Z historii hazardu we Francji, i nie tylko…

Moja notka o polskiej chorobie faraońskiej przypomniała mi o znaczeniu hazardu w historii. I choć tzw. zorganizowany hazard powstał w Wenecji (tj. pierwsze kasyno w Europie), ale to Francuzi nadali mu wyższy status:

W maju 1539 r., po raz pierwszy we Francji, Franciszek I usankcjonował pewną formę hazardu. Nadał kontrahentowi prawo organizacji loterii, zwanej „blanque” w owym czasie – w zamian za dużą stałą roczną opłatę na rzecz Skarbu Państwa. Innowacja ta nie udała się jednak, ponieważ Parlement de Paris odmówił zarejestrowania listu patentowego ustanawiającego loterię. Utrudniając decyzję monarchy o uzyskaniu w ten sposób dodatkowych środków finansowych, ów parlament działał nielegalnie, ale skutecznie. Rzeczywiście, był w stanie przytoczyć królewskie ustawodawstwo, które przez stulecia konsekwentnie utrzymywało całkowity zakaz gier hazardowych pierwotnie wprowadzony przez Kościół ale obecny nawet w „justyniańskich kompilacjach„.

Od średniowiecza do końca Ancien Régime’u monarchowie niestrudzenie powtarzali zakaz hazardu. Saint Louis zabronił hazardu już w 1254 r. Zakaz został przedłużony przez Karola IV w 1319 r., Karola V w 1369 r., Karola IX w 1560 r., a przez Henryka III w 1577 r. Zakazy, które do tej pory występowały w sposób chaotyczny, stawały się coraz częstsze w XVII wieku, a jeszcze bardziej w następnym stuleciu, z piętnastoma aktami królewskimi i kilkoma arrêts de règlement, lub dekretami regulacyjnymi, wydanymi przez różne parlamenty. Na pierwszy rzut oka ta litania zakazów zdaje się pokazywać, jak całkowicie bezsilna monarchia była przeciwko hazardowi, pomimo jej niezachwianej i nadmiernej determinacji, aby całkowicie przezwyciężyć hazard.

Jednakże ukryta za tą legislacyjną fasadą jest znacząca ewolucja zarówno poglądów państwowych, jak i kościelnych na temat hazardu. Wraz z pojawieniem się społeczeństwa dworskiego i podejścia Ludwika XIV, iż by oswoić szlachtę i pozbawić ją wszelkich możliwości opozycji politycznej, zabawiać wyższe klasy – rozrywka stała się jednym z głównych problemów rządu. Hazard okazał się szczególnie skutecznym rozwiązaniem**. W związku z tym kazuiści z końca XVII i na początku XVIII twierdzili, że rozsądny, umiarkowany hazard jest legalny, co przywróciło zasadę hazardu do łask. Chociaż legalny zakaz hazardu pozostał, zyskał on pewną moralną legitymację. Według „Dictionnaire des cas de conscience” Pontasa, opublikowanego w 1715 roku, hazard nie był sam w sobie zabroniony, ale raczej z powodu „nieszczęśliwych okoliczności”, do których zwykle prowadzi, takich jak złość, bluźnierstwo lub rozpacz tych, którzy cierpią z powodu wielkich strat. Sam hazard był przez to nieco usprawiedliwiony.

Innym ważnym czynnikiem w względnej obronie hazardu był triumf loterii, które uzyskały przychylność w różnych państwach europejskich w XVII i XVIII wieku***. Loterie biletowe pojawiły się w Burgundii w XV wieku i były bardzo powszechne w dużych miastach północnych Włoch w następnym stuleciu. Pod wpływem Genueńczyków zostały one zastąpione przez loterie liczbowe lub lotto, wówczas uznane za nowoczesną formę loterii. System oficjalnych loterii powstał w Genui w 1643 r. i podbił całe Włochy – w tym Rzym, stolicę państw papieskich, mimo że Kościół pierwszy zakazał hazardu. W XVIII wieku powstała loteria państwowa w głównych monarchiach Europy kontynentalnej, w tym w Austrii, Prusach, Hiszpanii i Francji.”****

**) Początki hazardu naukowego to 1654 i rozwiązanie Pascala problemu punktów: en.wikipedia.org/wiki/Problem_of_points

***) Pierwszą loterię liczbową współorganizował we Francji w 1757 niejaki… Casanova.

****) The Million Lottery or Million Adventure[1] was the first English state lottery and was launched by the government in 1694.

The brainchild of speculator and Master of the Royal Mint Thomas Neale, the lottery was created in order to raise money for the Exchequer. 100,000 £10 tickets were offered for sale as one of a series of measures to raise revenue to allow English participation in the Nine Years’ War against France. Other contemporary financial innovations included the granting of a Royal Charter to the Bank of England and the creation of the country’s first national debt. Neale received 10% of the lottery’s proceeds.[1]

The ‚Bank on Tickets of the Million Adventure’ or Million Bank was established in 1695 to manage the assets of subscribers.[2] In 1699 all other lotteries in England were banned but 42 further lotteries were run on the same basis until 1768.[3]

In an ostentatious demonstration of security, tickets for the lottery were kept in special chests with 18 locks. The tickets were also bonds and were redeemable over a 16 year period. In fact, the fund exhibited a shortfall almost immediately and could not keep up with repayments until 1698 when the war was over.[4]

en.wikipedia.org/wiki/Million_Lottery

 

Nie będzie Niemiec…

Tam się wybieram latem 2019…

Zrujnowany wojną trzydziestoletnią został odbudowany w latach 1625–1665 przez Karola Ferdynanda Wazę[1].

„Jeden z najstarszych grodów kasztelańskich na Śląsku. Pierwsza wzmianka pochodzi z 1155 r., znajdował się wówczas (i aż do 1810 r.) w posiadaniu biskupstwa wrocławskiego. W XIV wieku otoczony murami. Niszczony wojnami tracił swe znaczenie na rzecz rozwijającej się w sąsiedztwie Nysy, ówczesnej stolicy księstwa biskupiego. Powstanie herbu miasta datuje się na rok 1347. W herbie znajduje się otwarta brama miejska w kolorze białym na niebieskim polu. Od XIV wieku używana jako pieczęć miejska.”

Widok na Południowe Sudety z Jeziora Otmuchowskiego.

Niestety, niemiecka wiki mnie mocno niepokoi: Er ist auch für die heutige Entwicklung der Stadt Otmuchów und der Anliegergemeinden förderlich. Zudem ist er Bestandteil des europäischen Natura-2000-Netzwerks czyli „Przyczynia się także do obecnego rozwoju miasta Otmuchów i okolicznych gmin. Jest również częścią europejskiej sieci Natura 2000″.

http://boson.szkolanawigatorow.pl/kto-kupuje-aki-w-polsce-czyli-przekret-zaozycielski

___

Inspiracja:

PS.

Gra i Karciarze.

GRA I KARCIARZE.

(Obrazek z szlacheckiego życia).

 

