na polecenie partii chłopskiej czy Wyzwolenia. Bezczelność tych agitatorów partyjnych, którzy niczym wszy oblazły chłopa polskiego, przechodziła wszelkie granice. Często były to kanalie, wobec których rosyjski komisarz ziemski wydawał się człowiekiem nieposzlakowanym.

Gdy jesienią 1922 roku osiadłem w Kamieniu, trafiłem na okres szczególnego rozpanoszenia się demagogii i kadzichłopstwa, na okres różnych karkołomnych eksperymentów społecznych i wyraźnej agitacji komunistycznej. Często słyszałem, i to nawet od bogatych gospodarzy, że chłop polski czeka na bolszewików jak na zbawienie.

Przyzwyczajonemu do przyjacielskich stosunków na Litwie, gdzie chłop był prawdziwym sąsiadem i miał wrodzone poczucie godności osobistej, pierwsze zetknięcie z nowymi sąsiadami nie zostawiło na mnie dobrego wrażenia. Tutaj we wzajemnych stosunkach panował fałsz. Chłop, gdy miał interes, kłaniał się w nogi i upokarzał, natomiast przed kościołem uważałby za dyshonor przywitać się z dziedzicem lub uchylić czapki. Wyniesiona z Litwy naturalna poufałość z chłopem, w warunkach Kongresówki była nie na miejscu, byłaby poczytywana za słabość lub „kadzichłopstwo”. Musiałem więc obrać inne metody obcowania z miejscową ludnością i od początku podkreślić, że nie pozwolę przekroczyć pewnych granic, co dało dobre rezultaty.

W samej wsi zauważyłem też daleko idący podział społeczny. Wielkorolny gospodarz uważałby sobie za ujmę zadawać się z małorolnym lub fornalem dworskim. Wśród gospodarzy wyróżniały się tak wyrobieniem, jak i rzeczowym podejściem oraz uprzejmością dawno zasiedziałe we wsi rodziny chłopskie i z nimi dosyć szybko doszedłem do porozumienia.

Plagą natomiast była powiększająca się liczba małorolnych, powstała z parcelacji sąsiedniego majątku Zborowa. Nie można było się obronić od szkód i kradzieży, wypasania zasiewów, wykradania snopów z pola, czy ziemniaków z kopców, a do tego dochodziło jeszcze kłusownictwo. Trzymałem uzbrojoną służbę leśną, która ujrzawszy złodzieja, nie czekając strzelała nabojami nabitymi grubym kalibrem śrutu. Raniony kłusownik czy złodziej polowy nigdy nie przyznawał się gdzie i przez kogo był raniony, ale nauczka skutkowała. Oddawanie spraw do sądu było ze względu na atmosferę polityczną chybione, gdyż sądy z zasady uniewinniały złodziei, przyczyniając się tym samym do coraz większej demoralizacji.

Taki był skutek rywalizacji partii chłopskich o głosy wyborców. We wsiach potworzyły się pod auspicjami płynącymi ze stolicy związki młodzieży wiejskiej patronowane przez partię chłopską, Wyzwolenie, Wici, a potem nie lepsze Związki Strzeleckie, których bezkarność przechodziła wszelkie granice. W czasie nabożeństwa nieraz grupy wyrostków wiejskich hałasowały przed kościołem, śpiewając nieprzyzwoite piosenki ku utrapieniu duchowieństwa. Lepsza część włościaństwa, do którego należało przeważnie starsze pokolenie, nie miała żadnego autorytetu, a często obawiała się o własną skórę, jednak poznałem kilku gospodarzy orientujących się w rozkładowym wpływie partii chłopskich.

Niedaleko od Marchwacza leżały dwa dwory, z którymi również utrzymywaliśmy miłe, sąsiedzkie stosunki. Były to Rożdżały należące do państwa Suskich, bliskich krewnych mojej żony, i Tłokinia należąca do pana Ignacego Chrystowskiego.

