Stąd do wieczności czyli gra w trzy liczby

Odkrycie w CERNie, w lipcu 2012 roku, bozonu Higgsa zamknęło definitywnie epokę zatwierdzania Modelu Standardowego jako kompletnej teorii mikro-świata. Paradoksalnie, było to sporym zaskoczeniem, i stąd właśnie się wzięło 49-letnie opóźnienie w przyznaniu nagrody Nobla za ten ostatni, do niedawna niepotwierdzony bezpośrednio składnik tejże teorii, tzw. mechanizm BEH (Brout-Englert-Higgs), przewidujący istnienie tegoż bozonu. (W efekcie jeden z autorów, Robert Brout, nie doczekał się tego wyróżnienia…) Zaskoczony był tym w pewnym stopniu nawet jeden z trzech twórców BEH, gdyż podobnie jak wielu fizyków spodziewał się, że być może bozon Higgsa nie jest cząstką elementarną**, a do jego pełnego zrozumienia potrzeba nowej teorii. Okazało się inaczej, i nic w tej chwili nie wskazuje na taką potrzebę, a więc odkrycie stało się niejako większym niż powszechnie oczekiwano!

W tym miejscu warto zrobić pewną dygresję historyczną. Otóż, w 1885 Johann Balmer, fizyk i nauczyciel w żeńskiej szkole w Bazylei, podał prosty wzór matematyczny wiążący długości fal dla dopiero co zmierzonych przez Ångströma pięciu linii spektralnych wodoru. Jak się później okazało, był to początek końca fizyki klasycznej, a gwóźdź do jej trumny wbił w 1900 Maks Planck postulując kwantowanie (czyli „porcjowanie”) energii, i wprowadzając nową stałą fundamentalną h. Planck doskonale zdawał sobie sprawę z wagi swojego odkrycia – zanim to ogłosił, bardzo długo męczył się próbując uratować fizykę klasyczną, ale bez powodzenia. Jak wiemy, doprowadziło to do powstania fizyki kwantowej, innymi słowy – do największej rewolucji w fizyce od czasów Newtona. Na marginesie, warto przypomnieć rolę w tejże rewolucji, być może najważniejszej w historii fizyki, pracy doktorskiej – ukończonej przez księcia Ludwika de Broglie w 1924. Nosiła ona tytuł Recherches sur la théorie des quanta („Badania nad teorią kwantów”) i przyniosła autorowi nagrodę Nobla już w 1929. Wynikało to z jej olbrzymiego znaczenia dla fizyki, a ciekawostką jest fakt, iż de Broglie doszedł do swojego fundamentalnego postulatu przypisania falowej natury wszystkim cząstkom materii, całkowicie samodzielnie. Członkowie jury jego przewodu doktorskiego (w tym wielcy francuscy fizycy, Paul Langevin i Jean Perrin) poruszeni rewolucyjnością idei, zasięgnęli w tej sprawie rady Alberta Einsteina, który natychmiast docenił bardzo głębokie znaczenie owego postulatu. Więcej o tym, m.in. jak to sam Einstein stał się tego poniekąd ofiarą TUTAJ.

Wróćmy zatem, jak mówią Francuzi, do naszych baranów. Model Standardowy jest teorią kompletną ponieważ poprawnie opisuje wszystkie znane zjawiska mikro-świata. Zawiera jednak dużo parametrów, których wartości już nie potrafimy dobrze wyjaśnić. Do tych parametrów należą w szczególności masy wszystkich cząstek elementarnych, w tym także bozonu Higgsa. I tu właśnie pojawia się wielkie wyzwanie – otóż, eksperymenty w  CERN nie tylko wykazały istnienie bozonu Higgsa, ale umożliwiły pomiar masy tegoż bozonu z dokładnością 0,2% (dwóch promili)!  A to z kolei, pozwoliło zauważyć następującą relację liczbową między trzema masami:

(Mhiggs)2 = Mtop * MZ    lub, inaczej      Mh = √ (Mt * MZ)

Innymi słowy, masa bozonu Higgsa jest równa pierwiastkowi z iloczynu mas kwarku top i bozonu Z. Równanie to jest spełnione z dokładnością lepszą niż 0,3%, zatem w znakomitej zgodzie z błędami pomiaru tych trzech mas! Fascynującą własnością tej prostej relacji jest fakt, że każda z tych trzech cząstek należy do innego rodzaju, ze względu na swój spin. Bozon Higgsa jest jedyną skalarną (tzn. bezspinową) cząstką elementarną w przyrodzie! Z kolei, kwark top jest fermionem, czyli cząstką o spinie połówkowym (= ½ ħ), tak jak wszystkie cząstki elementarne materii, na przykład elektrony. W dodatku jest najcięższym fermionem, ale właśnie jego wielka masa (równa w przybliżeniu masie atomu złota…) jest najbardziej „naturalna” wśród fermionów, wg Modelu Standardowego. No i w końcu, neutralny bozon Z, „odpowiedzialny” wraz z naładowanymi bozonami W za oddziaływania słabe,  jest bozonem wektorowym, o spinie 1, tak jak foton. Ma przy tym najlepiej znaną masę, z dokładnością do 0,002% !

Ktoś może nie bez racji powiedzieć, że jest to najprawdopodobniej zupełny przypadek – w końcu można by postulować bardzo wiele innych arbitralnych wzorów, dołączyć także masę bozonów W itd., itp. Problem jednak w tym, że od wielu już lat znamy inny zaskakujący wzór łączący tym razem masy trzech leptonów (czyli fermionów, ale nie oddziałujących silnie) naładowanych – elektronów, mionów i leptonów tau. Zaproponował go w 1981 japoński fizyk Yoshio Koide:                                                                                               en.wikipedia.org/wiki/Koide_formula.

Po 38 latach, przy ciągle rosnącej precyzji pomiaru tychże mas – równanie Koide jest nadal spełnione, w granicach (bardzo małych) błędów, ale nikt dotąd nie potrafił wyjaśnić jego ewentualnego pochodzenia.

Trudno zatem uwierzyć, aby każdy z tych związków był po prostu, jedynie liczbową koincydencją.  Ja w to nie wierzę, a jeśli ktoś z czytelników ma pomysł na głębokie uzasadnienie któregoś z nich, to radzę szybko to spisać i opublikować – jeśli dobrze trafi, to poczesne miejsce na kartach historii fizyki jest gwarantowane.

___

Z kolei, wiele wskazuje na to, że grawitacja ma (zasadniczo) inny charakter niż pozostałe trzy fundamentalne oddziaływania: elektromagnetyczne, słabe oraz silne (jądrowe), które to z olbrzymim sukcesem są opisywane przez Teorię Standardową (TS), ciągle zwaną Modelem Standardowym.