Krwią i łzami pisane człowieczeństwa dzieje;
I kraj nasz nieraz ciężkie przechodził koleje!
Po stokroć, gdy szarańcze plon ziemi wyjadły
Pojawiła się nędza a z nią głód wybladły;
– Czarna śmierci posłanka, często dżuma wschodnia
Stosy trupów, haraczem wybierała co dnia;
To znów sroższe niż dżuma i głód i szarańcze
Niszczyły polską ziemię najazdy pohańcze;
Zamieniali w perzynę żyzne nasze włoście
Krzyżak i Szwed i inni nieproszeni goście!
Dzisiaj już nam nie grożą pohańskie zagony,
Butny Szwed siedzi cicho, bo sam zagrożony;
– I morowem powietrzem już Bóg nas nie karze,
I szarańcza mniej częsta na lackim obszarze.
Lecz nowa oto klęska obrzydła i wściekła,
Na nieszczęśliwy ród nasz wypuszczona z piekła
Niszczy majątki, zdrowie, chwieje sumieniami
I charakter narodu upadla i plami!……
Tą klęską dzisiaj w Polsce jest gry smutny narów:
A karty zastąpiły głód, mór i Tatarów!
Prawdać że to nie całkiem nowy wynalazek:
Oddawna świat ubóstwiał karciany obrazek!
Już Opaliński miotał na kosterów lancę
A Krasicki z przekąsem pisze o hapance.
– Przecież gra, mniej chłonęła pieniędzy i wczasu,
Była skromną zabawką do zabicia czasu;
– Nie słychać, by na kartę stawiał gracz szalony
Włość po ojcach, chleb dzieci, albo posag żony;
By spłacić dług karciany przezwan honorowym
Nie szły do żydów srebra z klejnotem rodowym. ,
Złotówką nie dukatem walczyli szermierze:
Ja sam z księdzem proboszczem grałem o pacierze.
Dawniej, zimową porą, gdy w dom pana Jacka
Pan sąsiad Kalasanty zawitał znienacka,
Było się na co patrzeć, gdy po pogadance
O siewbie i o młockach (przy węgrzyna szklance
Co budzi afekt w sercu a troski rosprasza)
Zasiedli staruszkowie do partyi Marjasza.
Po półzłotku do stawki – za symplę sześć groszy
A dwanaście za dublę; – lecz ileż roskoszy
Na ich twarzach, a w ustach jaki uśmiech szczery
Gdy który z nich, brał ciągle Tuzy i Kozery
– A nadewszystko, jakaż tryumfalna chwila
Gdy w przedostatniej karcie wyciągnął Pamfila
I zadawszy z czterdziestu, musnął wąs sierdzisty,
Dograł – i biorąc pulę, krzyknął: perdidisti!
Po dwugodzinnej walce zmiennej alternaty,
Okazało się w końcu, dziesięć złotych straty.
– Zwycięzca nie zrujnował sąsiedzkiego mienia,
Zwyciężony spał smaczno, bez zgryzot sumienia
Nie rwał włosów na głowie w komicznym zapędzie,
I nie klął się na Boga że już grać nie będzie
Dziś inne obyczaje, – dzisiaj szlachta nasza
Gardzi już skromną stawką starego marjasza
Drużbart i Kiks, praojców niewinne zabawy,
Zeszły z pańskich stolików na lokajskie ławy.
Już i Wist, gra poważna, stała się zbyt nudną
Bo przy rozsądnym Wiście zrujnować się trudno!
Trzeba gier postępowych na oświaty czasy:
Nastały Preferanse, Sztosy, Gierylasy,
Diabełek wybiegł z piekła i służy z ochotą
Zagarniając pot kmiotków stopiony na złoto
A Faraon pochłonion falami morskiemi,
Wypłynął – i króluje w błogiej Piasta ziemi!
Patrzcie! w dzień uroczysty Swiętego Michała
Na dwór solenizanta, szlachta się zjechała
– Bankiet suty gościnność ojców przypomina,
Piętrzą się stosy mięsiw, płyną strugi wina;
W liczne m gronie, gwarliwa wszczęła się rozmowa,
Nie brak żartów – lecz słychać i poważne słowa.
– Tu starzec do młodszego zwrócony sąsiada
O dawnych, lepszych czasach z żalem rozpowiada;
Tam wojak, kreśląc palcem wąwóz Sommo-Sierra
Tnie szarżę po obrusie i działa zabiera;
– Inny, późniejsze boje przypomniał – i wzdycha.
. . . A młodzież słucha pilnie i coś szepce z cicha.
– Wtem gospodarz powstawszy przy ostatniej misie.
Z pełną kulawką w ręku, huknął: Kochajmy się!……
Dotąd, zwyczajem ojców szło Patrona święto:
Lecz zaledwie talerze i nakrycia zdjęto
Znalazł się zaraz szuler jeden, drugi, czwarty;
Co gada o partyjce i wyciąga w karty.
– Tamten już siadł za stołem i głosem Judasza
Do banku Faraona amatorów sprasza.
A jak zdradliwy ptasznik sadzi w klatkę wabia,
I nastawione sidła jagodą ozdabia,
Tak pan Anzelm, rubaszną dykteryjką znęca,
I rozsypanem złotem do zguby zachęca.
Otoczył stół fortuny mężczyzn poczet cały
Kobiety opuszczone, w bawialni zostały.
– Młódź nasza, ponętniejszej dziś hołduje Pani,
Uśmiech Damy pikowej stokroć słodszy dla niej!
Rycerze co do nowych turniejów się garną,
Dwie tylko noszą barwy: czerwoną i czarną!……..
Ktoś wyrzekł świętą prawdę godną słów pacierza:
Że namiętność człowieka zamienia na zwierza.
– Patrzcie! w oczach tych graczy jaki wzrok niezwykły:
Szlachetnych uczuć ślady z wszystkich twarzy znikły,
Zostały tylko na nich, potępienia piętna:
Gniew wściekły, podstęp podły i chciwość namiętna….!
Rzadki tam był poniter co uniknął szwanku.
Ow całoroczny dochód już zostawił w banku;
Drugi, trzeci, dziesiąty, zgrany do szeląga
Gra na słowo lub w okół pożyczki zaciąga;
Tamten straciwszy pieniądz, ratuje się fantem,
Stawił złoty zegarek i pierścień zbryljantem,
Duszęby własne rzucił w nurt bankowej rzeki
Gdyby czart nie miał na niej pierwszej hypoteki!…
Pół dnia i wieczór cały i noc całą grano:
A słońce, oko Boże, z za chmur wstając rano
Zastało szlachtę polską nie z lancą na wartach
Nie z modlitwą w kościołach – lecz w izbie – przy kartach!
Znaczne summy osiadły w bankierskiej kieszeni,
A gracze, źli na siebie, wybladli, znużeni,
Rozjechali się wreszcie – robiąc plany drogą
Jak niechybnym sposobem odegrać się mogą!
Nie od dziś, w okolicy krąży już uwaga
Ze Pan Anzelm, zręcznością szczęściu dopomaga
Że ciągnąc Faraona, ręka jego wprawna
Umie zfilować kartę gdy grubo obstawna
Ze stasować na Asa lub ułożyć Lisa,
Jest igraszką dla biegłych palców infamisa!
O tych sztukach sąsiedzi gwarzą pokryjomu,
A jednakże sztukmistrza przyjmują w swym domu;
Kochanym przyjacielem zowią go nie jedni,
Z uwielbieniem słuchają sprośnych jego bredni,
A gdy ich pieniądz wsiąknął do trzosu Anzelma
Mówią: „Miły to człowiek..” choć myślą, że szelma!
O! takie pobłażanie straszną u nas winą;
– Płochością, śród narodów obyczaje giną!
Strzeżmy cnoty praojców, – niech uczciwa ręka
Skalanej dłoni łotra dotykać się lęka
– Niechaj nas niewstrzymują towarzyskie względy
Bo złe z dołu czy z góry, jest ohydą wszędy;
Obcym być nam powinien kto honor swój plami:
By nas świat uszanował – szanujmyż się sami!
Z tych nawiasowych zboczeń powracam do treści
Bo to jeszcze nie koniec mej smutnej powieści!
Dawniej, gdy się zebrało liczne gości grono,
Prawda, że nazbyt częstym kielichem grzeszono;
Lecz gdy wszyscy po uczcie w bawialni zasiędą
U miano czas umilać ciekawą gawędą
O zjazdach Trybunalskich, Sejmikowych mowach,
O figielkach Kaniowskich i Nieświezkich łowach,
O bitwach w których ojce przeważnie łamali
Zastępy Turków, Szwedów, Niemców i t. d.
Lecz odkąd zawitały w nasz kraj staroświecki
Manijery francuzkie i rozum niemiecki,
Odkąd pokój bawialny przezwano salonem,
Gawędzić jest prostactwem, a śmiać się, zlym tonem!
Dziś, przy weselnych godach, albo w dzień imienia
Zaraz się dwór szlachecki w szulernią zamienia.
Gdzie niedośpiał Faraon, Diabełek się wkrada
l jak szarańcza, złoto w kieszeniach wyjada;
Lub szalony Preferans, nakształt Tatarzyna
Przez dwie doby rabuje, podpala i ścina!
Kto się nad tajnikami ludzkich serc zacieka
Niechaj się na tych graczów popatrzy zdaleka.
Tutaj przy jednym stole, o! hańbo bez miary!
Nieraz dwóch młodych synów i ojciec ich stary
Zmieszani z rozbestwioną, zapaleńców zgrają,
Bez rumieńca na czole, obok siebie grają!
– Ten, stracił już majątek- pożyczką się łata,
Ztąd wyrwał kilka złotych, a ztamtąd dukata,
I kosztem poniżenia jałmużnę zebraną
Przynosi w drżącej dłoni na pastwę karcianą!
Tamten znów został sknerą choć dawniej żył w zbytku,
Ujmuje własnej gębie strawy i napitku,
Skąpi obuwia dzieciom albo sukni żonie,
Aby oszczędzić grosza – który Sztos pochłonie!
Inny szatańską siłą nad przepaść zagnany,
Naruszył cudzy fundusz w depozyt mu dany
– Niepomny kary Bożej ni ludzkiej pogardy
Wypuszcza szeląg wdowi na banków hazardy!
Ten, odmówił stu złotych krewnemu co w nędzy,
Jęcząc na ciężkie czasy i na brak pieniędzy,
A z pełnym workiem zasiadł śród graczy kamratów
I w party i Preferansa przegrał sto dukatów!……
Lecz i tych gier nie dosyć. Ledwie z końcem lata
Wejdzie do pustych stodół dań ziemi bogata,
Nasze panki sprzedawszy we snopie pszenicę,
Pod pozorem kuracyi spieszą za granicę.
– Większa część z nich tak zdrowa jak ryby w ich stawach
Myśli tylko o balach, koncertach, zabawach;
Jedyną ich chorobą jest do gry ochota,
Chcą kąpać się w krynicach bankowego złota
I pieniądz krwawym potem z niw polskich wydarty
W Badenie i w Homburgu przepuścić na karty!
Lecz są prawdziwie chorzy i tych żal mi szczerze:
Oni do zbawczych źródeł jadą w dobrej wierze
Ale wciągnieni zwolna, przykładu pożogą
Niebezpiecznym pokusom oprzeć się nie mogą;
Niszczą grą, sił nabytek zyskany lekami
I niebaczni! szaleni! mordują się sami!
Doktór kazał pić wody, chłodzić się dyetą,
Aż tu Pan, na pedogrę leczy się Ruletą
Z ręką drżącą namiętnie, z krwią nabiegłem czołem
Bierze łaźnie parowe nad zielonym stołem!
Inny, co miał ratować płuca zagrożone
Całe dnie się kuruje… w Czarne i Czerwone, **
Wbiegła w pierś zrujnowaną, gry ognista żmija
I ostatki żywota swym jadem dobija,
I dobije – i grób mu kopiąc, można siniało
Pisać nad nim: ,.Tu leży samobójcy ciało”…
O szlachetnego zdrowia ożywcza bogini
Nie mieszka w Benazeta ni w Blanka jaskini!***
Jej przy ciepłych powiewach pogodnego nieba
Ciszy, swobodnej myśli i spokoju trzeba!
Swiat gorączkowych wzruszeli, obcym dla niej
Wrogiem każda chuć brzydka, a każda g r a katem!
* * *
Może ta mowa szczera przebrzmi niesłuchana;
Lecz poeta w narodzie ma urząd kapłana;
Gdy mu sumienie każe, powinien z odwagą
Gromić ziomków i prawdę powiadać im nagą!
Mniejsza, że źli i głupi powstaną, nań z wrzawą,
Krzycząc: „Do strofowania kto tobie dał prawo?’ł
Byle choć kilku mądrych i zacnych współbraci
Rzekło, dłoń mu ściskając: „Niech ci Bóg odpłaci”
O! wy wszyscy dotknięci dżumą gry zajadłą.
Od której tyle ofiar w polskiej ziemi padło;
Jeżeli was sumienie własne nie oświeci,
Nie wstrzymają, łzy żony, ani jęki dzieci,
Niech wam wdowia ojczyzna stanie przed oczyma
I błagalnym was głosem nad przepaścią, wstrzyma!
Gdy los srogi na byt nasz chciwym szponem sięga,
Majątek, to ostatnia narodu potęga;
– To wpływ, to niezależność, to część wspólnej broni,
I wielkim grzeszy grzechem kto majątek trwoni?
Na zbytki, na karciarstwo tracąc ojcowiznę
Rozszarpujemy sami rozdartą Ojczyznę!
Ziemię, kędy nam zbiegły błogie dni dziecięce
Wydając z kośćmi przodków w cudzoziemskie ręce
Nie mamy wstydu w duszy, litości nad krajem,
I jak bracia Józefa, własną krew przedajem!
____
Drezno, we wrześniu 1857 r.
Konstanty Gaszyński.
Czcionkami N. Kamieńskiego i Spółki w Poznaniu, ulica Berlińska No. 32
__
**) Rouge et noir znana gra szulerni nadreńskich.
***) Benazet w Badenie a Blanc w Hamburgu, dyrektorowie dwóch sławnych
szulerni europejskich.