Pan Ignacy ukończył rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i był doskonałym rolnikiem. Niestety, był również zagorzałym endekiem, wielbicielem Dmowskiego i ruchliwym, a bezkompromisowym działaczem Stronnictwa Narodowego. Z ramienia tegoż stronnictwa był wybrany na posła do drugiego Sejmu. Pan Ignacy z powodu swego nieprzejednanego charakteru bywał często narażony na przykrości ze strony administracji państwowej, szczególnie w okresie rozpanoszenia się BBWR. Ta jego polityczna nieugiętość doprowadziła wreszcie do wycofania się przez niego ze Związku Ziemian, któremu zarzucał oportunizm względem władz administracyjnychi sanacji.

W Tłokini panował ład i porządek. Państwo Chrystowscy mieszkali w pałacyku wybudowanym namiejsce starego dworu i urządzonym z wielkim gustem.

Być może z powodu daleko posuniętego pedantyzmu Tłokinia mimo gościnności gospodarzy i doskonałej kuchni nie była sąsiedztwem „na co dzień”. Trzeba było być zaproszonym albo zawczasu oznajmić gospodarzom o swoim przyjeździe. Dom mimo starannego urządzenia był nieco sztywny: wszystko było starannie ułożone na tym samym miejscu, nie znalazło się tam ani ździebełka kurzu. Służący, ubrany zawsze w granatową, odprasowaną liberię, dopełniał solennej atmosfery wszystkich przyjęć w Tłokini.”

Jaroszyński, Rasputin i inni

Jedną z najwybitniejszych postaci finansowej oligarchii przedrewolucyjnej Rosji był K. J. Jaroszyński. Badanie działań jego koncernu pozwala głębiej zrozumieć relacje między rosyjskimi i zachodnimi finansistami w 1917 roku, niektóre aspekty zaplecza finansowego kontrrewolucji i antysowieckiej interwencji wojskowej. Działania koncernu Jaroszyńskiego już przyciągnęły uwagę sowieckich historyków. Jednak szczegółowe okoliczności jego funkcjonowania w latach 1917-1918 stały się znane dopiero po publikacji książki brytyjskiego dziennikarza M. Kettle’a, napisanej przy użyciu materiałów angielskiego Gabinetu Wojny, Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wywiadu. Przedstawiając tę ​​książkę czytelnikom, wydawca zauważył, że autor zbadał „próby aliantów przestrzeżenia, a następnie odwrócenia rewolucji bolszewickiej”. Dane Kettle potwierdzają dokumenty Centralnego Archiwum Państwowego ZSRR, które wcześniej nie zostały w pełni wprowadzone do obiegu naukowego lub w ogóle nie zostały wykorzystane.

Karol Józefowicz Jaroszyński pochodził z rodziny polskich właścicieli ziemskich, którzy posiadali duże majątki w regionie Winnicy. W 1834 roku Jaroszyńscy zostali nobilitowani. W 1911 r., podczas wizyty Mikołaja II w Kijowie, brat Karola Franciszek został awansowany na młodszego szambelana dworu, co przybliżyło Jaroszyńskich do kręgów dworskich. Korzystając z nowych powiązań, bracia aktywnie angażowali się w działania na rzecz przedsiębiorczości w latach przedwojennej ekspansji przemysłowej, a następnie w czasie pierwszej wojny światowej znacznie zwiększyli swoje bogactwo. W marcu 1916 r. swój stan posiadania K. Jaroszyński oszacował na 26,1 mln rubli. W kwietniu 1916 r., przy wsparciu największego moskiewskiego banku [Francuzi!], Banku Rosyjsko-Azjatyckiego, kupił jedną z wiodących instytucji finansowych, Rosyjski Bank Handlowo-Przemysłowy.