Po odkryciu bozonu Higgsa ostatni element tej teorii został potwierdzony doświadczalnie, a w dodatku zmierzona masa tegoż bozonu, około 125 GeV/c², powoduje, iż z formalnego, matematycznego punktu widzenia teoria jest „stabilna” i daje „sensowne” przewidywania, począwszy od fizyki atomowej i energii cząstek rzędu 1 eV (oraz dużo, dużo mniejszych, gdzie dobrego opisu dostarcza fizyka klasyczna), aż do gigantycznych energii, rzędu tzw. energii Plancka, czyli do około 1019 GeV, lub inaczej 1028 eV.

Innymi słowy, można uznać, że „natura mikroświata” jest w pełni opisana, czyli TS jest „kompletną” teorią cząstek elementarnych (oczywiście, zaniedbującą grawitację). Jedynym zazwyczaj podnoszonym argumentem „formalno-estetycznym” jest problem tzw. (nie)naturalności, znany też pod nazwami – problemu hierarchii, ew. jako problem fine tuning’u („precyzyjnej regulacji”).

Niedawno ukazała się publikacja pt. Naturalness, the autonomy of scales, and the 125 GeV Higgs, która świetnie to tłumaczy – polecam zainteresowanym. Jest ona wprawdzie dość szczegółowa i trudna, na (bardzo) wysokim poziomie merytorycznym, ale można tam też znaleźć świetne podsumowania, jak np. to:

Here I present a positive argument that this is indeed the appropriate way to understand the naturalness criterion: we should understand naturalness as the requirement that theories should be able to describe physics at low energies in ways that do not invoke a sensitive dependence on those theories’ descriptions of physics at much higher energies.”

W przypadku TS, która jest kwantową teorią pola, gdzie oddziaływania są „generowane” przez zasadę cechowania (gauge principle), taka naturalność jest gwarantowana, za wyjątkiem pola skalarnego bozonu Higgsa – mówi o tym ogólne twierdzenie o rozprzęganiu (Decoupling Theorem):

„Appelquist and Carazzone prove that if one starts with a perturbatively renormalizable theory – the “full theory” – containing a set of fields all of which are much heavier than the remaining fields, the correlation functions describing physics occurring at energies much lower than the mass of the heavy fields can be obtained from an effective theory which contains only the light fields. The only remnant of the heavy fields is that the couplings of the light fields in the effective theory may be different than the couplings of the light fields in the full theory. Furthermore, for quantum field theories containing only fermions or gauge bosons, no relevant operators appear and the contribution of the heavy fields to the light field couplings is merely logarithmic, a small correction to the original light field couplings. Virtually all quantum field theories employed in elementary particle physics are of this form; until the recent discovery of the Higgs particle, no elementary particle described by a scalar field had been discovered in our world. This is of central importance for naturalness since the presence of an elementary scalar field in a theory introduces a relevant operator whose coupling, representing the mass of the scalar field, receives very large corrections from high-energy physics. Setting aside for the moment the conceptual complication introduced by relevant operators, the essence of the Decoupling Theorem is that low-energy physics can be accurately described by a theory including only low-energy degrees of freedom. Past experience with physical theories leads one to expect that low-energy physics like billiard ball trajectories will not depend sensitively on the behavior of high-energy atomic physics; in QFT this observed fact that physical processes at widely separated physical scales are largely independent of one another becomes a theorem.”

__

Co robić w tej sytuacji? Jedyną znaną mi eksperymentalną podpowiedzią są te zagadkowe „koincydencje numeryczne”, czyli owe dwie gry w trzy liczby…

PS. Wszystkie parametry w TS, poza jednym, są bezwymiarowe, tzn. są to po prostu „gołe” liczby, bez jednostek. Tym wyjątkiem jest tzw. próżniowa wartość oczekiwana pola Higgsa = 246,22 GeV, nadająca skalę wszystkim masom cząstek elementarnych (dlatego kwark top o masie ponad 172 GeV/c² jest „bardzo naturalny”, a elektron zupełnie nie…).

__

**) Cząstki elementarne: http://boson.szkolanawigatorow.pl/czastki-elementarne-i-proznia

Reklamy

Łowcy androidów czyli komu bije dzwon

Pamiętacie rozterki duchowe Harrisona Forda, tytułowego łowcy w skotowym Blade Runnerze, kiedy to się był zakochał w pięknej androidzie, zwanej z angielska replikantką? Okazuje się, że Philip K. Dick nie był oryginalny, bo tacy łowcy już byli w Anglii i okolicach w XVI, XVII a nawet XVIII wieku i nazywali się łowcami księży. Księży katolickich, ofkors.

Zacznijmy od początku:

„As the Catholic bishops during the reign of Queen Mary were dead, imprisoned or in exile, and those priests they had ordained were dying out or converting to Protestantism, William Allen conceived the idea for a seminary for English Catholic priests at Douai, where several of the chief posts were held by professors who had fled Oxford upon the reimposition of Protestantism in England. …Walsingham tracked down Catholic priests in England and supposed conspirators by employing informers, and intercepting correspondence.”

I teraz clou:

Priest hunters were effectively bounty hunters. Some were volunteers, experienced soldiers or former spies. They used a number of informants within Catholic communities. Starting in the 1640s, James Wadsworth, Francis Newton, Thomas Mayo, and Robert de Luke formed a partnership to hunt down Roman Catholics in the London area and handed them over to the authorities for a reward. Between November 1640 and summer 1651 over fifty individuals were turned over to the government. Some were executed, some banished, and some reprieved.”

Bounty hunters to po naszemu łowcy nagród, a nagrody te były zaiste wspaniałe, jeszcze w XVIII wieku w bidnej Irlandii, za złapanie biskupa płacono od ręki do 30 000 dzisiejszych funtów:

„A 1709 Penal Act demanded that Catholic priests take the Oath of Abjuration, and recognise the Protestant Queen Anne as Queen of Great Britain and, by implication, of Ireland. Priests that did not conform were arrested and executed. This activity, along with the deportation of priests who did conform, was a documented attempt to cause the Catholic clergy to die out in Ireland within a generation. Priests had to register with the local magistrates to be allowed to preach, and most did so. Bishops were not able to register. The reward rates for capture varied from £50–100 for a Bishop, to £10–20 for the capture of an unregistered priest; substantial amounts of money at the time. The work was dangerous, and some priests fought in self-defence.”

A owi replikanci, tj. księża, mieli oprócz tej samoobrony taki brzydki, wręcz niesmaczny, zwyczaj chowania się w tzw. księżowskich dziurach. Nie to co angielscy dżentelmeni, prawda? Wypada przy tym też wspomnieć świętego Mikołaja Owena.

Kolejny angielski trop, tym razem z 1624:

„Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Ten znany u nas, „dzięki” Hemingwayowi, tekst napisał niejaki John Donne, który był „synem bogatego kupca towarami żelaznymi i Elizabeth Heywood, córki dramaturga Johna Heywooda. Rodzina Donne’a była żarliwie katolicka, dwaj bracia jego matki byli jezuitami, ale sam Donne, gdy dorósł, odszedł od Kościoła katolickiego.

