Łowcy androidów czyli komu bije dzwon

Pamiętacie rozterki duchowe Harrisona Forda, tytułowego łowcy w skotowym Blade Runnerze, kiedy to się był zakochał w pięknej androidzie, zwanej z angielska replikantką? Okazuje się, że Philip K. Dick nie był oryginalny, bo tacy łowcy już byli w Anglii i okolicach w XVI, XVII a nawet XVIII wieku i nazywali się łowcami księży. Księży katolickich, ofkors.

Zacznijmy od początku:

„As the Catholic bishops during the reign of Queen Mary were dead, imprisoned or in exile, and those priests they had ordained were dying out or converting to Protestantism, William Allen conceived the idea for a seminary for English Catholic priests at Douai, where several of the chief posts were held by professors who had fled Oxford upon the reimposition of Protestantism in England. …Walsingham tracked down Catholic priests in England and supposed conspirators by employing informers, and intercepting correspondence.”

I teraz clou:

Priest hunters were effectively bounty hunters. Some were volunteers, experienced soldiers or former spies. They used a number of informants within Catholic communities. Starting in the 1640s, James Wadsworth, Francis Newton, Thomas Mayo, and Robert de Luke formed a partnership to hunt down Roman Catholics in the London area and handed them over to the authorities for a reward. Between November 1640 and summer 1651 over fifty individuals were turned over to the government. Some were executed, some banished, and some reprieved.”

Bounty hunters to po naszemu łowcy nagród, a nagrody te były zaiste wspaniałe, jeszcze w XVIII wieku w bidnej Irlandii, za złapanie biskupa płacono od ręki do 30 000 dzisiejszych funtów:

„A 1709 Penal Act demanded that Catholic priests take the Oath of Abjuration, and recognise the Protestant Queen Anne as Queen of Great Britain and, by implication, of Ireland. Priests that did not conform were arrested and executed. This activity, along with the deportation of priests who did conform, was a documented attempt to cause the Catholic clergy to die out in Ireland within a generation. Priests had to register with the local magistrates to be allowed to preach, and most did so. Bishops were not able to register. The reward rates for capture varied from £50–100 for a Bishop, to £10–20 for the capture of an unregistered priest; substantial amounts of money at the time. The work was dangerous, and some priests fought in self-defence.”

A owi replikanci, tj. księża, mieli oprócz tej samoobrony taki brzydki, wręcz niesmaczny, zwyczaj chowania się w tzw. księżowskich dziurach. Nie to co angielscy dżentelmeni, prawda? Wypada przy tym też wspomnieć świętego Mikołaja Owena.

Kolejny angielski trop, tym razem z 1624:

„Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Ten znany u nas, „dzięki” Hemingwayowi, tekst napisał niejaki John Donne, który był „synem bogatego kupca towarami żelaznymi i Elizabeth Heywood, córki dramaturga Johna Heywooda. Rodzina Donne’a była żarliwie katolicka, dwaj bracia jego matki byli jezuitami, ale sam Donne, gdy dorósł, odszedł od Kościoła katolickiego.

Donne kształcił się w Oksfordzie, Cambridge i Londynie, po czym rozpoczął karierę dworską, będąc m.in. osobistym sekretarzem Thomasa Egertona, Lorda Strażnika Wielkiej Pieczęci. Potajemne małżeństwo z 16-letnią Anne Moore w 1600 roku spowodowało załamanie politycznej kariery Donne’a. Przez kilka lat borykał się ze sporymi kłopotami finansowymi, aż w 1610 roku zwrócił na siebie uwagę króla Jakuba I antykatolicką polemiką Pseudo-Martyr (Pseudo-Męczennik) (podobnym w wymowie utworem Donne’a była antyjezuicka satyra Conclave ignati).

W 1615 roku Donne przyjął święcenia, stając się anglikańskim duchownym. Został nadwornym kaznodzieją i kapelanem króla, głoszone przez niego kazania cieszyły się wielką popularnością. Był doktorem uniwersytetów w Oksfordzie i Cambridge oraz (od 1621 roku) dziekanem katedry św. Pawła w Londynie.”

Polska wiki, jak często w takich wypadkach, jest „specyficzna” i przy tym oszczędza nam tzw. detali, a tymczasem:

„His father died in 1576, when Donne was four years old, leaving his son fatherless and his widow, Elizabeth Heywood, with the responsibility of raising their children alone. Heywood was also from a recusant Roman Catholic family, the daughter of John Heywood, the playwright, and sister of the Reverend Jasper Heywood, a Jesuit priest and translator. She was a great-niece of the Roman Catholic martyr Thomas More. This tradition of martyrdom would continue among Donne’s closer relatives, many of whom were executed or exiled for religious reasons. Donne was educated privately; however, there is no evidence to support the popular claim that he was taught by Jesuits. …

Donne’s brother Henry was also a university student prior to his arrest in 1593 for harbouring a Catholic priest, William Harrington, whom he betrayed under torture. Harrington was tortured on the rack, hanged until not quite dead, and then subjected to disembowelment. Henry Donne died in Newgate prison of bubonic plague, leading Donne to begin questioning his Catholic faith.

During and after his education, Donne spent much of his considerable inheritance on women, literature, pastimes and travel.”