Kiedy w 1916 r. powstał związek banków prowincjonalnych w postaci Banku Związkowego (Союзный банк), Jaroszyński został wiceprzewodniczącym jego zarządu. W tym czasie przeniósł się do Piotrogrodu i osiadł w jednej z pałacowych rezydencji przy ulicy Morskiej (dom Połowcowa). Szwedzki finansista Olof Aschberg**, który znał Jaroszyńskiego, napisał, że „poprzez Rasputina nawiązał potężne stosunki z rosyjskimi arystokratami, i mówiono, że powinien poślubić jedną z carskich córek”. P. Bykow także napisał w swoich wspomnieniach o bliskości Jaroszyńskiego z kręgiem Rasputina i o jego kontaktach z rodziną cesarską. Bykow jako przewodniczący Rady Robotników i Żołnierzy z Jekaterynburga była świadkiem ostatnich miesięcy życia Romanowów (rodzina królewska spędziła je w Jekaterynburgu). Według Ashberga Jaroszyński uczestniczył w spekulacjach na giełdzie, mając nadzieję na sprawowanie kontroli nad innymi bankami. Żonglując funduszami banków, był w stanie przeprowadzić operacje finansowe i gospodarcze na dużą skalę i stał się jednym z najpotężniejszych magnatów finansowych w Rosji.

Obalenie autokracji, pomimo utraty poparcia dworu, nie ugasiło zapału Jaroszyńskiego do działań spekulacyjno-przedsiębiorczych – zdołał on przeprowadzić szereg poważnych transakcji. Najważniejszym z nich było przejęcie stołecznego Banku rosyjskiego handlu zagranicznego, który posiadał dwie firmy cukrownicze, firmę ubezpieczeniową i finansował działalność zbożową w regionie Wołgi. Operacja ta przeprowadzona została przez Jaroszyńskiego wraz z Międzynarodowym Bankiem Handlowym Petrogradu (Санкт-Петербу́ргский междунаро́дный комме́рческий банк), który kontrolował handel zbożem na południu, największe kopalnie węgla i przedsiębiorstwa hutnicze w kraju. „W związku z konsekwencjami operacji wojskowych i zmienionej sytuacji w kraju (Rewolucja lutowa – A.F.), potrzeba zjednoczenia i wzajemnej pomocy w przyszłych działaniach rosyjskiego Banku Handlowo-Przemysłowego, Piotrogrodzkiego Międzynarodowego Banku Handlowego i Banku rosyjskiego handlu zagranicznego”, mówi memorandum sporządzone przy tej okazji. Rosyjski Bank Handlowo-Przemysłowy utworzył konsorcjum na zakup i późniejszą sprzedaż udziałów w Banku rosyjskiego handlu zagranicznego. Pod kontrolą Jaroszyńskiego znalazły się dziesiątki krajowych przedsiębiorstw branż metalurgicznej, mechanicznej, tekstylnej, transportu parowego i kolejowego, cukierniczej i innych.

Konsul brytyjski w Odessie, który śledził działalność Jaroszyńskiego, podziwiał jego umiejętności, zauważając jednak, że „często odczuwał potrzebę środków z powodu braku gotówki”. Chociaż Jaroszyński nadal korzystał z kredytu w Banku Rosyjsko-Azjatyckim i otrzymywał od niego wielomilionowe pożyczki, pożyczał też pieniądze za granicą, w szczególności podpisał umowę z British British Bank of Foreign Trade i nawiązał bliski kontakt z London City i Midland Bank, który później stał się jego głównym brytyjskim partnerem. W czerwcu 1916 r., Z pomocą Aschberga, Jaroszyński podjął próbę zawarcia porozumienia w sprawie dużej pożyczki z amerykańskimi kapitalistami, która zapewniłaby grupie rosyjskich przemysłowców kierowanych przez Jaroszyńskiego „kapitał 100 milionów rubli na potrzeby rosyjskiego przemysłu i handlu” przez okres pięciu lat. Zaprosił mnie do swojego pałacu – wspomina Aschberg – i opowiedział mi o swoich rozległych planach wykorzystania naturalnych zasobów Rosji, powiedział: Do tego potrzebuję pożyczki z zagranicy.