Donne kształcił się w Oksfordzie, Cambridge i Londynie, po czym rozpoczął karierę dworską, będąc m.in. osobistym sekretarzem Thomasa Egertona, Lorda Strażnika Wielkiej Pieczęci. Potajemne małżeństwo z 16-letnią Anne Moore w 1600 roku spowodowało załamanie politycznej kariery Donne’a. Przez kilka lat borykał się ze sporymi kłopotami finansowymi, aż w 1610 roku zwrócił na siebie uwagę króla Jakuba I antykatolicką polemiką Pseudo-Martyr (Pseudo-Męczennik) (podobnym w wymowie utworem Donne’a była antyjezuicka satyra Conclave ignati).

W 1615 roku Donne przyjął święcenia, stając się anglikańskim duchownym. Został nadwornym kaznodzieją i kapelanem króla, głoszone przez niego kazania cieszyły się wielką popularnością. Był doktorem uniwersytetów w Oksfordzie i Cambridge oraz (od 1621 roku) dziekanem katedry św. Pawła w Londynie.”

Polska wiki, jak często w takich wypadkach, jest „specyficzna” i przy tym oszczędza nam tzw. detali, a tymczasem:

„His father died in 1576, when Donne was four years old, leaving his son fatherless and his widow, Elizabeth Heywood, with the responsibility of raising their children alone. Heywood was also from a recusant Roman Catholic family, the daughter of John Heywood, the playwright, and sister of the Reverend Jasper Heywood, a Jesuit priest and translator. She was a great-niece of the Roman Catholic martyr Thomas More. This tradition of martyrdom would continue among Donne’s closer relatives, many of whom were executed or exiled for religious reasons. Donne was educated privately; however, there is no evidence to support the popular claim that he was taught by Jesuits. …

Donne’s brother Henry was also a university student prior to his arrest in 1593 for harbouring a Catholic priest, William Harrington, whom he betrayed under torture. Harrington was tortured on the rack, hanged until not quite dead, and then subjected to disembowelment. Henry Donne died in Newgate prison of bubonic plague, leading Donne to begin questioning his Catholic faith.

During and after his education, Donne spent much of his considerable inheritance on women, literature, pastimes and travel.”

William Harrington in „February 1591, however, he was able to return once more to Reims, and, having been ordained, returned at midsummer 1592. The following May he fell into the hands of the English authorities, whereupon, he was arrested and confined to the dungeons for several months. He was sentenced to be hanged, drawn and quartered at Tyburn for the crime of being a Catholic priest. William Harrington was given the chance to spare his life if he renounced the Catholic faith and attend Protestant services just once – William refused. He was tortured on the rack, hanged until not quite dead, then disemboweled, before being beheaded.

William’s fate had an important literary side-effect. One of those who had sheltered him was Henry Donne, the brother of the poet John Donne. Henry was arrested, and died of the plague in Newgate Prison. John Donne was a Catholic too, but later embraced the Protestant Church of England, in an effort to spare his own life.

Blessed William Harrington was beatified in 1929 by Pope Pius XI. His Feast Day is 18 February. He is also venerated on 22 November as a one of the Martyrs of England, Scotland and Wales and on 29 October as one of the Martyrs of Douai.”

___

PS. „Odpowiedni” cytat Donne’a, choć mniej popularny:  „Kobiety są jak mumie, myśli są wyzbyte, bez wdzięku, bez dowcipu, kiedy już zdobyte.” oraz przykład jego słynnej wśród anglofonów twórczości: en.wikipedia.org/wiki/The_Canonization

„Sobór ojców” i „sobór mediów”

Następne fragmenty książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Sądzę, że najbliższa prawdy jest diagnoza, jaką pod koniec swego pontyfikatu postawił papież Benedykt XVI. Nawiązując do II Soboru Watykańskiego, powiedział, że z dzisiejszej perspektywy coraz lepiej widać, iż był „sobór ojców” i „sobór mediów”. Ojcowie soborowi chcieli głębokiej oraz owocnej odnowy Kościoła i w tym kierunku szły wypracowywane przez nich dokumenty. Jednak recepcja tych dokumentów, ukierunkowana przez środki masowego przekazu, przebiegała zupełnie inaczej. Widać wybiórczość w podejmowaniu i eksponowaniu poszczególnych tematów, a także rozmaite formy wypaczania i zafałszowywania intencji Vaticanum Secundum. Sądzę, że to, co powiedzieliśmy, potwierdza tę diagnozę. Czwarty paragraf deklaracji Nostra aetate należy do dokumentów, których jednostronne interpretowanie i przeinaczanie było zjawiskiem najczęstszym. Odbywało się przez pryzmat rygorów politycznej poprawności, która – gdy jest przenoszona na obszar religii i teologii – ma wyjątkowo groźne skutki.
Realizacja dialogu zapoczątkowanego przez Nostra aetate miała, w mojej ocenie, coś ze starożytnego pelagianizmu: najpierw trzeba coś uczynić, by osiągnąć coś w ludziach i ich pozyskać, a na końcu Duch Święty pobłogosławi temu dziełu. Celem dialogu stała się pojednana różnorodność, ale problem w tym, że gdy chodzi o chrześcijaństwo i judaizm jest to różnorodność naznaczona sprzecznościami wynikającymi z dwóch radykalnie odmiennych odpowiedzi udzielanych Jezusowi Chrystusowi. […]

Jaki był sens tej inicjatywy? Po co w ogóle wprowadzać Dzień Judaizmu?

Po to, żeby rozwinąć i pogłębić spojrzenie, które zalecił Sobór Watykański II w deklaracji Nostra aetate. Jeżeli chcemy lepiej zrozumieć, kim jesteśmy jako chrześcijanie, a także czym jest Kościół, musimy zapytać o judaizm i nasze z nim relacje. Kluczowe znaczenie ma wzgląd na to, o czym wielokrotnie mówiliśmy i co trzeba stale przypominać: konieczność rozróżniania między religią biblijnego Izraela i judaizmem biblijnym jako jej integralną częścią a judaizmem rabinicznym, z jakim wchodzimy w dialog. We współczesnym świecie, który staje się coraz bardziej zeświecczony, chrześcijanie powinni szukać sprzymierzeńców w wyznawaniu wiary w Boga. Natrafiając na ogromne pokłady niewiary, nie jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, bo na świecie żyją miliony ludzi religijnych, wśród nich wyznawcy judaizmu, z którymi łączą nas wyjątkowe więzi. Trzeba rozpoznać oraz ukazać naszą bliskość i pokrewieństwo, ale również określić, na czym polegają różnice, a więc jaka jest specyfika chrześcijaństwa. Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce – cały czas podkreślam pełną nazwę – został wprowadzony jako dziedzictwo Soboru Watykańskiego II oraz wezwanie do pogłębienia wiary chrześcijańskiej i mocy naszego świadectwa o Jezusie Chrystusie.