William Harrington in „February 1591, however, he was able to return once more to Reims, and, having been ordained, returned at midsummer 1592. The following May he fell into the hands of the English authorities, whereupon, he was arrested and confined to the dungeons for several months. He was sentenced to be hanged, drawn and quartered at Tyburn for the crime of being a Catholic priest. William Harrington was given the chance to spare his life if he renounced the Catholic faith and attend Protestant services just once – William refused. He was tortured on the rack, hanged until not quite dead, then disemboweled, before being beheaded.

William’s fate had an important literary side-effect. One of those who had sheltered him was Henry Donne, the brother of the poet John Donne. Henry was arrested, and died of the plague in Newgate Prison. John Donne was a Catholic too, but later embraced the Protestant Church of England, in an effort to spare his own life.

Blessed William Harrington was beatified in 1929 by Pope Pius XI. His Feast Day is 18 February. He is also venerated on 22 November as a one of the Martyrs of England, Scotland and Wales and on 29 October as one of the Martyrs of Douai.”

___

PS. „Odpowiedni” cytat Donne’a, choć mniej popularny:  „Kobiety są jak mumie, myśli są wyzbyte, bez wdzięku, bez dowcipu, kiedy już zdobyte.” oraz przykład jego słynnej wśród anglofonów twórczości: en.wikipedia.org/wiki/The_Canonization

Reklamy

„Sobór ojców” i „sobór mediów”

Następne fragmenty książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Sądzę, że najbliższa prawdy jest diagnoza, jaką pod koniec swego pontyfikatu postawił papież Benedykt XVI. Nawiązując do II Soboru Watykańskiego, powiedział, że z dzisiejszej perspektywy coraz lepiej widać, iż był „sobór ojców” i „sobór mediów”. Ojcowie soborowi chcieli głębokiej oraz owocnej odnowy Kościoła i w tym kierunku szły wypracowywane przez nich dokumenty. Jednak recepcja tych dokumentów, ukierunkowana przez środki masowego przekazu, przebiegała zupełnie inaczej. Widać wybiórczość w podejmowaniu i eksponowaniu poszczególnych tematów, a także rozmaite formy wypaczania i zafałszowywania intencji Vaticanum Secundum. Sądzę, że to, co powiedzieliśmy, potwierdza tę diagnozę. Czwarty paragraf deklaracji Nostra aetate należy do dokumentów, których jednostronne interpretowanie i przeinaczanie było zjawiskiem najczęstszym. Odbywało się przez pryzmat rygorów politycznej poprawności, która – gdy jest przenoszona na obszar religii i teologii – ma wyjątkowo groźne skutki.
Realizacja dialogu zapoczątkowanego przez Nostra aetate miała, w mojej ocenie, coś ze starożytnego pelagianizmu: najpierw trzeba coś uczynić, by osiągnąć coś w ludziach i ich pozyskać, a na końcu Duch Święty pobłogosławi temu dziełu. Celem dialogu stała się pojednana różnorodność, ale problem w tym, że gdy chodzi o chrześcijaństwo i judaizm jest to różnorodność naznaczona sprzecznościami wynikającymi z dwóch radykalnie odmiennych odpowiedzi udzielanych Jezusowi Chrystusowi. […]

Jaki był sens tej inicjatywy? Po co w ogóle wprowadzać Dzień Judaizmu?

Po to, żeby rozwinąć i pogłębić spojrzenie, które zalecił Sobór Watykański II w deklaracji Nostra aetate. Jeżeli chcemy lepiej zrozumieć, kim jesteśmy jako chrześcijanie, a także czym jest Kościół, musimy zapytać o judaizm i nasze z nim relacje. Kluczowe znaczenie ma wzgląd na to, o czym wielokrotnie mówiliśmy i co trzeba stale przypominać: konieczność rozróżniania między religią biblijnego Izraela i judaizmem biblijnym jako jej integralną częścią a judaizmem rabinicznym, z jakim wchodzimy w dialog. We współczesnym świecie, który staje się coraz bardziej zeświecczony, chrześcijanie powinni szukać sprzymierzeńców w wyznawaniu wiary w Boga. Natrafiając na ogromne pokłady niewiary, nie jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, bo na świecie żyją miliony ludzi religijnych, wśród nich wyznawcy judaizmu, z którymi łączą nas wyjątkowe więzi. Trzeba rozpoznać oraz ukazać naszą bliskość i pokrewieństwo, ale również określić, na czym polegają różnice, a więc jaka jest specyfika chrześcijaństwa. Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce – cały czas podkreślam pełną nazwę – został wprowadzony jako dziedzictwo Soboru Watykańskiego II oraz wezwanie do pogłębienia wiary chrześcijańskiej i mocy naszego świadectwa o Jezusie Chrystusie.

Jakie były na to reakcje księży?

Rozmaite. Obok tych, którzy mówili, że to bardzo potrzebna inicjatywa i starali się ją skutecznie wykorzystać, znajdowali się tacy, którzy zarzucali, iż jest to „zażydzanie” chrześcijaństwa i nie widzieli sensu we wprowadzaniu tego, czego nie rozumieją.

A jak Ksiądz na to reagował?