Polacy, Nebraska i te zegary atomowe

Nie wiem nawet dlaczego, ale zaintrygowała mnie postać Ryszarda E. Keatinga (stoi na tym zdjęciu) – tego od tych latających zegarów atomowych. Jego notka w wiki jest wprawdzie nader skąpa, no ale od czego są przepastne trzewia internetu…

Ryszard urodził się w maju 1941 w Farwell w Nebrasce –  owo Farwell nazywało się początkowo Posen (czyli Poznań!) i założyli je w 1887 polscy koloniści. Mama Ryszarda była Polką – Loretta Cecylia z domu Borzych (ur. 1911 zm. 1987). Jej grób znajduje się na katolickim cmentarzu św. Wacława w St. Paul, tam gdzie i grób syna:

Ale już groby rodziców Loretty znajdują się na katolickim cmentarzu św. Antoniego: Saint Anthony Catholic Cemetery, also known as Posen Cemetery – Farwell, Howard County, Nebraska, USA

Babcia Ryszarda, Maria, była z domu Lorkowska. Jej z kolei rodzice to „koloniści” – Adam Lorkowski (18401899) i Kunegunda (1849–1938):

Rodzice Ryszarda pobrali się w 1939 – jego matka miała wtedy 28 lat a ojciec tylko 20. W 1942 ojciec chyba zginął na wojnie, kiedy Ryszard miał rok. Loretta była bardzo energiczną kobietą, już w 1933 ukończyła studia w Home Economy Department:Capture d’écran 2018-11-22 à 13.37.43.pngnewspaperarchive.com/lincoln-nebraska-state-journal-may-06-1933-p-15/

Z kolei Ryszard skończył szkołę średnią w St. Paul i dostał stypendium uniwersyteckie dzięki któremu zrobił licencjat z matematyki i fizyki na katolickim (jezuici) Uniwersytecie w Creighton. W 1962 został tam pierwszym prezesem Klubu Fizyki, a w 1963 dostał z kolei prestiżowe stypendium Woodrow Wilsona dzięki któremu zrobił już w 1966 doktorat z astrofizyki na Uniwersytecie w Maryland. Od 1965 do 1995 pracował dla US Naval Observatory w nomenomen Time Service Department. Był świetnym pianistą.

US Naval Observatory’s (USNO) Master Clock Ensemble, Washington D.C., made up of a large number of Symmetricom 5071A cesium beam clocks (rack in background). This provides the time standard for the US military. The large black object in the foreground is a Symmetricom (formerly Sigma-Tau) MHM-2010 active hydrogen maser.

 

Bliźniaki, stodoła i lot dookoła świata

Zgodnie z obietnicą, oto „numeryczne” wyjaśnienie „efektu bliźniąt”, a raczej jego demonstracji z 1971, kiedy to dwóch fizyków (vide zdjęcie) przeleciało się dwa razy wokół świata na pokładzie (komercyjnych!) samolotów wraz z zestawem zegarów atomowych. Porównali zmierzone czasy przelotu na zachód i na wschód z czasami zmierzonymi przez inne zegary atomowe, które zostały na ziemi. Przypominam uzyskane wyniki na różnice pomiędzy czasem T zmierzonym „w samolocie” a tym „na ziemii” t, opublikowane w Science w 1972:

różnica T-t w nanosekundach, teoria różnica T-t w nanosek.,
pomiar
różnica pomiar vs teoria
grawitacja (OTW) kinematyka (STW)   razem
na wschód +144 ±14 −184 ±18 −40 ±23 −59 ±10 0.76 σ
na zachód +179 ±18 +96 ±10 +275 ±21 +273 ±7 0.09 σ

Zgodność teoria vs eksperyment – znakomita! Wkład do tej różnicy T-t a związany z grawitacją i wyliczony przy pomocy ogólnej teorii względności (OTW) nie jest tematem tej notki, ale skomentuję go w niebawem. Policzymy zatem jedynie wkład „kinematyczny”, co można zrobić przy pomocy samej STW.

Przede wszystkim, należy zauważyć, że układy spoczynkowe zegarów w obu przypadkach, w samolocie i na Ziemi, NIE są układami inercjalnymi. Trzeba zatem użyć inercjalnego układu odniesienia, który ma swój początek w środku Ziemi. (Tutaj przypomnę, że obiekty podlegające przyspieszeniom są w STW jak najbardziej opisywane, tak jak choćby „relatywistyczne” cząstki naładowane w akceleratorach). Innymi słowy, mierzone czasy „atomowe” są ze sobą porównane w odniesieniu do czasu „referencyjnego” Tw tymże układzie inercjalnym.

Dla małych prędkości, „nierelatywistycznych”, współczynnik „odwrotny” dylatacji relatywistycznej wynosi 1-V2/(2c2), gdzie V jest prędkością obiektu w układzie inercjalnym. Zatem różnica policzona w układzie inercjalnym pomiędzy czasami zmierzonymi w samolocie (T) i na Ziemii (t) wynosi, w pierwszym, bardzo dobrym przybliżeniu dla T~ t:

T – t = {1 – (Vs+Vz)2/(2c2) – 1+Vz2/(2c2)} t = – (Vz + Vs/2) Vs t/c2 ,

gdzie Vs to prędkość samolotu względem Ziemi, a Vz to prędkość zegarów na powierzchni Ziemi w układzie inercjalnym. Jeśli samolot leci na zachód Vs jest ujemna, a T-t jest dodatnia, a gdy na wschód jest na odwrót. Mając te dane, możemy w końcu podać  jakich wyników oczekujemy dla przelotu non-stop o prędkości 900 km/h (względem gruntu), zakładając loty tuż nad równikiem gdzie Vz = 1667 km/h:

T – t (zachód) = 150 ns,  T – t (wschód) = – 261 ns,

Rzeczywiste loty nie były tak szybkie i nie przebiegały nad równikiem oraz miały specyficzne trajektorie, więc należy po prostu policzyć odpowiednie po nich całki. Odpowiednie wyniki = 96 ns i -184 ns już podałem w powyższej tabelce.

Wkład „grawitacyjny” jest związany z wysokością lotu samolotów, a ponieważ „profile” lotów w obu kierunkach były podobne, toteż wkłady od OTW były bliskie sobie. Dlatego zatem w podwójnej różnicy „zachód” – „wschód”  to wkład „kinematyczny” jest dominujący:

Eksperyment („zachód” – „wschód”) = 273 + 59 = 332 ± 12 [ns],

a przewidywanie teorii = 280 (STW) + 35 (OTW) = 315 ± 28 [ns].

Czyli w efekcie mamy tu mocny test na poprawność samej STW. Z kolei suma „zachód” + „wschód” daje dobry test na efekt grawitacyjny.

__

Na zakończenie warto przypomnieć tzw. „paradoks drabiny”, związany z relatywistycznym skróceniem długości: Wyobraźmy sobie drabinę o długości 20 m przelatującą (w pozycji „wzdłuż”) z podświetlną prędkością przez stodołę o długości 10 m. Ponieważ owo relatywistyczne skrócenie Lorentza wynosi tu akurat 50% miejscowi obserwatorzy stwierdzą, iż „na moment” cała drabina zmieściła się w stodole. Jak to jest możliwe skoro w (inercjalnym) układzie spoczynkowym drabiny ma ona oczywiście 20 m, a to stodoła skróciła się do 5 m?!