Jakie były na to reakcje księży?

Rozmaite. Obok tych, którzy mówili, że to bardzo potrzebna inicjatywa i starali się ją skutecznie wykorzystać, znajdowali się tacy, którzy zarzucali, iż jest to „zażydzanie” chrześcijaństwa i nie widzieli sensu we wprowadzaniu tego, czego nie rozumieją.

A jak Ksiądz na to reagował?

Rozumiałem jednych i drugich. Wiedziałem, że inicjatywa jest potrzebna, lecz rozumiałem i szanowałem sprzeciwy i niechęć tych, którzy jej nie aprobowali. Skoro między chrześcijaństwem a judaizmem istnieje wielka przepaść, to najpierw trzeba robić wiele, żeby ją zakopać. Nie można wymagać od ludzi, żeby skakali w przepaść, nie wiedząc, czym się to skończy. Jeżeli uwidaczniają się duże różnice, które nas dzielą, to wymagają one wytrwałego wyjaśniania. Ponieważ po obu stronach istnieją zastarzałe stereotypy, to wprowadzając coś bezprecedensowego, należy wykazywać niespożytą cierpliwość. Skoro księża nie mieli pojęcia o judaizmie ani się z nim nie stykali, mogli tę inicjatywę postrzegać jako obcy desant. I bywała tak postrzegana. Nasze stanowisko, żeby zostało przyjęte przez innych, musi zostać najpierw przedstawione w taki sposób, by mogło być starannie przemyślane i szczerze przyswojone. Ten proces wymaga czasu. Przychylnego nastawienia wobec Żydów i ich religii nie można narzucić ani wymusić, tak samo płonne jest oczekiwanie na natychmiastowe pozytywne efekty. Uważam, że trzeba cierpliwie edukować i wychowywać, będąc przygotowanym zarówno na sukcesy, jak i – jeszcze bardziej – na porażki.

Mimo wszystko był to jednak triumf myślenia teologicznego, czyli religijnego namysłu nad judaizmem, nad podejściem kulturowym czy społecznym.

Do pewnego momentu tak. Ale z czasem dochodziło do tego, że z Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zrobiono coś w rodzaju dni kultury żydowskiej w polskich kościołach. Od 2006 roku, po IX Dniu Judaizmu, nie było już materiałów liturgicznych kolportowanych do parafii, pojawiły się natomiast i mnożyły nowe pomysły – wycinanki żydowskie, koszerne jedzenie i degustacja potraw, muzyka klezmerska, poszerzanie wiedzy o Holokauście oraz pogromie kieleckim i Jedwabnem, spotkania z przedstawicielami ambasady Izraela i tak dalej. Zrobił się i upowszechnia – jak się dzisiaj mówi – event dla miłośników kultury żydowskiej. Perspektywa religijna nie została zupełnie zapomniana, ale zeszła na dalszy plan.

Ale może to jest również element szerszego procesu, czyli instrumentalizacji religii przez politykę.

Tak, to jest, świadoma czy nieświadoma, instrumentalizacja i ta pokusa grozi zawsze kontaktom religijnym, które mogą być – i bywają – skażone ideologią. W mojej ocenie inicjatywa Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przeżywa silny kryzys. Co prawda, jest co roku niebywale nagłaśniana, w czym prym wiedzie Katolicka Agencja Informacyjna, ale pozostaje domeną niewielkiej grupy tych samych osób i nie ma przełożenia na powszechną świadomość wiernych. Niektóre poczynania są wręcz groteskowe. Pojawiają się też głosy przedkładające wartość spotkań jako takich nad dochodzenie do prawdy. W styczniu 2018 roku, w kontekście Dnia Judaizmu, jeden z rektorów wyższych seminariów duchownych przekonywał: Nie chodzi o racje, nie chodzi o przekonania, ale najpierw chodzi o spotkania, ten rodzaj otwartości i dialogu, który prowadzi do przyjaźni”. Problem w tym, czy istnieje prawdziwa przyjaźń, która nie liczy się z racjami i przekonaniami. Coraz częściej wyłania się dylemat, czy prawda może być zastąpiona deklaracjami pokoju, które przybierają postać umizgów i ugrzecznionego komplementowania się nawzajem. Takie postawy nie usuwają nabrzmiałych problemów, a tylko je odkładają w czasie. Nazbyt wymownie ilustruje to konflikt, jaki na początku 2018 roku gwałtownie wybuchł wokół kłamliwego wyrażenia „polskie obozy zagłady”. Konkludując, jeśli chodzi o inicjatywę Dnia Judaizmu, to do 2006 roku kierunek jej realizowania był dobry, ale nie udało się go utrzymać, natomiast po 2006 roku kierunek się zmienił i jest konsekwentnie utrzymywany.

Dlaczego tą cezurą jest rok 2006? Co się wówczas stało?

Doszło do zmiany składu i przewodniczącego Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem. Mówiliśmy, że to gremium stanowi kręgosłup oficjalnych relacji z wyznawcami religii żydowskiej, co ma przełożenie na konkretne działania w Kościele. W 2006 roku na czele Komitetu stanął Mieczysław Cisło, biskup pomocniczy lubelski. W bibliografii dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce, liczącej grubo ponad siedem tysięcy publikacji, jest wzmiankowany trzy razy.

A arcybiskup Stanisław Gądecki?

Setki razy. Pozostali dotychczasowi członkowie Komitetu również mieli na swoim koncie liczne publikacje na te tematy. Biskup Cisło jest wzmiankowany nie jako autor czy promotor samodzielnych inicjatyw, lecz uczestnik przedsięwzięć realizowanych u boku arcybiskupa Józefa Życińskiego, metropolity lubelskiego.

Czy Ksiądz Profesor znalazł się w nowym składzie Komitetu?

Nie, bo zmieniła się opcja w ustawianiu kontaktów Kościoła z Żydami i ich religią. […]

Tymczasem z Dnia Judaizmu zrobiono przedsięwzięcie kulturalno-społeczne i polityczne, wskutek czego zabrakło miejsca (albo jest go stanowczo za mało) dla wymiaru religijnego i teologicznego, a to przecież on stanowi jej sedno. Kiedy go brakuje, dialog traci to, co najważniejsze. Nie jest normalne ani do zaakceptowania, że w dniu obchodów usuwa się ołtarz z kościoła, w którym są one urządzane, albo zasłania krzyże tak, aby nie było ich widać. Nie było pierwotnym zamiarem i to, że Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przekształca się stopniowo w tydzień kultury żydowskiej wyprowadzany z udziałem osób duchownych ze świątyń w inne miejsca i konteksty. Wprawdzie nadal są powtarzane wybrane zdania z deklaracji Nostra aetate i kilka cytatów z nauczania Jana Pawła II, ale w tym, co najbardziej istotne, czyli w głębszym samorozumieniu Kościoła, w ogóle nie posunięto się do przodu. Szkoda, bo inicjatywa miała szanse, by stać się wzorcową dla innych Kościołów lokalnych. Mimo że istnieje w Polsce od dwudziestu lat nie poszły one w tym kierunku, ani Stolica Apostolska nie rozciągnęła jej na cały Kościół katolicki.»