CDN

**) „Pomógł finansować rewolucję rosyjską, a w dowód wdzięczności rząd Rosji Radzieckiej pozwolił w 1920 roku Aschbergowi robić interesy z RSFRR. Aschberg został szefem [nomenomen…] Ruskombanku, pierwszego radzieckiego banku międzynarodowego (Antony C. Sutton, Wall Street and the Bolshevik Revolution, chapter XI, 1974)…

Po wybuchu II wojny światowej został internowany przez rząd Vichy w obozie Vernet, ale w styczniu 1941 został uwolniony i uciekł z rodziną do Stanów Zjednoczonych, przez Lizbonę”.

Jego wnuk był szwedzkim maoistą…

https://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Aschberg

 

 

„Miałem więc do Mościckiego, tego parweniusza i eks-socjalisty nieprzezwyciężony wstręt”

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Rok 1926 zastał Polskę dławiącą się w dusznej, jakby przepełnionej elektrycznością atmosferze. W powietrzu czuć było zbliżającą się burzę. Obserwując tylko wieś, sytuację gospodarczą można było uznać za złą i budzącą sprzeciw społeczny. Ziemiaństwo i gospodarstwa folwarczne, a więcnajbardziej produktywny odłam rolnictwa, były systematycznie rujnowane przez niewspółmierne podatki, przez brak tańszego kredytu, przez reformę rolną, która coraz bardziej wżerała się we własność powyżej 50 hektarów i rokrocznie zagarniała za bezcen ziemie folwarczne. Niemieckie ziemiaństwo w tym czasie korzystało z jak najdalej idącej pomocy ze strony Rzeszy, z niskoprocentowych pożyczek, z pomocy w postaci nawozów mineralnych, maszyn i narzędzi rolniczych.

Natomiast w Polsce na majątkach niemieckich, których właściciele wyemigrowali do Vaterlandu, majątkach o wysokiej kulturze rolnej, uprzemysłowieniu i produkcji pan minister rolnictwa Poniatowski osadzał małorolnych z Małopolski, którzy za cały sprzęt przywieźli z sobą jakieś drobne koniki i jednokonne pługi i tymi to narzędziami zaczęli drapać ciężkie, pszenno-buraczane gleby pomorskie. Pan Poniatowski osadzał tych swoich pupili w naprędce skleconych domkach, podczas gdy obok zabudowania folwarczne szły w ruinę. Ten bezmyślny, głupi proces reformy rolnej wzbudził do rządu polskiego jawną nienawiść zamożnego, przywiązanego do tradycji chłopa pomorskiego i niejeden z nich wzdychał do przedwojennych czasów dobrej pruskiej administracji i opieki nad rolnictwem.

Widok tych „poniatówek”, tych zrujnowanych, dawniej pięknych zabudowań, widok porośniętych chwastami ugorów, tam gdzie dawniej złociły się łany pszenicy i ciemną zielenią odbijały pola buraczane, był dla każdego zdrowo myślącego rolnika czymś, co można określić jednym słowem: obrzydliwość. Było to prawdziwe „Polnische Wirtschaft”, za które się wstydziłem w czasie mojego pobytu w Genewie, skierowany tam przez MSZ do negocjacji z Litwą w sprawie żeglugi na Niemnie. Oglądałem oficjalne raporty do Ligi Narodów, opatrzone danymi liczbowymi i fotografiami, stwierdzające zniszczenie rolnictwa na ziemiach dawnego zaboru pruskiego.

Brak nawozów stał się również poważnym problemem. Rolnictwo polskie było prawie z nich ogołocone. Na Śląsku rząd polski przejął od Niemców zakłady chemiczne produkujące azotniak i saletrę wapniową. Osiadł tam prof. Mościcki jako naczelny dyrektor i pseudowynalazca metody produkcji azotniaku, która to metoda była już wynaleziona przez Norwega, prof. Hegelunda. Mimo tej produkcji, nie można było jednak uzyskać potrzebnych ilości nawozów azotowych. Rolnik miotał się jak ryba w sieci, ale korzyści polityczne brały przewagę nad interesem gospodarczym. Gdy podczas gwałtownego spadku cen na zboże otworzono szerokie wrota dla importu żyta węgierskiego, rolnicy polscy po interpelacji w Sejmie otrzymali prostą odpowiedź: „Panowie nie znają się na polityce zagranicznej. Rządowi polskiemu chodzi o utrzymanie jak najlepszych stosunków z Węgrami”…

