Dlaczego nie stać naszego narodu na przywódców naprawdę wielkich, jakich miewają inne narody?

ADAM DOBOSZYŃSKI „Generał Sikorski – żywot ułatwiony”marzec 1947, fragmenty – dalszy ciąg:

Ostatnie dwa miesiące przed powstaniem spędził Retinger w Warszawie i opuścił Polskę na parę dni przed wybuchem; w czasie swego pobytu w stolicy konferował z wszystkimi kierownikami naszego państwa podziemnego; bez przesady można powiedzieć, że był on w tymczasie najpoważniejszą osobistością – i indywidualnością – polityczną w Warszawie. Był nią również, po śmierci Sikorskiego bezkonkurencyjnie, i w „polskim” Londynie. Gdy już bolszewicy zainstalują drugi rząd w Warszawie, Retinger stanie się na pewien czas jedynym łącz­nikiem wszystkich odłamów społeczeństwa polskiego: będzie w równie dobrych stosunkach z rządem warszawskim i londyńskim, z szefem sztabu gen. Kopańskim,z gen. Andersem i z gen. Rudnickim, dowódcą oddziałów polskich uczestniczących w okupacji Niemiec. W jednym z najbardziej zagmatwanych okresów naszych dziejów Retinger odegra tym samym rolę – dosłownie – zwornika polskiej społeczności.

Dla uzupełnienia obrazu dodajmy, że do roli tej (tzn. do spełnieniajej w myśl życzeń swych mocodawców) całkowicie dorósł. Mylą się grubo ci, którzy pod pozorami nonszalancji i bohemy człowieka, u którego butelka nie schodzi ze stołu a kobieta jest zawsze w drugim pokoju, nie potrafią dostrzec dużej inteligencji i uderzającej odwagi, zdolności artystycznych, indywidualności wybitnej o dużym czarze osobistym, nie mającej swej przeciwwagi w rządzących ośrodkach politycznych ani „polskiego” Londynu, ani Kraju. Zasięg osobistego oddziaływania Retingera był bardzo szeroki i obejmował również sporo najzdolniejszych jednostek z młodego pokolenia.

Taki to człowiek stał się, poczynając od czerwca 1940, nieodłącznym impresariem Sikorskiego. Pierwszym jego czynem politycznym po sprowadzeniu Sikorskiego do Anglii było podsunięcie mu do podpisu memoriału, przeznaczonego dla Anglików, w którym proponował utworzenie armii polskiej w Rosji. Sikorski memoriał składa na ręce ministra spraw zagranicznych lorda Halifaxa, ale rzecz dochodzi do wiadomości Rady Narodowej, która zmusza Sikorskiego do jego wycofania. Przypomnijmy, że dzieje się to w chwili, kiedy Rosja jest oficjalnym rozbiorcą Polski, a stosunki sojusznicze Stalina z Hitlerem są w fazie jak najserdeczniej.

Pilotowany przez Retingera Sikorski wjeżdża teraz szybko na szczyty, na których huragan propagandy robi z człowieka, znanego do niedawna tylko najbliższemu otoczeniu, osobistośćna miarę światową (a mimochodem i „wodza” swego narodu). Wszystkie środki propagandy, prasa, radio, kino, przemysł wydawniczy, propaganda szeptana, są przecież w rękach czynników, na których Sikorski oparł już od lat trzydziestu swoją karierę. Jeżdżąc do Waszyngtonu poświęca on niezmiennie swój pierwszy wieczór na wizytę u sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych Frankfurtera**. Przemawia w „świątyni” masońskiej w Detroit. Nawet ginąc w Gibraltarze ma jeszcze w swym towarzystwie płk. Cazaleta, posła do parlamentu brytyjskiego i łącznika od władz brytyjskich przez cały czas pobytu Sikorskiego w Wielkiej Brytanii. Taktyka ta opłaca się Sikorskiemu sowicie. Nieznany na jesieni 1939 r. jeszcze nikomu poza Polską i pewnymi kołami Francji, jest już w dwa lata później „wodzem narodu” i osobistościąna miarę światową. Mówiąc nawiasem trzy razy w ciągu dziesięciu lat te same czynniki tymi samymi metodami narzuciły narodowi polskiemu „wodza”: pierwszym był Rydz-Śmigły,*** drugim Sikorski, trzecim Mikołajczyk. Kto będzie następnym? Metoda ta działa tak sprawnie, że można zrobić „wodzem narodu” w dwa lata byle kogo, czyje zdolności wyrastają choć trochę ponad przeciętną. Nie po trzeba zasług, wystarcza propaganda.

W tym miejscu nasuwa się dygresja: dlaczego – słyszy się u nas tak często biadanie – nie stać naszego narodu na przywódców naprawdę wielkich, jakich miewają inne narody? Dlaczego miewamy tylko rozreklamowane miernoty? Dlaczego nasz „górny tysiąc” polityczny i wojskowy zwykł się składać przeważnie z ludzi o słabych charakterach, niedouków i pyszałków? Ubolewał już nad tym w swych „Dziejach Polski” Bobrzyński. Czyżbyśmy mieli jakąś organiczną wadę, jakiś biologiczny defekt uniemożliwiający wyłonienie przywódców naprawdę wartościowych? Pytanie to niezmiernie doniosłe, a odpowiedź na nie – choć ogółowi Polaków nieznana – nie wydajesię trudna. Oto od paruset lat zarówno nasze życie gospodarcze było w ręku czynników obcych, jak i nasze jednostki przywódcze zorganizowane były w związkach tajnych, kierowanych spoza naszych granic i zmuszanych – ze względu na swój antykatolicki charakter – lawirować bardzo umiejętnie, by nie wypuścić cugli z rąk w społeczeństwie do gruntu katolickim. W ten sposób nad społeczeństwem naszym rozpięta była – i jest nadal – sieć, przez którą nie przebije się w górę żadna jednostka, choćby największych zdolności, o ile nie będzie dawała gwarancji powolności względem czynników wszechpotężnych, które w wielu wypadkach sabotują interes narodu.