Rozumiałem jednych i drugich. Wiedziałem, że inicjatywa jest potrzebna, lecz rozumiałem i szanowałem sprzeciwy i niechęć tych, którzy jej nie aprobowali. Skoro między chrześcijaństwem a judaizmem istnieje wielka przepaść, to najpierw trzeba robić wiele, żeby ją zakopać. Nie można wymagać od ludzi, żeby skakali w przepaść, nie wiedząc, czym się to skończy. Jeżeli uwidaczniają się duże różnice, które nas dzielą, to wymagają one wytrwałego wyjaśniania. Ponieważ po obu stronach istnieją zastarzałe stereotypy, to wprowadzając coś bezprecedensowego, należy wykazywać niespożytą cierpliwość. Skoro księża nie mieli pojęcia o judaizmie ani się z nim nie stykali, mogli tę inicjatywę postrzegać jako obcy desant. I bywała tak postrzegana. Nasze stanowisko, żeby zostało przyjęte przez innych, musi zostać najpierw przedstawione w taki sposób, by mogło być starannie przemyślane i szczerze przyswojone. Ten proces wymaga czasu. Przychylnego nastawienia wobec Żydów i ich religii nie można narzucić ani wymusić, tak samo płonne jest oczekiwanie na natychmiastowe pozytywne efekty. Uważam, że trzeba cierpliwie edukować i wychowywać, będąc przygotowanym zarówno na sukcesy, jak i – jeszcze bardziej – na porażki.

Mimo wszystko był to jednak triumf myślenia teologicznego, czyli religijnego namysłu nad judaizmem, nad podejściem kulturowym czy społecznym.

Do pewnego momentu tak. Ale z czasem dochodziło do tego, że z Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zrobiono coś w rodzaju dni kultury żydowskiej w polskich kościołach. Od 2006 roku, po IX Dniu Judaizmu, nie było już materiałów liturgicznych kolportowanych do parafii, pojawiły się natomiast i mnożyły nowe pomysły – wycinanki żydowskie, koszerne jedzenie i degustacja potraw, muzyka klezmerska, poszerzanie wiedzy o Holokauście oraz pogromie kieleckim i Jedwabnem, spotkania z przedstawicielami ambasady Izraela i tak dalej. Zrobił się i upowszechnia – jak się dzisiaj mówi – event dla miłośników kultury żydowskiej. Perspektywa religijna nie została zupełnie zapomniana, ale zeszła na dalszy plan.

Ale może to jest również element szerszego procesu, czyli instrumentalizacji religii przez politykę.

Tak, to jest, świadoma czy nieświadoma, instrumentalizacja i ta pokusa grozi zawsze kontaktom religijnym, które mogą być – i bywają – skażone ideologią. W mojej ocenie inicjatywa Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przeżywa silny kryzys. Co prawda, jest co roku niebywale nagłaśniana, w czym prym wiedzie Katolicka Agencja Informacyjna, ale pozostaje domeną niewielkiej grupy tych samych osób i nie ma przełożenia na powszechną świadomość wiernych. Niektóre poczynania są wręcz groteskowe. Pojawiają się też głosy przedkładające wartość spotkań jako takich nad dochodzenie do prawdy. W styczniu 2018 roku, w kontekście Dnia Judaizmu, jeden z rektorów wyższych seminariów duchownych przekonywał: Nie chodzi o racje, nie chodzi o przekonania, ale najpierw chodzi o spotkania, ten rodzaj otwartości i dialogu, który prowadzi do przyjaźni”. Problem w tym, czy istnieje prawdziwa przyjaźń, która nie liczy się z racjami i przekonaniami. Coraz częściej wyłania się dylemat, czy prawda może być zastąpiona deklaracjami pokoju, które przybierają postać umizgów i ugrzecznionego komplementowania się nawzajem. Takie postawy nie usuwają nabrzmiałych problemów, a tylko je odkładają w czasie. Nazbyt wymownie ilustruje to konflikt, jaki na początku 2018 roku gwałtownie wybuchł wokół kłamliwego wyrażenia „polskie obozy zagłady”. Konkludując, jeśli chodzi o inicjatywę Dnia Judaizmu, to do 2006 roku kierunek jej realizowania był dobry, ale nie udało się go utrzymać, natomiast po 2006 roku kierunek się zmienił i jest konsekwentnie utrzymywany.

Dlaczego tą cezurą jest rok 2006? Co się wówczas stało?

Doszło do zmiany składu i przewodniczącego Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem. Mówiliśmy, że to gremium stanowi kręgosłup oficjalnych relacji z wyznawcami religii żydowskiej, co ma przełożenie na konkretne działania w Kościele. W 2006 roku na czele Komitetu stanął Mieczysław Cisło, biskup pomocniczy lubelski. W bibliografii dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce, liczącej grubo ponad siedem tysięcy publikacji, jest wzmiankowany trzy razy.

A arcybiskup Stanisław Gądecki?

Setki razy. Pozostali dotychczasowi członkowie Komitetu również mieli na swoim koncie liczne publikacje na te tematy. Biskup Cisło jest wzmiankowany nie jako autor czy promotor samodzielnych inicjatyw, lecz uczestnik przedsięwzięć realizowanych u boku arcybiskupa Józefa Życińskiego, metropolity lubelskiego.

Czy Ksiądz Profesor znalazł się w nowym składzie Komitetu?

