„Dobry przyjaciel Niemców…”

Wspomnienia niemieckiego najemnika, Hieronima Holstena, są nie tylko źródłem bardzo ciekawych informacji, ale pisane bardzo „barwnym” językiem dostarczają wiele innych atrakcji – oto kilka przykładów.

Po zajęciu Krakowa przez Szwedów:

Urządziliśmy się tutaj, byliśmy weseli i w dobrych humorach. Mieliśmy wtedy dość pieniędzy, polskie kobiety były wytworne, delikatne i piękne, podobała nam się polska muzyka. Słowem, było to życie o jakim można marzyć.

Po złapaniu go pod Krakowem przez oddział Lubomirskiego:

Nasi hajducy zarabiali niekiedy na nas kilka dzbanów piwa, gdy pokazywali nas okolicznym mieszczanom i chłopom. Niektórzy z dalszych stron nie wiedzieli, jakimi bestiami mogą być Szwedzi, inni znali nas niestety za dobrze, ponieważ niektórzy z nas bywali aż nazbyt często – na swoje nieszczęście – w ich domach. Wykrzywialiśmy wówczas chętnie gęby i zmieniali mowę lub naklejaliśmy plaster na oczy, by któregoś nie rozpoznali.

Po odpowiednim „zmiękczeniu” Hieronima w kazamatach w Wiśniczu, został on przekonany do zaciągu do kompani przybocznej Lubomirskiego:

Byliśmy teraz bardzo źle umundurowani, mieliśmy za to nadmiar wolności… W sumie najlepszym żołnierzem był wtedy ten, który umiał najlepiej kraść. W ten sposób nie zapomnieliśmy szwedzkich obyczajów i śląskich dróg.

Zaraz potem nasz Hieronim ruszył na Rakoczego, ale pod Leskiem spotkała go przykra przygoda, gdy chłopi wzięli ich za Szwedów:

Słońce jeszcze nie zaszło, patrzymy, a tu z pól zleciało się ponad 100 ludzi z kosami, spisami i drągami i zaczęli przeraźliwie krzyczeć: „sabito, pohanski syn, skurfessin”, co znaczy: zabijajcie łobuzów przeklętych i skurwysynów!

Holsten przypomina tu o wielkiej a często zapominanej roli chłopów w Potopie. Ich wielkim, pierwszym przywódcą był „Krzysztof Żegocki herbu Jastrzębiec (ur. 1618 w Rostarzewie, zm. 11 sierpnia 1673 w Gościeszynie) – partyzant z czasów potopu szwedzkiego, przed 1649 starosta babimojski, marszałek Trybunału Głównego Koronnego w 1660 roku, wojewoda inowrocławski 1666–1669. Nazywany pierwszym partyzantem Rzeczypospolitej, był jednym z pierwszych i najaktywniejszych wodzów polskiej partyzantki w okresie potopu szwedzkiego. Atakował najeźdźców z bazy znajdującej się na Śląsku, później zaś dołączył do oddziałów Stefana Czarnieckiego. Po zakończeniu wojny rozpoczął karierę parlamentarną, a w 1669 roku przyjął święcenia kapłańskie i został biskupem chełmskim (30 stycznia 1670–1673). …

4 października zdobył silnie obsadzony gród kościański (bitwa pod Kościanem), wybijając załogę szwedzką, następnie rozbił oddział landgrafa heskíego Fryderyka Hessen Eschweg, szwagra Karola Gustawa i zbiegł na Śląsk, gdzie przebywał prawdopodobnie do końca 1655 roku.

(…Oddział Żegockiego zaatakował miasto 4 października, całkowicie zaskakując liczniejszych i lepiej uzbrojonych żołnierzy szwedzkich. Nie bez znaczenia był fakt, że oddziałowi Żegoty w znacznym stopniu pomogli mieszkańcy Kościana. Garnizon szwedzki został wycięty niemal w całości. W tym czasie nieświadomy zaszłych wypadków zmierzał do Kościana książę Ludwik de Nassau, który na czele 100 żołnierzy eskortował z Poznania wozy skarbowe. Gdy Żegocki dowiedział się o nim, postanowił urządzić zasadzkę.