Wreszcie zobaczycie kogo wam wyznaczą na prezydenta, na pewno ani Zamoyskiego, ani Bnińskiego, wyznaczą wam Mościckiego, tego ex-Weleta, dla którego nawet ta dla nas -Arkonów, mało sympatyczna, lewicująca korporacja okazała się zanadto prawicowa. Szanuję wszelkie przekonania, ale socjaliści jak Mościcki przekonań w ogóle nie posiadają i zobaczysz, że z chwilą, gdy zasiądzie „przy korycie”, na pewno zapomni o swojej przeszłości i będzie się pławił w dobrobycie i reprezentacji. Zapewniam ciebie, że będzie to kosztowny prezydent, za którego i ja, i ty będziemy płacić…

Nie zamieniłem z prof. Mościckim bodaj jednego słowa, ani będąc kilkakrotnie zaproszony na przyjęcia na Zamku, ani w Kaliszu, gdy jako prezes Związku Ziemian witałem go na granicy powiatu, ani siedząc naprzeciw przy stole w czasie przyjęcia prezydenta na ratuszu tego miasta. O Mościckim słyszałem natomiast wiele od ś.p. Matki mojej. Było to w roku 1905. Matka z młodszą moją siostrą Anielką spędzała zimę w Lozannie, a Mościcki ze swoim przyjacielem Suligowskim prowadzili prace naukowe na uniwersytecie we Fryburgu i nieraz odwiedzali moją Matkę, która zawsze lubiła młodzież. Z tych dwóch uczonych Suligowski był wołem roboczym, a Mościcki potrafił zbierać laury wyłącznie dla siebie i umiał zręcznie usunąć w cień Suligowskiego, któremu zawdzięczał jeżeli nie wszystko, to wiele.

Spotykałem Suligowskiego później często: spotkałem go w Syłgudyszkach, gdy przyjechał złożyć uszanowanie mojej Matce, spotkałem go w Strzelcach u mojego szwagra Beliny, spotkałem go wreszcie w Łodzi jako człowieka bardzo rozgoryczonego. Mościcki był już wówczas prezydentem i pławił się we własnej chwale, w zbytku i „reprezentacji”. Mościckiemu zależało bardzo, aby nie dopuścić imienia Suligowskiego do zasług związanych z ich pracami chemicznymi i tępił swojego byłego kolegę gdzie mógł i jak mógł. W efekcie Suligowski, wybitny uczony, zajmował jakieś podrzędne stanowisko w przemyśle łódzkim.

Miałem więc do Mościckiego, tego parweniusza i eks-socjalisty nieprzezwyciężony wstręt i daleko posuniętą antypatię. Kto Marszałkowi sugerował wybór Mościckiego, tego nie wiem, podobno była to inicjatywa Bartla, niech mu Bóg ją wybaczy; Marszałek wysunął jeszcze jedną kandydaturę zacnego prof. Mariana Zdziechowskiego, jednego z rzadkich już dziś, kryształowo czystych ludzi. Narodowcy wysunęli kandydaturę hr. Bnińskiego. W czasie wyborów głupota wyborców i socjalistyczna demagogia zwyciężyły. Ludowcy oddali swoje głosy na Mościckiego i w dniu 1 czerwca 1926 roku Ignacy Mościcki został prezydentem. Zaczął się nowy, nie mniej tragiczny okres Rzeczypospolitej, okres życia nad stan, okres szastania publicznymi pieniędzmi na utrzymanie dworu prezydenta, na rozdmuchane do wielkości ambasad placówki zagraniczne, zaczęło się życie na pokaz, kilkanaście samochodów osobistych prezydenta,rezydencje, polowania i różne reprezentacyjne zbytki, na które nigdy nie pozwoliłaby sobie ani bogata Szwecja, ani Dania, ani Holandia.