Rządzenie jest sztuką i do rządów wymagana jest długa zaprawa, trening żmudny i cierpliwy, trwający lat dziesiątki; temu, kto go nie przejdzie, nie pomogą najwybitniejsze zdolności. Jakże zaś łatwo czynnikom, rządzącym danym społeczeństwem, uciąć w zarodku karierę młodego czło­wieka, który im nie odpowiada, nie zezwolić mu włożyć stopy w przysłowiowe strzemię?

Czyż ludzie tacy jak Oleśnicki czy Richelieu, Cavour, Bismarck czy Churchill mogliby byli przejść długą zaprawę, uzdalniającą ich do władzy, gdyby w ich ojczyznach cały mechanizm krążenia elit i kształtowania rządzących nastawiony był na puszczanie w górę wyłącznie tylko ludzi o oportunistycznym charakterze i miękkim karku, a spychanie w dół ludzi twardych i hartownych? Bywa zresztą, że i przy takim systemie wydostanie się na wierzch trochę ludzi wartościowych, ale w jakimże stanie deformacji? Twarda konieczność nauczy ich nie liczyć na siły własne i na siły własnego narodu, ale szukać poparcia u szafarzy tajnego awansu i międzynaro­dowego kapitału, choćby ich cele nie pokrywały się bynajmniej z celami społeczności, której ich pupile mają przewodzić? Krążenie elit i kształtowanie rządzących, to procesy socjologiczne nietrudne do ścisłego zbadania; skoro tylko uda się przezwyciężyć istniejące obecnie opory i zbadanie to nastąpi, zdobędziemy się może wreszcie na przełamanie zaczarowanego kręgu, w którym od wieków produkujemy swoisty typ przywódców – oportunistów i karierowiczów, w najlepszym zaś razie Hamletów i kunktatorów, którzy na szczytach społeczności wiodą życie pozłocone i – ułatwione.

Tak więc w roku 1941 Sikorski stoi wreszcie u szczytu. Jest „wodzem narodu” (te same czynniki rozreklamowały go również i w Kraju) i osobistością na miarę całego globu, rozmawiającą – przy udziale Retingera – z największymi mocarzami tego świata. Życie jego, od dalekich chwil, kiedy stawiał na Politechnice Lwowskiej pierwsze kroki polityczne, słało się bez chmurki, zawsze w oparciu o te same czynniki. Bez chmurki, jeśli nie liczyć 13 lat usunięcia w cień, osłodzonych jednak sutymi poborami, własną posiadłością ziemską, podróżami za granicę, nieskrępowaną przez nikogo działalnością pisarską i polityczną. Jedyny to bodaj z naszych przywódców od czasu konfederacji barskiej, który nie siedział nigdy w więzieniu, nie zaznał nigdy prześladowań, biedy ni poniewierki. W szczęściu tym nie było zresztąnic przypadkowego, gdyż Sikorski konsekwentnie baczył przez całe życie, by nie wplątać się jakąś akcję, która by mogła go narazić jego mocodawcom. Zaczynając np. na jesieni 1939 r. budować od nowa zarówno polskie wojsko, jak i polską państwowość cywilną, miał Sikorski świetną sposobność dokonać cięć radykalnych, usunąć to, co chore i rakowate, i zbudować zupełnie nowe środo­wisko, zdrowe i sprawne. Równałoby się to jednak narażeniu się wielu ciemnym mocom, boć przecież wszystko, co w naszym aparacie wojskowym i cywilnym jest robaczywego, tradycyjnie reasekuruje się w takiej czy innej agenturze. Sikorski mógł był uzdrowić nasz aparat państwo­wy jedynie kosztem narażenia się agenturom i utrudnienia sobie w przyszłości życia, a tego po nim oczekiwać nie należało. Tworzy więc armię jeszcze bardziej chorą niż była armia przed-wrześniowa, aparat cywilny jeszcze mniej sprawny i przetkany obcymi „wtyczkami”. Z czynników sanacyjnych przejmuje hurtem elementy najujemniejsze, płaszczące się i karierowe. Aż przykro czytać, jak wielbiący Sikorskiego Strumph Wojtkiewicz w książce swej co chwilę wraca bezradnie do pytania, dlaczego Sikorski – mając tak doskonałą sposobność do uzdrowienia armii, tego nie uczynił, dlaczego ją jeszcze gorzej zakaził, wysuwając na czołowe stanowiska ludzi szkodliwych, o których ponadto nie mógł nie wiedzieć, że przy pierwszej lepszej sposobności, obrócą się przeciw niemu? Ależ taka właśnie była cena, którą płacił Sikorski za ułatwianie sobie życia politycznego…

CDN

**) Patrz: http://boson.szkolanawigatorow.pl/kim-by-kuzynek-diaba

***) http://boson.szkolanawigatorow.pl/wywiad

3 myśli na temat “Dlaczego nie stać naszego narodu na przywódców naprawdę wielkich, jakich miewają inne narody?”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s