Oddział szwedzki dotarł do bram miasta tuż przed zachodem słońca. Ponieważ Żegocki ustawił na warcie jednego ze swoich ludzi przebranego w szwedzki mundur, landgraf i jego podkomendni nie podejrzewali, że w pobliżu znajdują się ukryci Polacy. Gdy idący na czele swego oddziału Ludwik de Nassau zbliżył się do przebranego wartownika, ten niespodziewanie go zaatakował, a od tyłu rzucili się ukryci w okolicznych budynkach polscy partyzanci. Szwedzi zostali całkowicie zaskoczeni, ponadto z powodu licznych wozów, które uprzednio eskortowali, nie mogli skutecznie rozwinąć się do walki. Z tego powodu musieli zostawić ciało śmiertelnie rannego landgrafa i wycofać się przed Kościan. Tam górę wzięło lepsze uzbrojenie i wyszkolenie żołnierzy szwedzkich, którzy zepchnęli Polaków z powrotem do miasta. Odzyskanie Kościana było jednak niemożliwe i pozbawieni swego dowódcy żołnierze szwedzcy wrócili do Poznania. Ponadto w ręce żołnierzy Żegockiego wpadło 40 wozów szwedzkich załadowanych obfitym łupem, pochodzącym głównie ze zrabowanych kościołów.

Bitwa ta była pierwszym poważnym sukcesem, jaki odniósł nieregularny oddział partyzancki w walce z okupującymi Polskę Szwedami. Sukces ten w znacznym stopniu przyczynił się do tego, że za przykładem Żegockiego poszło wkrótce wielu dowódców i kraj miał być wkrótce pełen podobnych oddziałów partyzanckich. Także Szwedzi od tego momentu przestali czuć się już tak bezpiecznie i zaczęli przemieszczać się w większych grupach z zachowaniem większej niż dotąd czujności.

Kościan zapłacił za to wysoką cenę – po odejściu partyzantów Szwedzi wrócili. Wymordowali większość mieszkańców, miasto złupili i spalili. Nigdy nie powróciło ono do dawnej świetności. …)

Sukces Krzysztofa Żegockiego stanowił dla Szwedów dotkliwy cios, a sam Żegocki otrzymał od króla nominację na pułkownika. 16 listopada otrzymał polecenie udania się z odsieczą klasztorowi jasnogórskiemu. Według wielu badaczy groźba ataku Żegockiego zmusiła Szwedów do odstąpienia od oblężenia Jasnej Góry.”

Z polecenia samego Karola Gustawa bezpośredniej zemsty na Żegockim za śmierć owego szwagra miał dokonać niejaki Wrzesowicz, Jan hrabia Wrzesowicz. Ten czeski łajdak był jedną z najciemniejszych postaci Potopu – na szczęście swego zadania nie wykonał, za to los go spotkał taki:

„Latem 1656 roku Wrzesowicz otrzymał rozkaz udania się na czele oddziału szwedzko-niemieckiego (Brandenburczycy i Sasi) w sile ok. 800–2000 ludzi na odsiecz oblężonemu przez Polaków Kaliszowi. W trakcie tej wyprawy, 28 sierpnia lub 10 września, w nocnej bitwie pod Lubrzem oddział Wrzesowicza został niespodziewanie zaatakowany przez oddział dowodzony przez płk. Andrzeja Grudzińskiego. Obóz został złupiony, a żołnierze Wrzesowicza ponieśli wysokie straty i ulegli rozproszeniu. Sam Jan Wejhard Wrzesowicz został zabity przez okolicznych chłopów podczas próby ucieczki z pola bitwy.

A wracając do naszego Holstena, to w służbie u Lubomirskiego było mu znakomicie, jak sam napisał: „Dobry przyjaciel Niemców Lubomirski… ponieważ Lubomirski najbardziej lubi nas Niemców… Lubomirski nikogo bardziej nie żałował niż swego niemieckiego regimentu, nazywał nas zawsze swoimi własnymi dziećmi.”

Więcej o tym już niebawem.

CDN

Reklamy

4 myśli na temat “„Dobry przyjaciel Niemców…””

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s