 

Prawda. Chrystus. Judaizm

Fragment książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Powinniśmy zacząć od stwierdzenia, które może wydawać się banalne, ale – w moim przekonaniu – zawiera znaczącą treść. Kościół katolicki zaangażował się w dialog z Żydami i judaizmem ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemnili to nastawienie i zaangażowali się w relacje z Kościołem ze względu na siebie. Ten fakt przesądza niemal o wszystkim, co ma miejsce w ramach wzajemnych relacji.

Jak to rozumieć?

Po stronie Kościoła katolickiego praktyka i częstotliwość kontaktów z Żydami wyprzedziły poważną i potrzebną refleksję teologiczną. Ponawiane spotkania i gesty nie tylko zastępowały rzetelną teologię, lecz ją również znacząco ukierunkowywały. Sprzyjała temu antyintelektualna rewolucja w teologii, głównie na skutek podporządkowywania jej rygorom politycznej poprawności. Zajmowanie się teologią nierzadko jest traktowane jako trampolina do tytułów akademickich i różnego rodzaju karier. Pogłębiona, a przede wszystkim poprawna i zgodna z tradycją katolicką refleksja nad Nostra aetate bywa rzadka, a w niektórych kręgach jest nawet źle widziana. Poprzestaje się na zacytowaniu, często wybiórczym, tego czy innego fragmentu soborowej deklaracji, po czym praktyka dialogu idzie własnym torem. Dysponując potencjałem Biblii i wielowiekowej Tradycji chrześcijańskiej, zaniechano korzystania z tego bogactwa na rzecz mizernego naśladowania i powielania nowinek, na które czekają dziennikarze i środki masowego przekazu. Tylko sporadycznie próbowano zgłębiać i rozwijać myśli zawarte w soborowym dokumencie, natomiast znacznie częściej odgrzewano dawne pytania i podsuwano kolejne, nie udzielając zadowalających odpowiedzi. Wysiłek zbliżenia podjęty przez Kościół skutkował licznymi ukłonami w stronę Żydów i judaizmu, podczas gdy po stronie żydowskiej wypowiedzi i gestów, które by to odwzajemniały, nie było tak wiele. Istniała pod tym względem – i istnieje nadal – asymetria.

Jan Paweł II mówił, że poznawanie judaizmu powinno być elementem samoświadomości Kościoła.

To oczywiście prawda. Problem w tym, że praktyka wyprzedza, a nawet zastępuje refleksję, która wychodzi naprzeciw temu postulatowi. Spotkań na różnych szczeblach nie brakowało, lecz rzadko podejmowano zagadnienia ściśle teologiczne, wśród nich to, które jest kluczowe, a mianowicie pogłębianie w spotkaniu z judaizmem świadomości Kościoła o sobie. A przecież czwarty punkt deklaracji Nostra aetate, który stał się podstawą nowych relacji katolicko-żydowskich, zaczyna się od słów: „Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi, którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama. Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków”. Zatem decydującym impulsem dla nowego spojrzenia na judaizm ma być pogłębienie samoświadomości Kościoła i lepsze zrozumienie tego, czym Kościół jest. Niestety praktyka okazywała się odmienna. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byłem mocno zaangażowany w rozmaite inicjatywy dialogowe – oficjalne, półoficjalne i osobiste – nie dostrzegałem ani nie rozumiałem tego tak wyraźnie jak teraz.

Czego Ksiądz Profesor nie widział?

Kościół zaangażował się w dialog ze względu na Żydów, dając wyraz współodczuwaniu ich tragicznej historii i losu, którego symbolem jest Holokaust. Tego wymiaru nie sposób przeoczyć. Jednak fundamentalnym impulsem i podstawowym celem po stronie katolickiej powinna być, zgodnie z ujęciem ojców soboru, sprawa samoświadomości Kościoła. O ile „nie” dla antysemityzmu jest głośne, o tyle „tak” dla wyzwania, które wynika ze zgłębiania korzeni i natury chrześcijaństwa nie brzmi już tak głośno. Trzeba, abyśmy coraz lepiej rozumieli i przyswajali prawdę wyrażoną w Nostra aetate, iż Kościół „wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary (por. Ga 3,7), i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła”. Nawiązanie relacji z wyznawcami judaizmu powinno nam, chrześcijanom, mocniej uświadomić wspólne korzenie sięgające Abrahama i pozostałych patriarchów, obejmujące judaizm biblijny i całą rzeczywistość Starego Testamentu. Istotnym owocem wejścia w dialog z tymi, którzy wierzą inaczej niż my, jest budowanie i umacnianie własnej tożsamości religijnej. Zarazem wypowiadając siebie, pozwalamy partnerowi dokładnie na to samo. W konkretnym przypadku wejścia w dialog z Żydami otrzymujemy możliwość lepszego poznania ich samych oraz religii, którą wyznają.

Wydaje się jednak, że ta teologiczna potrzeba pogłębienia samoświadomości Kościoła została jakoś zrealizowana, co prawda nie w dialogu z judaizmem, ale w życiu wewnętrznym Kościoła. Zaczęto przecież coraz bardziej zgłębiać korzenie naszej wiary, zwłaszcza te zanurzone w judaizmie biblijnym. Rozwinęły się studia nad judaizmem. Tematyka ta cieszy się zainteresowaniem wiernych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jeśli chodzi o życie wewnętrzne, Kościół zawsze miał potrzebę refleksji nad tym, czym jest. Wychodził jej naprzeciw bardziej czy mniej świadomie, bardziej czy mniej aktywnie – ale wychodził. W początkach i pierwszych wiekach chrześcijaństwa ta potrzeba była bardzo pilna, bo należało określić swoją tożsamość zarówno względem religii biblijnego Izraela, jak i judaizmu rabinicznego. Trzeba też było ustalić miejsce Kościoła w ówczesnych systemach politycznych, najpierw w systemie Imperium Rzymskiego, a później, po jego upadku, w radykalnie nowej sytuacji, jaka się wytworzyła. Mijały wieki i wyłaniały się państwa narodowe. Historycy wskazują na procesy i wydarzenia, które w każdym stuleciu i w zmieniających się warunkach motywowały Kościół do refleksji nad tym, czym jest i czym powinien być. Kiedy jej zabrakło, wtedy Kościół się dzielił, gdyż nie było tego, co go jednoczyło, a mianowicie poczucia wspólnej tożsamości i misji oraz wspólnego posłannictwa i przyszłości. Takie są korzenie schizmy, do której doszło w 1054 roku, a także rozpadu Kościoła zachodniego zapoczątkowanego przez Lutra w pierwszej połowie XVI wieku. Odkrycie Nowego Świata, narastający kolonializm i rewolucja francuska wytworzyły nowe okoliczności do przemyślenia tożsamości Kościoła i chrześcijaństwa. Wiek XIX, ruchy narodowościowe i ruch robotniczy, a także ogromny postęp techniczny i technologiczny wymagały szukania kolejnych odpowiedzi na to odwieczne pytanie. »