A, bo w „układzie spoczynkowym stodoły” faktycznie oba końce drabiny jednocześnie pokrywały się z brzegami owej stodoły podczas gdy w „układzie drabiny” nie! Równoczesność nie jest generalnie zachowana w STW.

PS.

Capture d’écran 2018-11-26 à 15.44.12.pngCapture d’écran 2018-11-26 à 15.44.32.pngCapture d’écran 2018-11-26 à 15.45.01.pngCapture d’écran 2018-11-26 à 15.45.48.pngCapture d’écran 2018-11-26 à 15.55.21.png

 

Szczególna teoria czyli nieistniejący paradoks

Faktem jest, że szczególna teoria względności (STW) ma szczególny dar przyciągania obalaczy. Część z nich przyciąga osoba Alberta Einsteina, czy raczej jego sława, a właściwie chęć jej zburzenia. Argumentują, że to wcale nie on jest odkrywcą, ale zupełnie kto inny i powołują się przy tym także na inne jego „rzekome” osiągnięcia, tak jakby fizyka była tworzona przez indywidua w kompletnej izolacji, a sława była zawsze sprawiedliwa…

Rzeczywiście, tzw. ruchy Browna wyjaśnił głębiej prof. Smoluchowski z UJ, a o krok od otrzymania równań grawitacji Einsteina był Dawid Hilbert. W przypadku słynnej pracy Einsteina z 1905 nt. szczególnej teorii względności było „jeszcze gorzej”,  bo autor nie umieścił tam żadnych odwołań, ani cytowań – w szczególności ani do pionierskich publikacji Henri Poincaré’go ani do tych Hendrika Lorentza („Because Lorentz laid the fundamentals for the work by Einstein, this theory was originally called the Lorentz-Einstein theory…).  Owszem, nawet z paru różnych powodów, zachowanie Einsteina może bulwersować, ale odmawianie mu osobistego i wyjątkowego wkładu w powyższych przypadkach jest zupełnie bez sensu. W dodatku, swą jedyną nagrodę Nobla otrzymał za zupełnie oryginalne wytłumaczenie (także z 1905!) efektu fotoelektrycznego poprzez hipotezę istnienia fotonów – kwantów fal elektromagnetycznych.

Jednak tak czy inaczej, wcześniej czy później obalacze atakują samą teorię względności przedstawiając jej rzekomo paradoksalną, czyli sprzeczną naturę. Ulubionym tego przykładem jest tzw. paradoks bliźniąt. Zacznijmy jednak ab ovo, czyli od przypomnienia, że obalenie STW oznaczałoby automatycznie obalenie równań Maxwella, czyli obalenie elektromagnetyzmu (klasycznego). Bo właśnie historycznie, owa szczególna teoria względności została wywiedziona z rozważań nt. elektromagnetyzmu – wpierw w 1900 przez Poincaré’go i w owym 1905 przez Einsteina – przypomnijmy tytuł jego publikacji: „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu).

Dlaczego to jest teoria szczególna? A, bo dotyczy TYLKO fizyki w układach inercjalnych, czyli układach odniesienia, w których każde ciało, niepodlegające zewnętrznemu oddziaływaniu z innymi ciałami, porusza się bez przyspieszenia (tzn. ruchem jednostajnym prostoliniowym) lub pozostaje w spoczynku. STW po prostu zawiera w sobie stary aksjomat Galileusza o niezmienności praw fizycznych w tychże układach inercjalnych, ale nowym aksjomatem jest stałość prędkości światła w próżni (= c), niezależnie od ruchu jego źródła czy obserwatora! I właśnie ten aksjomat prowadzi do szeregu spektakularnych zjawisk, kiedy prędkości ciał są bliskie owej prędkości maksymalnej, czyli c. Tutaj warto nadmienić, że słynna relatywistyczna równoważność masy i energii była dla Poincaré’go paradoksem i to właśnie Einstein zrobił ten wielki krok i uczynił z niej zasadę i to wykraczającą poza zjawiska elektromagnetyczne!

Wracając w końcu do tego tzw. paradoksu bliźniąt trzeba znowu podkreślić, że nie jest to żaden paradoks, ani sprzeczność. Wręcz przeciwnie – jest to jeden z najlepszych, pedagogicznie rzecz biorąc, przykładów poglądowych na „działanie teorii”.

W dodatku uważam, iż – co jest wyjątkowe – polska wiki daje lepszy opis problemu niż przegadana i przekomplikowana wersja angielska! U góry dałem obrazek stamtąd, który świetnie wyjaśnia źródło „efektu bliźniaków”. Przypomnijmy o co tam chodzi: o hipotetyczną podróż jednego z bliźniaków z prędkością podświetlną (powyżej to okolo 75% c) na odległość pięciu lat świetlnych – tam i z powrotem. Otóż, przy ponownym spotkaniu okazuje się, że brat-astronauta jest o prawie 4 lata młodszy od brata bliźniaka, który pozostał na Ziemii!

Jak już wyżej wspomniałem – to nie jest żaden paradoks, ale zwykłe przewidywanie STW. Potwierdzone to zostało wielokrotnie, bezpośrednio i doświadczalnie, wprawdzie nie na ludziach, ale na innych obiektach o skończonym czasie życia, a które potrafimy przyspieszać do podświetlnych prędkości**. A jak argumentują nasi obalacze? Np. powołując się na aksjomat względności! Dlaczego mamy jakąś różnicę między braćmi skoro z punktu widzenia brata-astronauty to właśnie Ziemia oddala się z identyczną prędkością, tyle że o przeciwnym zwrocie!

I jest w tym trochę racji, co można zaobserwować na wykresie u góry – rzeczywiście podczas dwóch faz ruchu jednostajnego do i z powrotem – wzajemne obserwacje sygnałów przyjęć urodzinowych braci są IDENTYCZNE!! Symetria jest wtedy zupełna, ale jest złamana w trzech momentach, kiedy nasz astronauta startuje, zawraca i hamuje. I jest złamana w sposób absolutny – brat na Ziemii wie, że to nie on zawraca, bo nie odczuwa żadnych PRZYSPIESZEŃ. Cały efekt bierze się z „przeskakiwania” astronauty pomiędzy RÓŻNYMI układami inercjalnymi: wpierw, z tego w spoczynku do tego w ruchu „do”, potem do tego w ruchu „z”, i w końcu z powrotem do spoczynku. TO właśnie jest przyczyną obserwowanej różnicy wieku, a NIE jakoby inny sposób płynięcia czasu w rakiecie i na Ziemi – czas „własny” (czy „biologiczny”) płynie i tu i tam identycznie.

Za to względnie rzecz biorąc, czyli z punktu widzenia obserwatora zewnętrznego – czas płynie wolniej w obiekcie poruszającym się względem owego obserwatora. Zatem, obaj bracia tak właśnie interpretują sygnały nt. swoich wzajemnych urodzin, tyle że tylko astronauta dokonuje owych kluczowych (i „absolutnych”) „przeskoków” pomiędzy układami inercjalnymi, które w efekcie powodują absolutną różnicę wieku przy ich ponownym spotkaniu.

_

**) Wyjątek to klasyczny eksperyment z 1971 na „bliźniaczy efekt”, czyli zegary atomowe na pokładzie samolotu. O czym za moment…

___

PS. Żeby uniknąć nieporozumień, tak na wszelki wypadek – brat-astronauta w żaden sposób nie żyje dłużej „z własnego punktu widzenia”, czy też jego koleżanek i kolegów w owej rakiecie – różnica wieku się pojawia dopiero przy porównaniu do tych co zostali na Ziemi. Jest to, innymi słowy, sposób, aby żyć (dużo) dłużej ale tylko z punktu widzenia „ziemskiej historii”… wracając z jeszcze dłuższej i szybszej podróży np. po 300 ziemskich latach.

Zapomniany sowiecki kiler

Po podpisaniu w Brześciu, 3 marca 1918, sowiecko-niemieckiego traktatu pokojowego, „angielski plan” Jaroszyńskiego załamał się. 2 kwietnia owego roku niemieckim ambasadorem w Rosji został Wilhelm von Mirbach, z którym to Karol Jaroszyński rozpoczął tajne pertraktacje w sprawie „finansowej współpracy”. Niestety, już 6 lipca ambasador ginie zastrzelony przez Blumkina – 18-letniego Żyda z Odessy…

Jakub Blumkin urodził się 12 marca (stary styl) w 1900 roku w Odessie. Jego ojciec, Girsz Samojłowicz Blumkin (1865, Sośnica – 1906, Odessa), był sprzedawcą w sklepie spożywczym, a jego matka, Haja-Liwsza Lejbowna (1867, Owrucz -?) gospodynią domową. Przed przeprowadzką do Odessy rodzice mieszkali w Kijowie, gdzie urodziły się ich starsze dzieci.

Od 1914 roku, po ukończeniu Talmud-Tory (bezpłatnej żydowskiej szkoły podstawowej dla dzieci z biednych rodzin), Jakub pracował jako elektryk… Brat Lew był anarchistą, a siostra Róża socjaldemokratką. „W 1914 wstąpił do Partii Socjalistów-Rewolucjonistów, a po rozłamie w partii w 1917 należał do lewicowych eserowców. Od maja 1918 pracował w Czeka, jako szef departamentu ds. walki z międzynarodowym szpiegostwem. 6 lipca 1918, z polecenia kierownictwa lewicowych eserowców, zastrzelił z rewolweru niemieckiego ambasadora Wilhelma von Mirbach-Harffa, co miało się przyczynić do zerwania przez Niemcy pokoju brzeskiego, któremu przeciwna była niebolszewicka lewica. Bunt eserowców w Moskwie po zabójstwie stłumili strzelcy łotewscy.