Nie, bo zmieniła się opcja w ustawianiu kontaktów Kościoła z Żydami i ich religią. […]

Tymczasem z Dnia Judaizmu zrobiono przedsięwzięcie kulturalno-społeczne i polityczne, wskutek czego zabrakło miejsca (albo jest go stanowczo za mało) dla wymiaru religijnego i teologicznego, a to przecież on stanowi jej sedno. Kiedy go brakuje, dialog traci to, co najważniejsze. Nie jest normalne ani do zaakceptowania, że w dniu obchodów usuwa się ołtarz z kościoła, w którym są one urządzane, albo zasłania krzyże tak, aby nie było ich widać. Nie było pierwotnym zamiarem i to, że Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przekształca się stopniowo w tydzień kultury żydowskiej wyprowadzany z udziałem osób duchownych ze świątyń w inne miejsca i konteksty. Wprawdzie nadal są powtarzane wybrane zdania z deklaracji Nostra aetate i kilka cytatów z nauczania Jana Pawła II, ale w tym, co najbardziej istotne, czyli w głębszym samorozumieniu Kościoła, w ogóle nie posunięto się do przodu. Szkoda, bo inicjatywa miała szanse, by stać się wzorcową dla innych Kościołów lokalnych. Mimo że istnieje w Polsce od dwudziestu lat nie poszły one w tym kierunku, ani Stolica Apostolska nie rozciągnęła jej na cały Kościół katolicki.»

 

Prawda. Chrystus. Judaizm

Fragment książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Powinniśmy zacząć od stwierdzenia, które może wydawać się banalne, ale – w moim przekonaniu – zawiera znaczącą treść. Kościół katolicki zaangażował się w dialog z Żydami i judaizmem ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemnili to nastawienie i zaangażowali się w relacje z Kościołem ze względu na siebie. Ten fakt przesądza niemal o wszystkim, co ma miejsce w ramach wzajemnych relacji.

Jak to rozumieć?

Po stronie Kościoła katolickiego praktyka i częstotliwość kontaktów z Żydami wyprzedziły poważną i potrzebną refleksję teologiczną. Ponawiane spotkania i gesty nie tylko zastępowały rzetelną teologię, lecz ją również znacząco ukierunkowywały. Sprzyjała temu antyintelektualna rewolucja w teologii, głównie na skutek podporządkowywania jej rygorom politycznej poprawności. Zajmowanie się teologią nierzadko jest traktowane jako trampolina do tytułów akademickich i różnego rodzaju karier. Pogłębiona, a przede wszystkim poprawna i zgodna z tradycją katolicką refleksja nad Nostra aetate bywa rzadka, a w niektórych kręgach jest nawet źle widziana. Poprzestaje się na zacytowaniu, często wybiórczym, tego czy innego fragmentu soborowej deklaracji, po czym praktyka dialogu idzie własnym torem. Dysponując potencjałem Biblii i wielowiekowej Tradycji chrześcijańskiej, zaniechano korzystania z tego bogactwa na rzecz mizernego naśladowania i powielania nowinek, na które czekają dziennikarze i środki masowego przekazu. Tylko sporadycznie próbowano zgłębiać i rozwijać myśli zawarte w soborowym dokumencie, natomiast znacznie częściej odgrzewano dawne pytania i podsuwano kolejne, nie udzielając zadowalających odpowiedzi. Wysiłek zbliżenia podjęty przez Kościół skutkował licznymi ukłonami w stronę Żydów i judaizmu, podczas gdy po stronie żydowskiej wypowiedzi i gestów, które by to odwzajemniały, nie było tak wiele. Istniała pod tym względem – i istnieje nadal – asymetria.

Jan Paweł II mówił, że poznawanie judaizmu powinno być elementem samoświadomości Kościoła.

To oczywiście prawda. Problem w tym, że praktyka wyprzedza, a nawet zastępuje refleksję, która wychodzi naprzeciw temu postulatowi. Spotkań na różnych szczeblach nie brakowało, lecz rzadko podejmowano zagadnienia ściśle teologiczne, wśród nich to, które jest kluczowe, a mianowicie pogłębianie w spotkaniu z judaizmem świadomości Kościoła o sobie. A przecież czwarty punkt deklaracji Nostra aetate, który stał się podstawą nowych relacji katolicko-żydowskich, zaczyna się od słów: „Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi, którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama. Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków”. Zatem decydującym impulsem dla nowego spojrzenia na judaizm ma być pogłębienie samoświadomości Kościoła i lepsze zrozumienie tego, czym Kościół jest. Niestety praktyka okazywała się odmienna. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byłem mocno zaangażowany w rozmaite inicjatywy dialogowe – oficjalne, półoficjalne i osobiste – nie dostrzegałem ani nie rozumiałem tego tak wyraźnie jak teraz.

Czego Ksiądz Profesor nie widział?

Kościół zaangażował się w dialog ze względu na Żydów, dając wyraz współodczuwaniu ich tragicznej historii i losu, którego symbolem jest Holokaust. Tego wymiaru nie sposób przeoczyć. Jednak fundamentalnym impulsem i podstawowym celem po stronie katolickiej powinna być, zgodnie z ujęciem ojców soboru, sprawa samoświadomości Kościoła. O ile „nie” dla antysemityzmu jest głośne, o tyle „tak” dla wyzwania, które wynika ze zgłębiania korzeni i natury chrześcijaństwa nie brzmi już tak głośno. Trzeba, abyśmy coraz lepiej rozumieli i przyswajali prawdę wyrażoną w Nostra aetate, iż Kościół „wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary (por. Ga 3,7), i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła”. Nawiązanie relacji z wyznawcami judaizmu powinno nam, chrześcijanom, mocniej uświadomić wspólne korzenie sięgające Abrahama i pozostałych patriarchów, obejmujące judaizm biblijny i całą rzeczywistość Starego Testamentu. Istotnym owocem wejścia w dialog z tymi, którzy wierzą inaczej niż my, jest budowanie i umacnianie własnej tożsamości religijnej. Zarazem wypowiadając siebie, pozwalamy partnerowi dokładnie na to samo. W konkretnym przypadku wejścia w dialog z Żydami otrzymujemy możliwość lepszego poznania ich samych oraz religii, którą wyznają.