Typowy dla parweniuszy brak umiaru pociągnął innych. Córka Jodko-Narkiewicza szastająca tysiącami dolarów w Paryżu, pan Przedpełski, szef półpaństwowego koncernu „Wspólnota Interesów” przywożący z Moskwy łupy w postaci biżuterii i innych kosztowności, to tylko czubek góry lodowej, w jakiej niegdyś skromni socjaliści i legionowe wywiałki mościły się na posadach o wielotysięcznych pensjach. Zaczął się nieprzebierający w środkach nepotyzm, obsadzanie miejsc przez krewnych Mościckiego. Uszy były wiecznie prześwidrowane wiadomościami o bohaterskich wyczynach inżyniera Bobkowskiego, zięcia Mościckiego, a skandal z Michałem Mościckim, synem prezydenta, którego zrobiono ambasadorem w Brukseli, mógł oburzyć każdego uczciwego człowieka. Jak większość dzieci parweniuszy dopuszczonych do władzy, synek Mościckiego wsławił się tam rozwiązłym życiem i przegraniem w karty znacznych sum opłaconych z funduszy dyspozycyjnych MSZ czy fundacji kórnickiej. Hołota na ogół degeneruje się już w pierwszym pokoleniu. Nie czułem jednak w sobie „schadenfreude”, widząc tego obraz, bo wszystko to nie przynosiło zaszczytu Polsce, a zagrażało jej bezpieczeństwu.

Może jedyną dodatnią cechą, ale bynajmniej nie charakteru, lecz czysto zewnętrzną pana Ignacego Mościckiego była wyniosła postać i dobra mina. Zaroiło się od jego fotografii i portretów już to we fraku przepasanym wielką wstęgą Orderu Orla Białego, już to na koniu, już to ze strzelbą w ręku na stanowisku w kniei. „Wiry, wiry, i to piaskowe. Piasek zasypuje Polskę całą, zmieniając ją w pustynię, na której rodzić się będą jeno szakale” – myślałem często o tych słowach Sienkiewicza.

Pieniądze publiczne pochodziły z podatków, a urząd skarbowy jak dawniej czynił wszystko, by je pomnażać kosztem obywatela produkującego. Dwójka pomnożona przez dwójkę daje w rezultacie pięć, a jedynka pomnożona przez jedynkę daje w rezultacie dwójkę. Miałem w życiu i na wyższych studiach dużo do czynienia z matematyką, alematematyka polskiej skarbowości pozostała dla mnie na zawsze czymś niezrozumiałym, co może teoria względności mogłaby zgłębić…

Polska zaczynała wstępować na drogę rządów totalitarnych, a przy tym miała dwa obozy równolegle do totalitaryzmu dążące, a więc endecję i Ozon, który w znacznej mierze na endecji się wzorował i wiele przejął z jej ideologii. Stanowisko zajęte przez generała Kazimierza Sosnkowskiego, drugiego bliskiego współpracownika ś.p. Marszałka i przy tym Inspektora Armii, wobec tego co się działo w kraju było dla mnie niesmaczne. Te „laissez faire, laissez aller” również względem zagadnień wojskowych budziło we mnie sprzeciw. Sosnkowski był człowiekiem zdolnym, inteligentnym, nie pozbawionym pięknych porywów i tego, co potocznie nazywamy patriotyzmem. Wydaje mi się, że przyczyną jego życiowej inercji i obrania drogi nie wymagającej najmniejszego wysiłku z jego strony był być może dobrobyt, który go całkowicie pochłonął po jego młodości połączonej z ciężkimi warunkami materialnymi. Tak to często bywa z ludźmi, którzy wyszli z biedy, a dorwali się do pieniędzy, majątków i zaszczytów.