Blumkin po klęsce przewrotu ukrywał się. Został skazany zaocznie na trzy lata pozbawienia wolności. W 1919 przebywał na obszarze URL, gdzie przygotowywał zamach na atamana Pawło Skoropadskiego. 16 maja 1919 został ułaskawiony na mocy amnestii, a w 1920 wstąpił do RKP(b), gdzie pracował w Ludowym Komisariacie Armii i Marynarki Wojennej oraz Czeka, a od 1923 w GPU.

W lecie 1920 pełnił funkcję komisarza w Armii Czerwonej, a od września był studentem Akademii Sztabu Generalnego. W okresie od listopada do grudnia 1920 zorganizował masowe egzekucje białych oficerów na Krymie po klęsce armii gen. Piotra Wrangla. W latach 1920–1921 był szefem sztabu 79. Brygady, później dowódcą brygady, tłumiącej rebelię na dolnym Powołżu oraz antonowszczyznę. Jesienią został dowódcą 61. Brygady, prowadzącej walki z wojskami von Ungern-Sternberga.

Od 1922 pracował w sekretariacie Lwa Trockiego jako człowiek do zadań specjalnych. W latach 1924–1925 był asystentem pełnomocnika OGPU na Zakaukaziu, a następnie do 1926 pracował w Ludowym Komisariacie Handlu. W latach 1926–1927 główny instruktor wewnętrznego bezpieczeństwa państwa w Mongolii. Od 1928 do 1929 rezydent radzieckiego wywiadu na Bliskim Wschodzie.

W 1929 został wysłany do Francji z misją zabicia dysydenta Borysa Bażanowa. Zamach nie udał się. Jako rezydent OGPU w Turcji, w trakcie powrotu z Indii przez Konstantynopol, spotkał się z Lwem Trockim na Wyspach Książęcych. W 1929 powrócił do ZSRR, wioząc przesyłkę z listami i książkami od Trockiego. Wkrótce potem został aresztowany pod zarzutem przekazywania Trockiemu tajnych materiałów ze stambulskiej rezydentury wywiadowczej. 3 listopada OGPU zdecydowało o rozstrzelaniu „za ponowną zdradę rewolucji proletariackiej”. Wyrok wykonano 8 listopada 1929.”

Nigdy nie został zrehabilitowany.

PS. Taka oto sekwencja wydarzeń latem 1918-go:

6 lipca – ginie ambasador Niemiec

17 lipca – egzekucja carskiej rodziny

2 sierpnia – lądowanie Brytyjczyków w Archangielsku: en.wikipedia.org/wiki/North_Russia_Intervention#Landing_at_Archangelsk

5 sierpnia – Jaroszyński ucieka z Piotrogrodu…

By w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi „dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce”

Dalszy ciąg nadzwyczajnego** rosyjskiego artykułu nt. Karola Jaroszyńskiego:

„Zgodnie z projektem porozumienia amerykańscy kapitaliści musieliby wydać wymagane kwoty w całości lub w części, gdy otrzymają odpowiednie zabezpieczenie, jako które Jaroszyński zaoferował akcje w przedsiębiorstwach cukrowniczych, znajdujące się w jego strefie wpływów, co łącznie stanowiło około 50% całego rosyjskiego przemysłu cukrowniczego, oraz także „udziały różnych rosyjskich przedsiębiorstw komercyjnych i przemysłowych, hipoteki na już istniejących i nabytych ziemiach, fabrykach i innych nieruchomościach, a jeśli to konieczne, i portfel weksli pierwszej klasy. ” Projekt ten okazał się jednak niemożliwy do zrealizowania (najwyraźniej, ponieważ Aschberg został wyrzucony z Rosji z powodu swoich niemieckich powiązań).

Trudności finansowe nie przeszkodziły w dalszym wzbogacaniu się Jaroszyńskiego. Dopiero rewolucja październikowa postawiła na jego drodze barierę. Nic dziwnego, bo był jednym z najbardziej zagorzałych wrogów władzy sowieckiej. 30 listopada 1917 r. Jaroszyński spotkał się z przywódcą Prywatnego Zgromadzenia Dumy Państwowej, M.W. Rodzianką, podczas którego rozmawiali o pomocy finansowej dla białego ruchu, po czym Jaroszyński zaczął regularnie uczestniczyć w spotkaniach konspiracyjnych w mieszkaniu biznesmena i awanturnika, uczestniczącego w polowaniu na koncesje na Dalekim Wschodzie, W. M. Wonliarliarskiego***. Tu Jaroszyński spotykał się nie tylko z przywódcami rosyjskiej kontrrewolucji, ale także z brytyjskimi przedstawicielami, którzy poszukiwali „kanałów finansowania białych armii na południu”, a także by w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi „dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce”.

Jednym z głównych partnerów Jaroszyńskiego był angielski komisarz, Hugh Leech. Przybył do Rosji w 1912 roku, po studiach rachunkowości w Manchesterze i inżynierii w Hamburgu, ożenił się z mieszkanką Rostowa nad Donem i zaangażował w biznes naftowy, w którym szybko odniósł sukces. W warunkach przedwojennej ekspansji przemysłowej zarabiał spore pieniądze, najpierw w firmie naftowej, a następnie w operacjach pośrednictwa. „Tylko nieliczni wiedzieli, że przez wiele lat był brytyjskim tajnym agentem.” Wraz z innym angielskim obywatelem, Leech założył firmę pośredniczącą Leech & Firebrace, a po rewolucji październikowej stał na czele brytyjskiego biura propagandowego Cosmos, które sfinansowało kontrrewolucyjną propagandę w Moskwie i Piotrogrodzie i mieściło się w budynku ambasady brytyjskiej.

Chociaż Wonliarliarski twierdził, że Jaroszyński po raz pierwszy spotkał Leecha w swoim mieszkaniu, najwyraźniej już się znali. O spotkaniach z Jaroszyńskim i opracowaniu wspólnego planu wykupu akcji i obligacji rosyjskich banków w związku z „silnym spadkiem cen wszystkich akcji i oprocentowanych papierów wartościowych”, Leech informował brytyjskiego ambasadora J. Buchanana. Polecił ściślejszą znajomość z Jaroszyńskim, oficerowi misji wojskowej, pułkownikowi Terence Keyesowi, który był pracownikiem wywiadu, ale wyższej rangi, mającemu za sobą pracę w Indiach, a następnie w rejonie Zatoki Perskiej jako rezydent brytyjskiego wywiadu, wreszcie od 1916 r. w Rosji.

Keyes poprosił Leecha o zorganizowanie spotkania z Jaroszyńskim. Miało to miejsce ponownie w mieszkaniu Wonliarliarskiego, gdzie Jaroszyński powiedział Keyesowi, że jeśli Londyn przeznaczy 200 milionów rubli, zyska pełną kontrolę nad rosyjskim handlem zagranicznym poprzez banki – Rosyjski Bank Handlowy i Przemysłowy, Bank Międzynarodowy, Wołżsko-Kamski Bank Handlowy i Syberyjskie banki kupieckie; pozwoli to na założenie Banku Kozackiego na południu, który sfinansuje A. M. Kaledin i M. V. Aleksejew. Keyesowi spodobał się ten projekt i opowiedział o tym Buchananowi. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, ambasador chciał usłyszeć opinię byłych ministrów carskich, „którym z pewnością ufał”. Wonliarliarski napisał, że tymi osobami byli minister finansów, a następnie minister spraw zagranicznych M. M. Pokrowski i premier A. F. Trepow, a według Kettle, byli to N. N. Pokrowski i Minister Rolnictwa A.W. Krywoszein. Obie osoby, do których skierował się Buchanan, odpowiedziały, że „uważają projekt Jaroszyńskiego za godny poważnej uwagi”. Jak zauważyli już radzieccy naukowcy: „Brytyjscy kapitaliści spodziewali się pokryć swoje wydatki ze stukrotnym naddatkiem różnego rodzaju oszustwami finansowymi związanymi z Rosją”.

Na początku grudnia 1917 r. szczegółowe sprawozdanie projektu Jaroszyńskiego zostało wysłane do Londynu, którego nazwiska nie wymieniono z powodu konspiracji. Oczekiwano, że autoryzacja nastąpi natychmiast, ale nie otrzymano żadnej odpowiedzi. Okazując niecierpliwość, Jaroszyński spotkał się z Leechem i poprosił go, by powiedział Keyesowi, że pilnie potrzebuje 6 milionów, aby ukończyć operację kupna Rosyjskiego Banku Handlu Zagranicznego. Leech starał się wystraszyć szefów – jeśli kwota nie zostanie przydzielona, ​​Niemcy mogą kupić ten bank. Z powodu choroby Leech przekazał sprawę swojemu partnerowi Firebrace’owi. Ten ostatni zwrócił się do F. Lindleya, radcy w Ambasadzie Brytyjskiej ds. Gospodarczych. Ten odmówił pomocy. Następnie Firebrace udał się do G. O. Benensona, dyrektora Banku Rosyjsko-Angielskiego, który zgodził się na pożyczkę krótkoterminową. Kiedy Firebrace zgłosił to Lindleyowi, ten wpadł we wściekłość ponieważ nie znosił Benensona i tym razem dał gwarancję zapłaty wymaganej kwoty przez brytyjską ambasadę. „Od tego czasu – zauważa Kettle – kwestia finansowania Jaroszyńskiego w celu utworzenia kozackiego banku była nierozerwalnie związana z angielskimi próbami wykorzystania go jako pośrednika dla uzyskania przez brytyjski rząd kontroli nad wszystkimi ważniejszymi bankami Rosji.”