Wydaje się jednak, że ta teologiczna potrzeba pogłębienia samoświadomości Kościoła została jakoś zrealizowana, co prawda nie w dialogu z judaizmem, ale w życiu wewnętrznym Kościoła. Zaczęto przecież coraz bardziej zgłębiać korzenie naszej wiary, zwłaszcza te zanurzone w judaizmie biblijnym. Rozwinęły się studia nad judaizmem. Tematyka ta cieszy się zainteresowaniem wiernych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jeśli chodzi o życie wewnętrzne, Kościół zawsze miał potrzebę refleksji nad tym, czym jest. Wychodził jej naprzeciw bardziej czy mniej świadomie, bardziej czy mniej aktywnie – ale wychodził. W początkach i pierwszych wiekach chrześcijaństwa ta potrzeba była bardzo pilna, bo należało określić swoją tożsamość zarówno względem religii biblijnego Izraela, jak i judaizmu rabinicznego. Trzeba też było ustalić miejsce Kościoła w ówczesnych systemach politycznych, najpierw w systemie Imperium Rzymskiego, a później, po jego upadku, w radykalnie nowej sytuacji, jaka się wytworzyła. Mijały wieki i wyłaniały się państwa narodowe. Historycy wskazują na procesy i wydarzenia, które w każdym stuleciu i w zmieniających się warunkach motywowały Kościół do refleksji nad tym, czym jest i czym powinien być. Kiedy jej zabrakło, wtedy Kościół się dzielił, gdyż nie było tego, co go jednoczyło, a mianowicie poczucia wspólnej tożsamości i misji oraz wspólnego posłannictwa i przyszłości. Takie są korzenie schizmy, do której doszło w 1054 roku, a także rozpadu Kościoła zachodniego zapoczątkowanego przez Lutra w pierwszej połowie XVI wieku. Odkrycie Nowego Świata, narastający kolonializm i rewolucja francuska wytworzyły nowe okoliczności do przemyślenia tożsamości Kościoła i chrześcijaństwa. Wiek XIX, ruchy narodowościowe i ruch robotniczy, a także ogromny postęp techniczny i technologiczny wymagały szukania kolejnych odpowiedzi na to odwieczne pytanie. »

CDN

 

Radziwiłł pedofil czyli białoruska ofensywa

Belorussian icon of st. princess Sofia of Slutsk (Zofia Olelkowicz Słucka), (1585-1612), 1st wife of Janusz Radziwill (1579-1620). Праведная София Юрьевна, княгиня Слуцкая

__

Ostatnia przedstawicielka kniaziowskiego rodu litewskiego Olelkowiczów-Słuckich. Córka księcia Jerzego Olelkowicza (zm. 1586) i Barbary z Kiszków. Po śmierci ojca stała się jedyną spadkobierczynią jego ogromnej fortuny. Wychowywała się pod opieką Jerzego Chodkiewicza. W dzieciństwie zaręczona z Januszem Radziwiłłem, którego poślubiła 1 października 1600 roku w Brześciu Litewskim po głośnym sporze rodów Chodkiewiczów i Radziwiłłów…”

Zofia miała 15 lat w chwili zamążpójścia, a „po śmierci w niemowlęctwie wszystkich dzieci Janusza i Zofii, ta ostatnia umierając zapisała cały swój majątek mężowi z pominięciem legalnych spadkobierców (według ówczesnych praw ziemskich mąż nie dziedziczył po żonie). Była to wielka fortuna, obejmująca 32 włości ze Słuckiem i Kopylem na czele. Jej dziedzicem stał się potem Bogusław Radziwiłł, syn jedynak Janusza z drugiego małżeństwa z Elżbietą Zofią Hohenzollern, córką Jana Jerzego Hohenzollerna elektora brandenburskiego.”

A oto ostatnie ustalenia bialoruskich badaczy dotyczące Zofii:

„Matka Zofii, Barbara z Kiszków była katoliczką, i zgodnie z ówczesną tradycją, córka została ochrzczona w wierze matki.

Po śmierci ojca nowo narodzona Zofia odziedziczyła stary Słuck z dwoma zamkami, a kilka lat później, gdy jeden po drugim zmarli bezdzietni bracia ojca, Aleksander i Jan Szymon, została  właścicielką olbrzymiej fortuny Olelkowiczów: Słucka i Kopyla, 7 miasteczek i 32 folwarków.

Jej matka, księżniczka Barbara została rzekomo odsunięta od tego spadku. Olga Bobkowa zwraca uwagę na pewną zagadkę: po kilku latach, gdy Barbara była już żoną starosty homelskiego Andrzeja Sapiehy,  sporządziła testament, zgodnie z którym wszystkie kosztowności  i bogactwo będące jej własnością – perły,  biżuteria, „bydło rogate i nierogate” – przekazuje mężowi. Niczego nie pozostawia córce. Jakie miała powody, może jakieś pretensje? Oczywiście nie do małej Zosi a raczej do jej opiekunów – zastanawia się badaczka.