CDN

 

O tym Angliku co miał zostać królem Polski

Sir Philip Sidney, National Portrait Gallery, London

__

Do tej serii gwałtownych zgonów z poprzedniej notki trzeba mi teraz tu dodać śmierć sir Filipa Sidney’a w wieku 31 lat, na temat której powstały legendy, a nawet model w teorii gier: „Podobno leżąc śmiertelnie ranny na polu bitwy pod Zutphen, oddał swoją manierkę z wodą innemu rannemu, mówiąc: Twoja potrzeba jest większa od mojej (ang. Thy need is greater than mine)[1].”

A stało to się 17 października 1586 (a więc na parę miesięcy przed śmiercią naszego króla Stefana) na skutek gangreny po postrzale w udo 26 dni wcześniej. Sir Filip był nie tylko siostrzeńcem sławnego earla Leicestera, ale od 1583, pomimo obiekcji królowej Elżbiety, także zięciem** samego Franciszka Walsinghama, który oddał mu rękę Franciszki, swego jedynego dziecka. Kanclerz Walsingham*** tak rozpaczał po śmierci Sidney’a, że pomimo wielkich długów jakie musiał pokryć po zięciu, orszak pogrzebowy był tak drogi iż niemal zrujnował kanclerza:

W 1572 roku osiemnastoletni Filip Sidney, już jako faworyt Elżbiety, rozpoczął swą pierwszą podróż po kontynencie. W Paryżu był wraz ze swoim przyszłym teściem „naocznym świadkiem” masakry w Noc św. Bartłomieja. Następnie przez Lotaryngię, Strasburg i Heidelberg dotarł do Frankfurtu, gdzie zaprzyjaźnił się z francuskim dyplomatą i hugenotem Hubertem Languetem****. Latem 1573 roku razem wyruszyli na dwór cesarski do Wiednia, gdzie Languet się zatrzymał, zaś Sidney pojechał najpierw na Węgry, a następnie do Włoch. Przebywał głównie w Wenecji, ale zwiedził też Genuę, Florencję i Padwę. Chciał przyjechać do Krakowa na koronację Henryka Walezego (odbyła się 21 lutego 1574 roku), ale nie mógł wówczas opuścić Italii.

Kiedy Sidney wrócił wreszcie do Wiednia, rozchorował się i w podróż do Krakowa wybrał się dopiero w październiku 1574 roku. Nie zabawił tam jednak długo, wracając do Wiednia już 12 listopada. Jego wizyta nastąpiła krótko po rozpoczęciu się 10 października tumultu zainicjowanego zburzeniem przez grupę studentów zboru ewangelickiego przy ul. św. Jana…

Jeden jeszcze ciekawy szczegół: During a 1577 diplomatic visit to Prague, Sidney secretly visited the exiled Jesuit priest Edmund Campion.

CDN

PS. Dlaczego Bond, James Bond? A, bo to było takie 00-stowarzyszenie z licencją: https://en.wikipedia.org/wiki/Bond_of_Association

__

**) Dużo wcześniej, bo w 1571 z niejasnych powodów upadł aranżowany przez ojca Filipa jego mariaż z Anną, córką sir Williama Cecila… W 1579 Filip, będąc członkiem poselstwa do Francji, sprzeciwiał się ożenkowi Elżbiety z księciem Franciszkiem Walezjuszem (któremu się nagle zmarło w… 1584). Popadł przez to Filip w ostry konflikt z hrabią Oksfordu czyli „prawdziwym Szekspirem”, który to wcześniej odbił mu Cecilównę:

W 1567 roku, podczas trenowania szermierki, zabił jednego ze swoich służących. Podczas procesu jednak uznano, że sługa ten sam celowo nabił się na broń w rękach de Vere; uznano ten czyn za samobójstwo. W roku 1564 otrzymał tytuł magistra w St John’s College na Uniwersytecie Cambridge.

W 1571 roku poślubił 15-letnią córkę lorda Burghleya, Annę Cecil – był to kontrowersyjny wybór, gdyż jej rodzina należała do parweniuszy; owocem ich małżeństwa było pięcioro dzieci. W wieku dwudziestu jeden lat objął kontrolę nad większością swoich ziem. Odbył podróż po Europie, odwiedził Francję, Niemcy i Włochy w roku 1571. Gdy z niej wracał, jego statek został napadnięty przez piratów, ledwo uniknął śmierci. Był katolikiem, co utrudniało mu karierę w Anglii.

W 1585 roku otrzymał dowództwo nad armią angielską w Niderlandach; w 1588 roku uczestniczył w bitwie z Wielką Armadą. Złe zarządzanie jego finansami doprowadziło go do zapaści finansowej, z której wyciągnęła go dopiero pensja 1 000 funtów rocznie, wypłacana mu przez królową. Zmarł w 1604 roku z niewiadomych przyczyn…

***) Na dwór Elżbiety ściągnął go Sir William Cecil.

****) In 1571 the elector sent him together with the ambassadors of other Protestant princes of Germany to King Charles IX of France to congratulate him on the Peace of Saint Germain. On this occasion Languet advocated the equal recognition of both confessions, but the answer was the St Bartholomew’s Day massacre; having narrowly escaped death, he left France in October 1572, and returned there only once more, shortly before his death.

From 1573 to 1576 he was at the court of Emperor Maximilian II, whom he accompanied on his various journeys. With the death of Maximilian II in 1576 his connection with the court of Vienna was dissolved. The bitter feelings against him as the friend of Melanchthon and a Calvinist caused him to ask for dismissal from the court. The elector granted his desire, but continued his salary. In 1577 he went to Cologne in order to be nearer to the Netherlands, as he was greatly attracted by William of Orange.

PPS.