Dalsze losy Karola można odnaleźć w ciekawym artykule krakowskiego MCK:

„14 grudnia 1917 r. komisja śledcza Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich wydała dekret o nacjonalizacji banków oraz nakaz aresztowania Jaroszyńskiego. Wymeldowany w marcu 1918 r. przez swego pełnomocnika Jana Surbiaka przez kilka miesięcy się ukrywał. Piotrogród opuścił dopiero 5 sierpnia tego roku, tj. dzień po lądowaniu aliantów w Archangielsku, poruczając Surbiakowi zadanie ratowania pozostawionego nad Newą wciąż ogromnego majątku…

Po opuszczeniu Piotrogrodu Jaroszyński udał się najpierw do Kijowa, a następnie na południe Rosji, skąd w początkach 1919 r. trafił do Odessy****, którą opuścił wiosną na pokładzie francuskiego torpedowca. Osiedlił się we Francji (w Paryżu rezydował w Hotelu „Vendôme”), gdzie próbował zebrać resztki znajdującej się za granicami państwa rosyjskiego fortuny. Kierownicy banków, których akcje posiadał, żądali jednak utraconych w Piotrogrodzie oryginalnych akcji, z kolei niektórzy z byłych podwładnych podważali dla własnej korzyści tytuły własności dawnego pryncypała. Jaroszyński nie mógł też liczyć na interwencję rządu polskiego, który nie zdawał sobie sprawy ze skali jego przedrewolucyjnej działalności (i nie wykorzystał również możliwości jakie stwarzał w tym zakresie traktat ryski z 1921 r.)…

W 1920 r. przeprowadził się do Polski, gdzie korzystając z koniunktury inflacyjnej, stworzył nowy koncern finansowy, nabywając akcje różnych przedsiębiorstw i banków. Zamieszkał w pałacyku hr. Sobańskich w al. Ujazdowskich. W latach 1920–1922 był doradcą finansowym Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego (1867–1935), którego przestrzegał przed dominacją kapitału niemieckiego w rodzimej bankowości; w późniejszym okresie za jego reprezentanta uważał Hipolita Gliwica (1878–1943)…

Zmarł 8 września 1929 r. na dur brzuszny w szpitalu św. Ducha w Warszawie.”

Miał wtedy raptem 51 lat, no ale trafił się tyfus…

CDN

PS. Mocna rzecz – w 1921 Jaroszyński współorganizuje Bank Rosyjsko-Polski, którego zostaje dyrektorem. Niestety, bank ów zostaje wykupiony w 1923 przez… pl.wikipedia.org/wiki/American_Jewish_Joint_Distribution_Committee! Firma natychmiast zmienia nazwę na… Bank dla Spółdzielczości SA i staje się centralą żydowskiej spółdzielczości kredytowej w Polsce.

PPS. W 1923 kiedy padał Bank Rosyjsko-Polski i Jaroszyński szukał bez powodzenia możliwości kredytowych także u Żydów – wtedy usłyszał pytanie: „Czemu Pan ten uniwersytet założył?”.

„W 1917 r. za radą ostatniego rektora petersburskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej ks. Idziego Radziszewskiego (1871– 1922) zaangażował się w ideę utworzenia w Lublinie uczelni katolickiej, późniejszego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. 28 czerwca 1918 r. wystosował do polskiego episkopatu list, w którym pisał: „Obowiązkiem naszym jest dążenie po przebytych cierpieniach do odrodzenia Polski, a więc wytężenie wszystkich sił w celu wskrzeszenia największej sumy energii narodowej” (St. Zieliński, Karol Jaroszyński, s. 3). Zadanie to spełnić miała wszechnica katolicka, otoczona w jego zamyśle siecią fabryk, umożliwiających studentom aktywizację społeczną i zdobywanie wiedzy praktycznej. Zadeklarował wówczas przekazanie na budowę nowej uczelni 1 mln rub. i 300 tys. na jej potrzeby w pierwszym roku funkcjonowania. Plany te udaremnił przewrót bolszewicki. Pomimo ruiny finansowej w latach 1918–1922 ofiarował do Lubina 350 tys. rub., ok. 15 mln marek, 291 tys. koron, 500 funtów i 40 tys. franków, a kolejne sumy wpłacał aż do śmierci.”

___

**) А. А. ФУРСЕНКО z Вопросы истории – 1987 – № 10 – С. 183-188, pt. РУССКИЙ ВАНДЕРБИЛЬТ – Rosyjski Vanderbilt. pl.wikipedia.org/wiki/Cornelius_Vanderbilt

Myślę, że nieprzypadkowo TAKI artykuł ukazał się „w szczycie” pierestrojki…

***) После революции жил с женой, Надеждой Семёновной, в Петрограде; дочь Мария жила в это время в Берлине. В июле 1923 года подал заявление о выдаче загранпаспортов для выезда с женой и сыном в Германию на лечение, но в октябре получил отказ (жена паспорт получила). В феврале 1924 года вновь подал заявление, но вновь получил отказ. 19 сентября 1924 года был арестован и заключён в тюрьму; через месяц освобождён. В апреле 1925 года он вновь хлопотал о выдаче загранпаспортов, 6 мая получил отказ, 16 мая просил помощи Е. П. Пешковой в разрешении выезда за границу. Наконец, в июле 1925 года выехал в Германию, позднее — во Францию. Умер в 1946 году в Карловых Варах

****) Z innej książki M. Kettle pt. Sidney Reilly: The True Story of the World’s Greatest Spy dowiedziałem się jeszcze o kilku więcej ciekawych szczegółach nt. Jaroszyńskiego. Przy czym ów Reilly czyli „największy szpieg świata” to oczywiście znany Zygmunt (Grigorjewicz czyli syn Hirsza) Rosenblum z Bielska nad Niemnem. Dziadkowie Zygmunta od strony ojca ponoć działali przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie…

  1. Wpierw w Odessie a potem w Konstantynopolu Reilly angażował się w realizację „planu Jaroszyńskiego”, tzn. przede wszystkim w uzyskanie dla niego wsparcia rządu brytyjskiego.
  2. Jeszcze w 1919 w liście do W. Churchilla, ówczesnego ministra wojny, Jaroszyński wyłuszczył swoje argumenty i sam plan – Churchill odniosł się do niego entuzjastycznie.
  3. Kiedy Jaroszyński wylądował w Paryżu, w 1920 Reilly dwukrotnie go „eskortował” do Londynu na spotkania z wysokimi urzędnikami rządu JKM
  4. Jaroszyński domagał się bezpośredniego spotkania z ministrem spraw zagranicznych G. Curzonem do którego nigdy nie doszło; opieszałość lorda Curzona i lorda Faringdona, prezesa British Trade Corporation, spowodowały ostateczne fiasko planu

Kamień, Kaliszanie oraz ład i porządek w Tłokini

Patronka Kalisza w kościele św. Ducha w Pesthidegkút na Węgrzech

__

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Kamień słynął szeroko z wysokiego poziomu gospodarstwa, ładu i porządku, mimo że przez pięć pokoleń rodziły się tutaj same córki i one dziedziczyły majątek. Zmieniały się nazwiska i herby, Kamień jednak jak ta skała wśród burzliwego morza powstań i wojen pozostał w rękach jednej rodziny, z czego można wyciągnąć naukę, że panie na Kamieniu potrafiły swoich małżonków trzymać ostrą ręką i nakłonić do właściwego administrowania dziedziczną schedą.

Przeszło jednak sporo czasu, zanim oswoiłem się z nowym otoczeniem i poznałem tutejszych ludzi. Najprędzej zapoznałem się ze służbą dworską i pracownikami kamieńskimi. W Kaliskiem prawie wszyscy ziemianie gospodarowali osobiście, bez administracji, a jedynie przy pomocy nieocenionych w swoim rodzaju włodarzy.

Każdy majątek miał dwóch włodarzy: jednego od robót konnych, a drugiego od prac ręcznych. Byli to zwykle ludzie, którzy swoimi zdolnościami wybijali się ponad zwykły poziom. Przeważnie świetni fachowcy, obeznani od dzieciństwa z wszelkiego rodzaju robotami na roli, a często mający spore doświadczenie nabyte w Niemczech, dokąd za dawnych czasów większość ludności udawała się na prace sezonowe.

Włodarze znali na wylot robotników i wiedzieli czego można od nich żądać, jaką pracę można wykonać w określonym czasie, mieli bardzo wyostrzony zmysł spostrzegawczy i niespotykane wyczucie roli. Do ich cech ujemnych należały: nagminna skłonność do kieliszka i skłonność do samorzutnego wynagradzania siebie przy młócce, przy zdawaniu obroku, przy sprzątaniu roślin pastewnych i okopowych… W sumie jednak te przekroczenia kosztowały przynajmniej trzy czwarte mniej niż utrzymanie rządcy; patrzono więc na to przez palce jak na coś, co wchodziło w skład obyczajów włodarskich.

W Kamieniu zastałem dwóch włodarzy: Dziubka od fornali i Tabakę od „ręczniaków”. Były to pierwszej klasy stare wygi i obaj niepośledni pijacy. Obydwaj znali się doskonale na roli i gdy chcieli, mogli dokonywać cudów; od razu też wiedzieli, kto się na roli zna, a kto nie i w takich przypadkach lubili „pofuszerować”.