Instytucja opiekuna, była w WKL rozpowszechniona. W warunkach ówczesnego życia, toczących się wojen i ciągłych nieszczęść, często zdarzało się, że dzieci traciły rodziców we wczesnym dzieciństwie. Dlatego  osoby majętne sporządzały  testament, planowały zawczasu kto będzie rozporządzać  aktywami swoich sierot do czasu osiągnięcia przez nie pełnoletności.

Opiekę nad Zofią i jej bogactwem mieli sprawować Chodkiewicze, dalecy krewni księżnej. Przy Hieronimie Chodkiewiczu Zofia wychowywała się najpierw w Nowogródku, a potem w Słucku.

„W dokumentach, księgach sądowych często spotykamy się z przypadkami, gdy opiekunowie z dużą dozą swobody rozporządzają pieniędzmi swoich podopiecznych, które powinni byli zachować” – podkreśla Olga Bobkowa.

Gdy w latach 1595-96 roku na Słuczcyźnę rozlało się z ziem ukraińskich powstanie kozackie przeciw I Rzeczypospolitej,  pod wodzą Seweryna Nalewajki, Chodkiewicz zmuszony był prosić o pomoc wojskową potężnych Radziwiłłów. Magnaci dali swoją piechotę, stawiając przy tym warunek, że Księżniczka Zofia poślubi Janusza Radziwiłła. Chodkiewicze, którym ziemia paliła się pod nogami zgodzili się.  Ślub miał odbyć się w Wilnie w 1600 roku. Panna młoda miała wówczas 13 lat, Janusz Radziwiłł był starszy o siedem lat. Pozwolono mu od czasu do czasu, odwiedzić swoją przyszłą żonę w Słucku.

Jednak z czasem Chodkiewicze zaczęli szukać sposobu, by złamać umowę. Stosunki między nim zaostrzyły się, gdy Radziwiłłowie zajęli Kopyl, do jakiego pretendowali Chodkiewicze.  Młodego  księcia Janusza przestali dopuszczać do Zofii. O fakcie, że do ślubu nie dojdzie Radziwiłłowi powiedział sławny wojownik Jan Karol Chodkiewicz podczas spotkania w karczmie między Mirem i Nieświeżem.

Badaczka dziejów Anastazja Skepjan opisuje, jak w 1599-roku Chodkiewicze i Radziwiłłowie, zamiast przygotowań do ślubu, zaczęli przygotowania do zbrojnego rozstrzygnięcia sporu. Artylerii i wojska mieli szykować więcej, niż  na bitwę pod Kircholmem, która później tak rozsławiła Jana Karola Chodkiewicza.

Na wezwanie Radziwiłłów do Wilna zimą 1600 roku, zjechało się około sześciu tysięcy zbrojnej szlachty. Chodkiewicze z licznym oddziałem i 24 armatami zamknęli się  kamiennej wieży.  Jednakże, do rozlewu krwi, od której mogła się rozpocząć w WKL wojna domowa o „słuckie dziedzictwo”, nie doszło.

Później Chodkiewicz, opisując sytuację zauważył, że małżeństwo nie doszło do skutku z powodu … nie stawienia się pana młodego. Według jego wersji narzeczona przyjechała, a pan młody się nie pojawił.

Zgodna z opiekunami była sama Zofia, i jako jedną z przyczyn swojej niezgody na zawarcie związku małżeńskiego podawała różnicę wyznania.

„Jegomość pan Janusz Radziwiłł nie jest wiernym Kościoła Katolickiego, jaką ja jestem” – świadczyła dziewczyna przed dostojnikami, którzy rozpatrywali sprawę. Janusz był wyznania luterańskiego, a nie katolikiem, jak sie powszechnie uważa.

Urażony do żywego ojciec Janusza, wojewoda wileński Krzysztof Radziwiłł Piorun, zabiegał o banicję dla Hieronima Chodkiewicza. Za złamanie danego słowa groziło mu utrata majątku, praw szlacheckich i wypędzenie  z kraju. Chodkiewiczowie wreszcie pod groźbami ustąpili, do ślubu doszło jesienią 1600 roku.

W intercyzie małżeńskiej jeszcze raz potwierdził się katolicyzm Zofii: miała prawo wyboru księdza-spowiednika na życzenie, oraz mogła budować kościoły – ile tylko zapragnęła. W tejże umowie zatwierdzono też problem księdza, który miał pobłogosławić protestanta Janusza i katoliczkę Zofię przed Bogiem. Według tradycji musiał być wyznawcą tej samej konfesji co panna młoda. O tym, że ślubu udzielał ksiądz katolicki pisał później Chodkiewicz, próbujący jeszcze podważyć sakrament.

Janusz wystosował do papieża Klemensa VIII list z prośbą o zezwolenie na małżeństwo z krewną. Problem różnicy wyznań został w liście do papieża pominiety, była w nim mowa jedynie o pokrewieństwie, jakie łączyło małżonków. Janusz i Zofia mieli wspólnego pradziadka, Hetmana Konstantego Ostrogskiego, zwycięzcę w bitwie pod Orszą.