Capture d’écran 2019-01-07 à 22.43.04.png

Trup za trupem albo trop za tropem oraz prymas jakich mało

Rok 1584 obfitował w gwałtowne zejścia, przy czym w tle miały miejsce dwa fundametalne zdarzenia. Z jednej strony nasz król Stefan zakończył wojnę z Moskwą w styczniu 1582 podpisaniem rozejmu w Jamie Zapolskim, w wyniku którego Rzeczpospolita odzyskała prawie całe Inflanty i Połock. Z drugiej, „wojna handlowa” pomiędzy Gdańskiem i Elblągiem, tzn. pomiędzy Hanzą i Londynem, zakończyła się wiosną 1585 zdecydowanym zwycięstwem Londynu. Warto zaznaczyć że w sporze tym wobec Króla strony były reprezentowane przez prymasa (od 1582) Karnkowskiego – Elbląg, a Gdańsk przez… uuuhaha… kanclerza Zamoyskiego.

Mamy zatem ów fatalny rok 1584 a w nim:

18 marcapo gwałtownej śmierci Iwana IV Groźnego nowym carem Rosji został Fiodor I, a trzech angielskich medyków Iwana musi czmychać do Londynu – na chwilę pałeczkę przejmują w Moskwie Holendrzy

– Anglicy popadają w poważne kłopoty: https://bosonweb.wordpress.com/2018/09/13/rzplita-oraz-spalony-agent-jkm-horsey-hieronim/

https://bosonweb.wordpress.com/2018/07/24/oficer-prowadzacy-iwana-iv-i-jego-polskie-przygody/

26 maja – na dziedzińcu zamku wawelskiego został ścięty hetman kozacki Samuel Zborowski; do ostatniej chwili próbuje głowę Samuela uratować prymas Karnkowski (patrz niżej), ale Zamoyski jest tym razem górą

(22 sierpnia – gwałtownie schodzi, w niejasnych okolicznościach, nasz poeta Jan Kochanowski…)

W czasie drugiej wojny o Inflanty 1580–1582 Mehmed II zwany Tłustym swoimi najazdami wspomagał Rzeczpospolitą, spowodował również bunt Wielkiej Ordy Nogajskiej i dawnych chanatów nad Wołgą (Kazański i Astrachański) przeciwko Carstwu Rosyjskiemu, poskromiony dopiero w 1585 r. Zbytnia samodzielność Mehmeda II (obleganie tureckiej Kaffy) spowodowała karną ekspedycję turecką (1584), obalenie go z tronu i osadzenie na nim jego brata Islama II Gireja – „W okolicach Perekopu (Or-Kapa) Mehmed Geraj został wyprzedzony i zabity (jesienią?) przez swojego brata, Kalgo Alp Gireja. Ciało krymskiego chana sprowadzono na Krym i pochowano w türbe

Wiosną 1585 r. zdrowie królewskie pogarszało się powoli, lecz bezustannie, pomimo opieki (skłóconych ze sobą) przybocznych lekarzy. Król Stefan czuł się fatalnie: stał się milczący, drażliwy, gniewny, szukał samotności…”

Wygląda na to, że sukcesy króla Stefana przestały się podobać tak sułtanowi Muradowi III jak i cesarzowi Rudolfowi II. Tak czy inaczej, ja stawiam na niezawodny moim zdaniem w tym udział Jana kanclerza Zamoyskiego, który zresztą sam stał się potem ofiarą, ale dopiero w 1605…

___

Przy tej okazji polecam biogram wielkiego prymasa Karnkowskiego, wychowanka samego Hozjusza:

Karnkowski Stanisław h. Junosza (1520–1603), prymas Polski. Ur. 10 V w Karnkowie w ziemi dobrzyńskiej, jako jeden z trzech synów Tadeusza vel Dadźboga, dziedzica Karnkowa, dzierżawcy dóbr w woj. poznańskim, i Elżbiety Olszewskiej z Kanigowa. Wychowywał się w Krakowie na dworze swego stryja Jana, bpa kujawskiego. W r. 1539 rozpoczął studia w Akad. Krak., a zapis stryja umożliwił mu studia we Włoszech w Padwie, gdzie uzyskał stopień doktora obojga praw (?), i w Niemczech w Wittenberdze. W r. 1550 był kanclerzem bpa chełmskiego, Jana Drohojowskiego, w r. 1553 noratiuszem publicznym, a ok. r. 1555 został przyjęty w poczet sekretarzy na dwór Zygmunta Augusta. Odtąd przez wiele lat przebywał przy boku króla, uczestnicząc w wielu sprawach państwowych; w r. 1558 został referendarzem kor., w r. 1563 sekretarzem wielkim. Bliskie stosunki łączyły już wówczas K-ego ze Stanisławem Hozjuszem, który wprowadzał królewskiego sekretarza w szereg problemów, głównie w sprawy miast pruskich i walki z reformacją. Często także korzystał z pośrednictwa K-ego u króla. K. był również stałym informatorem Hozjusza…

Potwierdzenie papieskie przyszło bardzo szybko i w styczniu 1568 r. K. został konsekrowany. Natychmiast zajął się energicznie sprawami swojej diecezji, przy czym działał w ścisłym porozumieniu z Hozjuszem, podczas gdy jego stosunki z Jakubem Uchańskim układały się od początku nie najlepiej. Wbrew woli prymasa, a za poradą Hozjusza, zwołał K. w marcu 1568 r., bezpośrednio po odbyciu wizytacji, synod diecezjalny poświęcony omówieniu realizacji uchwał soboru trydenckiego. Najważniejszym postanowieniem synodu była, niewątpliwie powzięta na wniosek K-ego, decyzja o utworzeniu seminarium we Włocławku. Realizując tę uchwałę 16 VIII 1569 r. erygował K. pierwsze w Polsce seminarium duchowne. Zwalczaniem reformacji na terenie swojej diecezji zajął się K. bardzo energicznie. W pierszym rzędzie postarał się o usunięcie z Wolborza Frycza Modrzewskiego, wykupując od niego za 1 000 zł wójtostwo. Główne jednak wysiłki skierował na najbardziej sprotestantyzowaną, północną część diecezji, a szczególnie bezwzględnie wystąpił przeciw Gdańskowi…

K. miał doskonałą opinię w Rzymie i kiedy w r. 1568 przyjechał do Polski nuncjusz Wincenty dal Portico, pierwsze kroki skierował nie do prymasa, lecz do K-ego. Zaogniło to stosunki K-ego z Uchańskim, który (nieustannie podejrzewany przez Watykan) traktował K-ego jako swojego rywala, co uniemożliwiło zgodne i jednolite działanie całego episkopatu. Bezpośrednio po sejmie 1570 r. przygotował K. szczegółowy projekt kampanii przeciw różnowiercom, który przewidywał m. in. unormowanie stosunków prawnych między duchowieństwem a innymi stanami Rzpltej. Ponadto doradzał wywrzeć silną presję na króla i sugerował nawet możliwość zagrożenia mu klątwą papieską. Przeraziło to nawet Hozjusza, któremu K. przesłał swój projekt. Ten sam brak umiaru cechował wystąpienia K-ego przeciw królewskim planom poślubienia Barbary Giżanki w r. 1572. Natomiast w sprawach bałtyckiej polityki Zygmunta okazał się K. mądrym i oddanym sprzymierzeńcem króla. Znajomość spraw morskich i pomorskich pozwoliła K-emu odegrać poważną rolę w zatargu króla z Gdańskiem, gdy został mianowany przewodniczącym komisji królewskiej, powołanej 18 IX 1568 r. Owocem dwuletniej działalności komisji były ustawy normujące stosunek Gdańska do Rzpltej, tzw. „Statuta seu constitutiones Carncovianae”, które zmierzały do wzmocnienia władzy królewskiej nad Gdańskiem oraz demokratyzacji ustroju miasta. Na problem morskiej polityki państwowej pozostał K. szczególnie uczulony. Jeszcze w r. 1603, na kilka miesięcy przed śmiercią, ostrzegał Zygmunta III, aby nie dopuścił do oderwania Prus od Korony.