Dziubek był mały, krępy, bardziej dobroduszny od Tabaki, natomiast Tabaka przewyższał go tak sprytem, jak i zdolnościami pochłaniania alkoholu bez widocznych następstw. Nieraz znajdowano Dziubka, mającego słabą głowę, w półprzytomnym stanie na skraju pola lub na brzegu rowu odpływowego zwanego rowem macicznym. Dziubek był też niepoślednim meteorologiem i przepowiadał pogodę lub deszcz zależnie od kierunku lotu gawronów zwanych w dialekcie miejscowym „glapami”.

– Ade proszę jaśnie pana, glapy ciągną od Biernatek, to na jutro pewnikiem będzie lało.
Dziubek miał czterech rosłych synów. Z nich Józef, spryciarz i „żulik”, był gajowym w Kamieniu, a drugi, Marcin, który niedawno wrócił z wojska, zaczął pracę u mnie jako zwykły „ręczniak”. Awansowałem go na starszego włodarza, bo był zdolny, pracowity, ale jak się później okazało, miał nieco „długie ręce”.

Całe to młodsze pokolenie Dziubka służyło w kawalerii, a Józef zaczął swoją karierę w ułanach rosyjskich, by skończyć jako ułan polski. Nie słyszałem, czy się czymś odznaczył w boju, dowiedziałem się jednak, że w czasie ostatniej wojny był mężem opatrznościowym szwadronu. Potrafił on spod ziemi wydostać kury, kaczki, gęsi, którym szybko ukręcał szyje i nieznacznym ruchem wkładał swoją zdobycz pod mundur. Jako starszy gajowy Kamienia doskonale prowadził nagonkę, znał wszystkich okolicznych kłusowników i w czasie dorocznych polowań jednym rzutem oka umiał zmiarkować, który z nagonki miał coś na sumieniu i w milczeniu sięgał zręcznie pod koszulę delikwenta i wyciągał postrzelonego bażanta lub królika.

Niestety, po kilku latach Józef rozwydrzył się nieco, więc byłem zmuszony podziękować mu za wierną służbę. Opuścił Kamień z nieodstępnym, nieco przymorzonym głodem, Zofirem. Każdy bowiem pies Dziubka, będący zwykle trudną do określenia mieszaniną ras, nazywał się tradycyjnie Zofir, co miało oznaczać „zefir”.

Jedną z charakterystycznych postaci dawnej służby kamieńskiej był Antoni Józefiak, będący już na emeryturze, ale doglądający jeszcze źrebaków. Był to świetny psycholog, znał na wylot wszystkie słabości dziedziców, umiał jak nikt opowiadać o dawnych czasach i stał się nieodłącznym przyjacielem moich dzieci w czasie ich letnich wakacji.

– Ade proszę panienki – opowiadał mojej córce o majątku mojego teścia – u pana Rumockiego tobyły fajn budynki. Na dachu każdego był znak. Na stajni koń, na oborze krowa, na kurniku kura, na chlewni świnia, a wszystko wycięte z blachy i pomalowane, a na spichrzu to był szczur z długim ogonem.

Niełatwo mi było przyzwyczaić się do miejscowego dialektu i do swoistego przekręcania liter. Mego teścia zwano panem Rumockim, nie mówiono „przez most” ale „bez most”, nie mówiło się „bez czapki” ale „przez czapki”, na dziewczyny w polu pokrzykiwało się „ty selero jedna”, a każde zdanie zaczynało się „ade”. Dużo było również naleciałości niemieckich, jak „hakanie” buraków, „rapsik” czy „pyry” lub „dryl”.

 

Wydajność pracy w Kaliskiem trzykrotnie przewyższała wydajność naszych flegmatycznych i powolnych Litwinów. Zastanawiało mnie to tym bardziej, że robotnik, szczególnie sezonowy, odżywiał się znacznie gorzej niż u nas na świętej Żmudzi, gdzie codziennie na obiad parobek musiał mieć mięso, bliny z mąki grochowej, suto zabielany krupnik i okraszoną botwinę, w której pływały grube kawały słoniny.

Pracownicy Kamienia mieli swoje wady, bo któż z nas ich nie ma, ale w gruncie rzeczy byli to doskonali pracownicy i ludzie zacni, oddani swojemu pracodawcy i w chwilach krytycznych można było na nich polegać. Tych ludzi wspominam z miłością i sentymentem.

Sąsiednia wieś Kamień oddzielona była od dworu szosą i wąskim pasem zabudowań folwarcznych. Składała się ona z kilkunastu pełnorolnych gospodarstw. Chłopi byli zamożni, bowiem przy likwidacji serwitutów zostali przez mojego teścia obdzieleni hojnie gruntem. Wieś była zabudowana porządnie, zagrody chłopskie otoczone były sadami, obszerne izby miały wielkie okna, budynki gospodarskie w większości murowane. Na początku wsi mieścił się urząd gminny, nieco dalej szkoła elementarna, wreszcie na wielkim placu nad stawem, na gruntach ofiarowanych przez mojego teścia, mieściła się ochotnicza straż pożarna. W gruncie rzeczy dwór był dobroczyńcą wsi. Za czasów rosyjskich było już w Kamieniu kółko rolnicze, była straż ogniowa, była wreszcie tajna szkółka, w której uczono nie tylko pisać i czytać, ale także historii i geografii. Szkołą opiekowała się moja teściowa, mając do pomocy freblówkę opłacaną oczywiścieprzez dwór.

Mimo to stosunek wsi do dworu nie był ani przyjazny, ani sąsiedzki. Długie lata administracji rosyjskiej i działalność komisarzy ziemskich, których głównym zadaniem było poróżnienie wsi z dworem, na pewno pozostawiło osad niechęci u chłopów kaliskich. Jednakże i w tym ludzie było coś niesympatycznego, a dominującą cechą chłopa kaliskiego była przebiegłość i fałsz; może demoralizująco wpłynął na to charakter pogranicza z szeroko rozpowszechnionym przemytnictwem, a co za tym idzie pijaństwem i oszustwem. Lud tutejszy był nie tylko zdemoralizowany, ale i zdegenerowany, brzydki, karłowaty, skłonny do bójek, kradzieży i nożownictwa. Nie było w nim nic z kmiecia polskiego.

Mimo to lud ten przy wszystkich swoich wadach miał w głębi duszy niemało cech dodatnich. Niestety, rządy odrodzonej Polski nie tylko nie przyczyniały się do podniesienia poziomu moralnego i kulturalnego chłopa kaliskiego, ale wręcz przeciwnie – patrzyły przez palce na demagogię, bezbożnictwo szerzone wśród ludu przez liczne zastępy półinteligentów, operujących w tak zwanym terenie na polecenie partii chłopskiej czy Wyzwolenia. Bezczelność tych agitatorów partyjnych, którzy niczym wszy oblazły chłopa polskiego, przechodziła wszelkie granice. Często były to kanalie, wobec których rosyjski komisarz ziemski wydawał się człowiekiem nieposzlakowanym.

Gdy jesienią 1922 roku osiadłem w Kamieniu, trafiłem na okres szczególnego rozpanoszenia się demagogii i kadzichłopstwa, na okres różnych karkołomnych eksperymentów społecznych i wyraźnej agitacji komunistycznej. Często słyszałem, i to nawet od bogatych gospodarzy, że chłop polski czeka na bolszewików jak na zbawienie.

Przyzwyczajonemu do przyjacielskich stosunków na Litwie, gdzie chłop był prawdziwym sąsiadem i miał wrodzone poczucie godności osobistej, pierwsze zetknięcie z nowymi sąsiadami nie zostawiło na mnie dobrego wrażenia. Tutaj we wzajemnych stosunkach panował fałsz. Chłop, gdy miał interes, kłaniał się w nogi i upokarzał, natomiast przed kościołem uważałby za dyshonor przywitać się z dziedzicem lub uchylić czapki. Wyniesiona z Litwy naturalna poufałość z chłopem, w warunkach Kongresówki była nie na miejscu, byłaby poczytywana za słabość lub „kadzichłopstwo”. Musiałem więc obrać inne metody obcowania z miejscową ludnością i od początku podkreślić, że nie pozwolę przekroczyć pewnych granic, co dało dobre rezultaty.

W samej wsi zauważyłem też daleko idący podział społeczny. Wielkorolny gospodarz uważałby sobie za ujmę zadawać się z małorolnym lub fornalem dworskim. Wśród gospodarzy wyróżniały się tak wyrobieniem, jak i rzeczowym podejściem oraz uprzejmością dawno zasiedziałe we wsi rodziny chłopskie i z nimi dosyć szybko doszedłem do porozumienia.

Plagą natomiast była powiększająca się liczba małorolnych, powstała z parcelacji sąsiedniego majątku Zborowa. Nie można było się obronić od szkód i kradzieży, wypasania zasiewów, wykradania snopów z pola, czy ziemniaków z kopców, a do tego dochodziło jeszcze kłusownictwo. Trzymałem uzbrojoną służbę leśną, która ujrzawszy złodzieja, nie czekając strzelała nabojami nabitymi grubym kalibrem śrutu. Raniony kłusownik czy złodziej polowy nigdy nie przyznawał się gdzie i przez kogo był raniony, ale nauczka skutkowała. Oddawanie spraw do sądu było ze względu na atmosferę polityczną chybione, gdyż sądy z zasady uniewinniały złodziei, przyczyniając się tym samym do coraz większej demoralizacji.