Miałem możność obserwowania jego życia i mam wrażenie, że pozycja „ziemianina” w nabytym za bezcen pięknym Bukowcu, polowania po kniejach arystokracji polskiej, do której jako parweniusz miał dziwny sentyment, wreszcie inne słabostki ludzkie, które każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu posiada, całkowicie go pochłonęły. Trudno mi było uwierzyć, aby Inspektor Armii miał oczy do takiego stopnia zaślepione własną osobą, że nie widział tego, co się dzieje na szczytach wojskowych i administracyjnych. W każdym razie ani razu nie słyszałem, aby się postawił sztorcem, aby stuknął pięścią w stół, aby wywalił prawdę Mościckiemu lub Rydzowi-Śmigłemu… Nie zrobił tego, bo było mu to osobiście niewygodnie, bo to wymagało natężenia woli, której ten człowiek nie posiadał.

Gdy zabrakło w Polsce autorytetu, to trzeba było sztucznie ten autorytet stworzyć. Użyto więc statysty, któremu pod patronatem pana Mościckiego dano w rękę buławę marszałkowską. Tą kukłą był generał Rydz-Śmigły. Jako żołnierz bił się dobrze w czasie wojny bolszewickiej, ale był inspirowany wolą Marszałka. Gdy Piłsudski zabrał do grobu całą moralną i ideową treść, Rydz-Śmigły stał się nieużytecznym już akcesorium ekwipunku osobistego Marszałka, nadającym się do upiększenia ściany MuzeumWojska Polskiego. Mościckiemu zależało jednak, aby mieć przy boku marionetkę i dnia 13 czerwca 1936 roku gen. Składkowski jako premier wydaje okólnik, w którym powołując się na rozkaz prezydenta Mościckiego ogłasza Rydza drugą po prezydencie osobą w państwie.

Pewnej jesieni Józek Radoński zaprosił mnie na polowanie do swojego Żelazkowa, na którym miał być marszałek Rydz-Śmigły. W Żelazkowie oprócz Rydza-Śmigłego zastałem panów: Miedzińskiego, Michałowskiego, sanacyjne eminencje i wpływowych dyrektorów banków: Janiszewskiego, Sułowskiego iStaniszewskiego. Spędziłem w tym towarzystwie dwa dni i byłem przygnębiony poziomem rozmów toczących się przy obiedzie, poziomem anegdot i całym ich zachowaniem. Rydz-Śmigły zachowywał się może najlepiej, bo z dużą skromnością. Robił wrażenie człowieka nieśmiałego i widocznie zażenowanego własną pozycją, na którą wyniosła go fala wypadków. Na jego raczej dobrodusznej twarzy igrał również „dobroduszny” uśmiech. Był to człowiek cichy, skromny, ale nad wyraz przeciętny, a tej przeciętności graniczącej z pewnym odcieniem tępoty nie mogła wyrównać ani buława marszałkowska, ani stanowisko drugiej osoby w państwie.”

Deutsche Bank, rok 1933 i znowu ci Oppenheimowie

Przypomnę – w 2009, roku jego sprzedaży, Sal. Oppenheim był największym prywatnym bankiem inwestycyjnym w Europie z kapitałem własnym (assets) w wysokości 138 miliardów euro. A historię miał bardzo długą – wszak już w 1834 poprzez ożenek Abrahama z Charlottą Beyfus, rodzina Oppenheim (i jej bank) skoligaciła się z Rotszyldami – Charlotte była wnuczką znanego nam już „niemieckiego” Rotszylda.

To właśnie ów Abraham Oppenheim dominował w finansach kolei niemieckich, systemach ubezpieczeń, oraz w przemyśle bawełnianym i tym „mechanicznym”. W 1868 został pruskim baronem – był pierwszym nieochrzczonym Żydem nobilitowanym w Prusiech – w dodatku, dopuszczonym do „wewnętrznego kręgu” cesarza Wilhelma I.