Od dawna pozyskany dla kandydatury francuskiej, popierał Walezego na elekcji i gdy tylko Henryk został wybrany, postarał się o nawiązanie z nim prywatnej korespondencji… Ucieczka Walezego była dla K-ego niemal ciosem osobistym. Chciał zrzec się godności biskupiej i wycofać ze spraw publicznych. Dopiero po elekcji Stefana Batorego włączył się K. do życia politycznego i listownie zgłosił swój akces do partii batorian…

Dobre początkowo stosunki K-ego z Zamoyskim i królem poczęły się jednakże układać nie najlepiej w miarę wzrostu wpływów kanclerza i w miarę, jak polityka zagraniczna Polski odbiegała od zamierzeń K-ego, orędownika morskiego programu Rzpltej. Stąd montowanie przez K-ego opozycji przeciw wojnie moskiewskiej, a następnie (1583) zbliżenie do przywódcy różnowierców Stanisława Górki, woj. poznańskiego, jego dotychczasowego przeciwnika. Porozumienie to dyktowało postępowanie K-ego w sprawie Zborowskich, popieranych przez Górkę. Na sejmie 1585 r. starał się K. odwieść króla od sądu nad Krzysztofem, zabiegał o ułaskawienie go, a głosując ostatecznie za wyrokiem skazującym – płakał. Z drugiej strony, przekonany o swej szczególnej odpowiedzialności jako pierwszego senatora królestwa, starał się K. odgrywać rolę mediatora i nawet próbował zapośredniczyć zgodę pomiędzy Górką a Zamoyskim.

… W czasie elekcji K. zajmował początkowo stanowisko wyczekujące i paktował ze zwolennikami arcyksięcia Maksymiliana i księcia Fiodora. Próbował również pośredniczyć w pogodzeniu Zamoyskiego ze Zborowskimi. Ostatecznie, przyłączył się oficjalnie do stronników Zygmunta i 19 VIII 1587 r., pod osłoną hufców Zamoyskiego, ogłosił królem Zygmunta Wazę. Ten chwilowy sojusz został zaraz po koronacji zerwany. Zamoyski udaremnił zabiegi K-ego o usunięcie z królewskiej przysięgi konfederacji «de religione». Od tej chwili rozpoczął K. akcję w celu ograniczenia wpływów Zamoyskiego. Z tych powodów w lutym 1588 r. oponował przeciw natychmiastowemu zwołaniu sejmu i analogiczne stanowisko zajął na radzie senatorów w Piotrkowie (14 X 1588), gdzie ponadto oskarżył Zamoyskiego o nadużywanie władzy dyktatorskiej. Wówczas też poczynił pierwsze kroki zmierzające do uzyskania wpływu na króla…

Tymczasem K. nie szczędził pieniędzy na swoje fundacje, na jezuitów, na działalność kontrreformacyjną, na bogatą bibliotekę. Finansował cały szereg wydawnictw (m. in. przekład Biblii ks. J. Wujka), opłacał polemistów, pisarzy i często drukował ich dzieła (np. jezuity A. Jungi) pod swoim nazwiskiem. Olbrzymie sumy pochłaniał dwór arcybiskupi, zorganizowany z rozmachem i przepychem i skupiający wokół K-ego grono wybitnych pisarzy, polityków i duchownych, przyszłych biskupów i filarów kontrreformacji (m. in. Maciej Pstrokoński, Bernard Maciejowski, Wawrzyniec Gembicki, Adam Nowodworski).”

(Halina Kowalska)

To Francuzi wymyślili fejsbuk, czy jednak Anglicy?

Angielski coffeehouse w końcu XVII wieku

__

Pierwszy „poważny” salon czyli salon de conversation powstał oczywiście w Paryżu w 1620. Przez kilkadziesiąt lat prowadziła go markiza de Rambouillet, a założyła niejako w opozycji do dworu Ludwika XIII, jego etykiety. Richelieu, tzn. Armand kardynał Richelieu próbował przekabacić Mme de Rambouillet, ale chyba bez większego powodzenia. W efekcie, musiał to skontrować w 1635 powołując do życia akademię francuską, Académie française – wraz ze słynnymi 40 krzesłami dla „nieśmiertelnych”. Niewątpliwie pomogło to skanalizować ambicje co bardziej „niespokojnych intelektualnie” poddanych, ale problemu nie rozwiązało. W efekcie, to właśnie owe salony spowodowały powstanie fatalnej w skutkach tzw. opinii publicznej, Opinion Publique, usankcjonowanej w 1789…

U nas było trochę inaczej, wszak nasz król Staś – wychowanek swojej salonowej mamusi Mme Geoffrin, sam został najsłynniejszym polskim salonowym, serwując czwartkowe obiadki.

Po drugiej stronie Kanału rozwiązano to jeszcze inaczej – pod zawołaniem coffeehouse: The first coffeehouse in England was set up in Oxford in 1650 by a Jewish man named Jacob** at the Angel in the parish of St Peter in the East.  

Tu też monarcha próbował przeciwdziałać – tzn. Karol II chciał je po prostu zamknąć: Although Charles II later tried to suppress the London coffeehouses as „places where the disaffected met, and spread scandalous reports concerning the conduct of His Majesty and his Ministers„, the public flocked to them. For several decades following the Restoration, the Wits gathered round John Dryden at Will’s Coffee House, in Russell Street, Covent Garden. The coffee houses were great social levellers, open to all men and indifferent to social status, and as a result associated with equality and republicanism.

No i wreszcie, w XVIII wieku powstały jak te grzyby po deszczu kluby dżentelmenów: Gentlemen’s clubs proliferated in the 18th century, especially in the West End of London. Clubs took over the role occupied by coffee houses in 18th century London to some degree, and reached the height of their influence in the late 19th century – some notable names were White’s, Brooks’s, Arthur’s, and Boodle’s which still exist today.

__

**) Ten Jakub przywodzi mi na myśl naszego ulubionego starozakonnego karczmarza – Jankiela…