Taki był skutek rywalizacji partii chłopskich o głosy wyborców. We wsiach potworzyły się pod auspicjami płynącymi ze stolicy związki młodzieży wiejskiej patronowane przez partię chłopską, Wyzwolenie, Wici, a potem nie lepsze Związki Strzeleckie, których bezkarność przechodziła wszelkie granice. W czasie nabożeństwa nieraz grupy wyrostków wiejskich hałasowały przed kościołem, śpiewając nieprzyzwoite piosenki ku utrapieniu duchowieństwa. Lepsza część włościaństwa, do którego należało przeważnie starsze pokolenie, nie miała żadnego autorytetu, a często obawiała się o własną skórę, jednak poznałem kilku gospodarzy orientujących się w rozkładowym wpływie partii chłopskich.

Niedaleko od Marchwacza leżały dwa dwory, z którymi również utrzymywaliśmy miłe, sąsiedzkie stosunki. Były to Rożdżały należące do państwa Suskich, bliskich krewnych mojej żony, i Tłokinia należąca do pana Ignacego Chrystowskiego.

Pan Ignacy ukończył rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i był doskonałym rolnikiem. Niestety, był również zagorzałym endekiem, wielbicielem Dmowskiego i ruchliwym, a bezkompromisowym działaczem Stronnictwa Narodowego. Z ramienia tegoż stronnictwa był wybrany na posła do drugiego Sejmu. Pan Ignacy z powodu swego nieprzejednanego charakteru bywał często narażony na przykrości ze strony administracji państwowej, szczególnie w okresie rozpanoszenia się BBWR. Ta jego polityczna nieugiętość doprowadziła wreszcie do wycofania się przez niego ze Związku Ziemian, któremu zarzucał oportunizm względem władz administracyjnychi sanacji.

W Tłokini panował ład i porządek. Państwo Chrystowscy mieszkali w pałacyku wybudowanym namiejsce starego dworu i urządzonym z wielkim gustem.

Być może z powodu daleko posuniętego pedantyzmu Tłokinia mimo gościnności gospodarzy i doskonałej kuchni nie była sąsiedztwem „na co dzień”. Trzeba było być zaproszonym albo zawczasu oznajmić gospodarzom o swoim przyjeździe. Dom mimo starannego urządzenia był nieco sztywny: wszystko było starannie ułożone na tym samym miejscu, nie znalazło się tam ani ździebełka kurzu. Służący, ubrany zawsze w granatową, odprasowaną liberię, dopełniał solennej atmosfery wszystkich przyjęć w Tłokini.”

Jaroszyński, Rasputin i inni

Jedną z najwybitniejszych postaci finansowej oligarchii przedrewolucyjnej Rosji był K. J. Jaroszyński. Badanie działań jego koncernu pozwala głębiej zrozumieć relacje między rosyjskimi i zachodnimi finansistami w 1917 roku, niektóre aspekty zaplecza finansowego kontrrewolucji i antysowieckiej interwencji wojskowej. Działania koncernu Jaroszyńskiego już przyciągnęły uwagę sowieckich historyków. Jednak szczegółowe okoliczności jego funkcjonowania w latach 1917-1918 stały się znane dopiero po publikacji książki brytyjskiego dziennikarza M. Kettle’a, napisanej przy użyciu materiałów angielskiego Gabinetu Wojny, Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wywiadu. Przedstawiając tę ​​książkę czytelnikom, wydawca zauważył, że autor zbadał „próby aliantów przestrzeżenia, a następnie odwrócenia rewolucji bolszewickiej”. Dane Kettle potwierdzają dokumenty Centralnego Archiwum Państwowego ZSRR, które wcześniej nie zostały w pełni wprowadzone do obiegu naukowego lub w ogóle nie zostały wykorzystane.

Karol Józefowicz Jaroszyński pochodził z rodziny polskich właścicieli ziemskich, którzy posiadali duże majątki w regionie Winnicy. W 1834 roku Jaroszyńscy zostali nobilitowani. W 1911 r., podczas wizyty Mikołaja II w Kijowie, brat Karola Franciszek został awansowany na młodszego szambelana dworu, co przybliżyło Jaroszyńskich do kręgów dworskich. Korzystając z nowych powiązań, bracia aktywnie angażowali się w działania na rzecz przedsiębiorczości w latach przedwojennej ekspansji przemysłowej, a następnie w czasie pierwszej wojny światowej znacznie zwiększyli swoje bogactwo. W marcu 1916 r. swój stan posiadania K. Jaroszyński oszacował na 26,1 mln rubli. W kwietniu 1916 r., przy wsparciu największego moskiewskiego banku [Francuzi!], Banku Rosyjsko-Azjatyckiego, kupił jedną z wiodących instytucji finansowych, Rosyjski Bank Handlowo-Przemysłowy.

Kiedy w 1916 r. powstał związek banków prowincjonalnych w postaci Banku Związkowego (Союзный банк), Jaroszyński został wiceprzewodniczącym jego zarządu. W tym czasie przeniósł się do Piotrogrodu i osiadł w jednej z pałacowych rezydencji przy ulicy Morskiej (dom Połowcowa). Szwedzki finansista Olof Aschberg**, który znał Jaroszyńskiego, napisał, że „poprzez Rasputina nawiązał potężne stosunki z rosyjskimi arystokratami, i mówiono, że powinien poślubić jedną z carskich córek”. P. Bykow także napisał w swoich wspomnieniach o bliskości Jaroszyńskiego z kręgiem Rasputina i o jego kontaktach z rodziną cesarską. Bykow jako przewodniczący Rady Robotników i Żołnierzy z Jekaterynburga była świadkiem ostatnich miesięcy życia Romanowów (rodzina królewska spędziła je w Jekaterynburgu). Według Ashberga Jaroszyński uczestniczył w spekulacjach na giełdzie, mając nadzieję na sprawowanie kontroli nad innymi bankami. Żonglując funduszami banków, był w stanie przeprowadzić operacje finansowe i gospodarcze na dużą skalę i stał się jednym z najpotężniejszych magnatów finansowych w Rosji.

Obalenie autokracji, pomimo utraty poparcia dworu, nie ugasiło zapału Jaroszyńskiego do działań spekulacyjno-przedsiębiorczych – zdołał on przeprowadzić szereg poważnych transakcji. Najważniejszym z nich było przejęcie stołecznego Banku rosyjskiego handlu zagranicznego, który posiadał dwie firmy cukrownicze, firmę ubezpieczeniową i finansował działalność zbożową w regionie Wołgi. Operacja ta przeprowadzona została przez Jaroszyńskiego wraz z Międzynarodowym Bankiem Handlowym Petrogradu (Санкт-Петербу́ргский междунаро́дный комме́рческий банк), który kontrolował handel zbożem na południu, największe kopalnie węgla i przedsiębiorstwa hutnicze w kraju. „W związku z konsekwencjami operacji wojskowych i zmienionej sytuacji w kraju (Rewolucja lutowa – A.F.), potrzeba zjednoczenia i wzajemnej pomocy w przyszłych działaniach rosyjskiego Banku Handlowo-Przemysłowego, Piotrogrodzkiego Międzynarodowego Banku Handlowego i Banku rosyjskiego handlu zagranicznego”, mówi memorandum sporządzone przy tej okazji. Rosyjski Bank Handlowo-Przemysłowy utworzył konsorcjum na zakup i późniejszą sprzedaż udziałów w Banku rosyjskiego handlu zagranicznego. Pod kontrolą Jaroszyńskiego znalazły się dziesiątki krajowych przedsiębiorstw branż metalurgicznej, mechanicznej, tekstylnej, transportu parowego i kolejowego, cukierniczej i innych.

Konsul brytyjski w Odessie, który śledził działalność Jaroszyńskiego, podziwiał jego umiejętności, zauważając jednak, że „często odczuwał potrzebę środków z powodu braku gotówki”. Chociaż Jaroszyński nadal korzystał z kredytu w Banku Rosyjsko-Azjatyckim i otrzymywał od niego wielomilionowe pożyczki, pożyczał też pieniądze za granicą, w szczególności podpisał umowę z British British Bank of Foreign Trade i nawiązał bliski kontakt z London City i Midland Bank, który później stał się jego głównym brytyjskim partnerem. W czerwcu 1916 r., Z pomocą Aschberga, Jaroszyński podjął próbę zawarcia porozumienia w sprawie dużej pożyczki z amerykańskimi kapitalistami, która zapewniłaby grupie rosyjskich przemysłowców kierowanych przez Jaroszyńskiego „kapitał 100 milionów rubli na potrzeby rosyjskiego przemysłu i handlu” przez okres pięciu lat. Zaprosił mnie do swojego pałacu – wspomina Aschberg – i opowiedział mi o swoich rozległych planach wykorzystania naturalnych zasobów Rosji, powiedział: Do tego potrzebuję pożyczki z zagranicy.

CDN

**) „Pomógł finansować rewolucję rosyjską, a w dowód wdzięczności rząd Rosji Radzieckiej pozwolił w 1920 roku Aschbergowi robić interesy z RSFRR. Aschberg został szefem [nomenomen…] Ruskombanku, pierwszego radzieckiego banku międzynarodowego (Antony C. Sutton, Wall Street and the Bolshevik Revolution, chapter XI, 1974)…

Po wybuchu II wojny światowej został internowany przez rząd Vichy w obozie Vernet, ale w styczniu 1941 został uwolniony i uciekł z rodziną do Stanów Zjednoczonych, przez Lizbonę”.

Jego wnuk był szwedzkim maoistą… en.wikipedia.org/wiki/Robert_Aschberg