Co ciekawe, mówi Anastaszja Skepjan, że adnotacje o tym liście, który został napisany alfabetem łacińskim pojawiły się w „Zbiorze starych pism i aktów miast guberni mińskiej” wydanym w czasach Imperium rosyjskiego.

„W adnotacji wszystko przedstawione jest na odwrót; że katolik Janusz chce zawrzeć  małżeństwo z Zofią wyznania prawosławnego, i że proszą papieża, by ten pozwolił zachować jej wyznanie”.

Po ślubie księżniczka zapisała cały swój majatek mężowi. Protestant Janusz, dla którego największymi wrogami byli katolicy, a nie prawosławni, wyprowadził słuckie kościoły spod jurysdykcji biskupa  unickiego i podporządkował je patriarsze Konstantynopola.

W książce „Życie” Zofii autor przekonuje, że to ona prosiła męża, by sprzyjał prawosławiu. Tymczasem sam Radziwiłł miał swoje powody – polityczne. Jako lider opozycji antykatolickiej w Rzeczypospolitej, jaka jednoczyła  prawosławnych i protestantów, skupiał wokół siebie zwolenników.

Życie młodej rodziny nie było łatwe. A może tylko takim się jawi w melodramatycznej twórczości Kraszewskiego i Syrokomli poświęconej Zofii? Jednak współcześni zauważali wybuchowy charakter księcia Janusza i jego buńczuczność. Ponadto, zmarło ich małe dziecko, po czym – według polskiego historyka literatury Alojzego Sajkowskiego, Zofia miała nawiązać romans ze sługą męża, Tatarem Osmolskim.

Togoż Osmolskiego – Smolskiego prawie złapano na gorącym uczynku w jej sypialni. Kochankowi udało się wyskoczyć przez okno w momencie, gdy słudzy księcia Janusza wyważali już drzwi. Tatarzyn uciekł do Lwowa, ale został schwytany i utopiony w stawie na oczach Zofii.

Po tym skandalu Janusz i Zofia nadal żyli jak mąż i żona. Po nieudanym Rokoszu przeciwko  królowi Zygmuntowi III Wazie, jednym z przywódców którego był Radziwiłł, razem uciekli do Szwajcarii, a po ułaskawieniu przez króla wrócili do Rzeczpospolitej.

Ostatnie lata swojego życia Zofia spędziła w podlaskich majątkach . Tam urodziła córkę Katarzynę, która żył bardzo krótko, zaraz po niej 19 kwietnia 1612 roku zmarła Zofia. Spoczęła w klasztorze Świętej Trójcy w Słucku, obok swojego ojca.

„Zdarzały się takie precedensy – mówi Skepjan, – Zwłaszcza, gdy świątynia była fundowana przez przodków zmarłego.

Ale wieczny odpoczynek po niełatwym życiu nie mógł trwać wiecznie. Dwieście lat później, po przyłączeniu ziem białoruskich do Rosji, zaczyna się historia z „kultem Zofii”.

Księżna z prawosławnego rodu, żona „katolika” – moskiewski patriarchat potrzebował takiej historii, na taką bohaterkę było „zamówienie polityczne”.

Relikwie Zofii zostały ogłoszone cudownymi, zaczęto pisać o ich uzdrawiającej mocy, że uratowały Słuck od epidemii cholery, a konkretnie ulicę, przy której stoi świątynia , od pożarów….

W czasach sowieckich, gdy z wiarą walczono, szczątki Zofii przewiezione zostały do Mińska „na badania”. Podczas wojny, z ruin uniwersyteckich wynieśli je żołnierze Wehrmachtu, a na prośbę wiernych ciało Zofii zostało przeniesione w soboru pw. Ducha Świętego w Mińsku.

Prawosławni teologowie skonfundowani takim obrotem sprawy milczeli, gdy Anastazja Skepjan prezentowała wyniki swoich badań podczas 4. Kongresu badaczy Białorusi.

Katolicy żartują, że gotowi są zabrać Zofie do siebie.”

Zofia_Slucka-Sarkofag__

Ów Janusz napisał ten list do sir Roberta Cecila – będę wdzięczny jeśli ktoś pomoże przetłumaczyć tenże list, jaki ów od Lisowskiego…

Czarna śmierć albo historia Europy w trzech aktach

W 732 pod Poitiers Karol Młot zatrzymał islamską inwazję** i właśnie to wtedy po raz pierwszy użyto określenia – Europejczycy (europenses), odnotowanego w sławnej kronice z 754, a spisanej w łacinie przez anonimowego Mozaraba.

Drugi akt rozpoczął się na dobre w 1354, ale jego źródeł trzeba szukać znacznie wcześniej, nawet nie w owym przeklętym 1204, ale jeszcze wcześniej. Bizancjum nie radziło sobie dobrze z ekspansją italskich potęg – w 1171 cesarz Manuel I*** (stawiając wtedy na Genuę) wydaje rozkaz uwięzienia wszystkich Wenecjan w cesarstwie i konfiskatę ich mienia, w efekcie wybucha wojna Bizancjum z Wenecją. Wprawdzie Mauel I umiera w 1180, ale następujące po tym rebelie doprowadzają do niezupełnie spontanicznego pogromu „łacinników” w Konstantynopolu w 1182…

Czwarta krucjata, to jednocześnie narodziny weneckiego imperium morskiego. Wenecja postawiła wtedy wszystko na jedną kartę – nie tylko, zgodnie ze słynnym kontraktem, wyrychtowała flotę kilkuset statków, ale także posłała na tę krucjatę około 20 tysięcy swoich „marines”, czyli ponad połowę (sprawnych) mężczyzn Republiki (wybranych przez losowanie)! Mało tego, na 18 miesięcy zawiesiła wszelki handel morski. No, ale w efekcie „przejęła” niejako samą krucjatę, która zamiast popłynąć na podbój Egiptu (a potem do Jerozolimy), popłynęła jedynie do Konstantynopola, łupiąc po drodze Zarę.