W XX wieku, prawnuk brata owego Abrahama, a syn bankiera Simona Alfreda, „Friedrich Carl von Oppenheim był wspólnikiem i szefem Sal. Oppenheim. Przeszedł wpierw „szkolenie handlowe” w National City Bank of New York oraz w Brazylijskim Banku dla Niemiec w Sao Paulo. W 1929 roku został wspólnikiem zarządzającym banku swoich rodziców. Później został starszym wspólnikiem (senior partner) i osobiście zarządzał Sal. Oppenheim, i pozostał nim, pomimo żydowskiego pochodzenia, podczas rządów narodowych socjalistów w Kolonii. Jednak jako żydowski Mischling drugiego stopnia został zmarginalizowany – stracił wiele publicznych i biznesowych biur i posad. A w 1938, razem ze swoim bratem Waldemarem, musiał zrezygnować z uczestniczenia w kierowaniu Sal. Oppenheim. Zaprzyjaźniony bankier i wspólnik Robert Pferdmenges* przejął wtedy kierownictwo banku i zmienił jego nazwę na Robert Pferdmenges & Co., co zostało odwrócone w 1947 roku. W 1944 Carl Friedrich został aresztowany, a jego brat Waldemar ukrył się w Kolonii. Oskarżono go przed Trybunałem Ludowym o „podważanie morale wojskowego”, a w tym samym czasie gestapo odkryło jego pomoc dla prześladowanych Żydów w Holandii. Z powodu końca wojny proces się nie odbył: Carl Friedrich został zwolniony i uszedł z życiem.

Potem, oprócz pracy zawodowej („The bank, amongst others, helped finance the Auto Union, which later became Audi AG”) Oppenheim poświęcił się procesowi integracji europejskiej… Kontrowersyjny ze względu na swój luksusowy tryb życia, zdołał Oppenheim w latach 1950 i 60tych nadać ważne impulsy, z jego rodzinnej Kolonii, polityce europejskiej młodej Republiki Federalnej Niemiec.

Instytut Yad Vashem w Izraelu postanowił [dopiero!] w 1996 roku uznać pośmiertnie Carla Friedricha Freiherr von Oppenheim jako „Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata” za zasługi dla ratowania Żydów podczas hitlerowskiej dyktatury.”

Jego syn Alfred, po studiach w Harvardzie, przejął pałeczkę: „In 1964, he became a senior partner of Sal. Oppenheim jr. & Cie. KGaA, and in 1978 he took over leadership of the board. From 1993 he was a member of the shareholders’ committee and the governing body of the bank.”

„W 1984 Alfred wystąpił z kościoła protestanckiego, ponieważ ten uczestniczył w ówczesnym ruchu pokojowym przeciwko rozmieszczeniu amerykańskich rakiet średniego zasięgu.” Zmarł w 2005, a w 2009 Deutsche Bank kupił Sal. Oppenheim.

No właśnie, ciekawa historia z tym Deutsche Bankiem. Już pod koniec 1905 w zarządzie tego banku działał sławny Max Steinthal. Następnie przeniósł się do rady nadzorczej, aby jej przewodniczyć w latach 1923-1932. W 1935 roku odszedł z rady nadzorczej, jak to ujął, aby bankowi oszczędzić kłopotów, wszak Steinthal był pochodzenia żydowskiego. Z kolei, członkiem rady dyrektorów Deutsche Banku a od 1923 przewodniczącym był Oscar Wassermann, który w maju 1933 został odwołany**, a razem z nim musiał odejść z owej rady także Teodor Frank, który w 1937 uciekł z rodziną do Belgii. Następcą Wassermanna został Georg Solmssen, ale już w 1934 został odwołany i natychmiast wyjechał do Szwajcarii. Mimo to*** został członkiem rady nadzorczej Deutsche Banku, do 1938.

Zaskakujące jest to, że biogramy owych ważnych niemiecko-żydowskich bankierów – Steinthala, Wassermanna, Franka i Solmssena są jedynie dostępne w niemieckiej wiki… nawet tego sławnego Maxa.

__

*) To był także bliski przyjaciel Konrada Adenauera…

**) Rok później Wassermann zmarł, załamany, w Garmisch-Partenkirchen a mowę pogrzebową wygłosił Leo Baeck.

***) Może dlatego iż do 1929, czyli fuzji z DB, był szefem https://en.wikipedia.org/wiki/Disconto-Gesellschaft