Tu trzeba zaznaczyć, iż mała część krzyżowców postąpiła zgodnie z przyrzeczonym planem – w tym, przede wszystkim, znany nam baron franuski – Szymon z Montfort, korzystając przy tym z pomocy węgierskiego króla, Emeryka. Ale większość poszła za przywódcą krucjaty – Bonifacym z Montferratu oraz niewidomym Henrykiem – weneckim dożą:

„Zimę [Bonifacy] spędził w Niemczech u Filipa Szwabskiego. Latem 1202 roku przybył do Wenecji, do zgromadzonych wojsk krzyżowych. Brak środków na opłacenie floty weneckiej mającej przewieźć krzyżowców do Ziemi Świętej skłoniła Bonifacego do zawarcia z dożą weneckim Henrykiem Dandolo sekretnego porozumienia, na mocy którego ekspedycja mogła wyruszyć w zamian za pomoc udzieloną przez krzyżowców Wenecji w opanowaniu zdobytego przez króla węgierskiego Zadaru…

Tymczasem na początku 1203 roku do Zadaru przybył wysłannik Aleksego, syna zdetronizowanego cesarza bizantyńskiego Izaaka II. Aleksy zobowiązał się zapewnić krzyżowcom niezbędne fundusze na krucjatę, a nadto dodać pomoc wojskową w zamian za odzyskanie tronu cesarskiego. W dniu 25 kwietnia Aleksy przybył do Zadaru. Miesiąc później dowodzeni przez Bonifacego krzyżowcy wyruszyli w drogę i po opłynięciu półwyspu greckiego na początku lipca stanęli pod murami Konstantynopola.”

Tak się przy tym złożyło, iż ów Aleksy, dzięki kupcom z Pizy, przebywał od 1201 na dworze króla Filipa Szwabskiego, swojego szwagra a jednocześnie kuzyna samego Bonifacego… W efekcie tego spisku doszło wpierw do straszliwego złupienia Konstantynopola**** (pierwszego w jego bardzo długiej historii) a potem do powstania Cesarstwa Łacińskiego. Pierwszym jego cesarzem został jednak nie Bonifacy, ale Baldwin, oczywiście dzięki głosom Wenecji, bo chyba nie trzeba tu dodawać, że ów Bonifacy tradycyjnie sprzyjał Genui i Pizie.

Cesarstwo Łacińskie wprawdzie padło w 1261^*, ale Konstantynopol już nigdy nie odzyskał dawnej siły. A tymczasem wpływy Wenecji tylko rosły – Republika m. in. zdobyła na 450 lat Kretę, ale że Genua nie odpuszczała, jej wojny z Wenecją były nieustanne. Nawet czarna śmierć (z genueńskiej Kaffy) która zabrała w 1348 w ciągu paru miesięcy ponad połowę populacji Wenecji, Genui i Pizy, powstrzymała ówczesną wojnę między nimi tylko na rok, pomimo napomnień, że ta dżuma to kara za ich materializm i pychę…

I tak dotarliśmy do roku 1353 kiedy to usłużni Genueńczycy (niektórzy piszą o greckich rybakach) za sowitą opłatą przetransportowali przez cieśninę dardanelską armię osmańską… Wprawdzie imperium osmańskie nadal rosło w siłę, ale wtedy nie miało jeszcze własnej floty, którą dopiero budowało przy fachowej pomocy pewnych chrześcijan. Ale już wtedy, w owym 1354 dokonali ten sposób pierwszego europejskiego podboju i zdobyli kluczową twierdzę Gallipoli

The Ottoman fleet was from early on based at Gallipoli, a place of great strategic importance and vital for the control of the Straits. This importance was recognised by Ruy Gonzalez de Clavijo who described Gallipoli when he saw it in 1402 on his way to Constantinople. According to Gonzalez de Clavijo the capture of Gallipoli had enabled the Turks to make all the conquests in Europe, and should they loose this place, they would loose all their other conquests for Gallipoli was the base for the fleet which could thus bring help quickly over from Turkey. The Ottoman commander Bayezid also underlined the importance of Gallipoli… «Are you not aware that Gallipoli and its straits are the key to both East and West, the Aegean Sea and the Black Sea?».

(Nb. Bitwa o Gallipoli – bitwa toczona od 25 kwietnia 1915 do 9 stycznia 1916, która w założeniu ententy miała być początkiem większej operacji mającej za zadanie zdobycie Stambułu i wyeliminowanie z I wojny światowej Imperium Osmańskiego. Operacja ta zakończyła się fiaskiem państw ententy. A było to jedyne tureckie zwycięstwo w tej wojnie…)

Kulminacja aktu drugiego nastąpiła w 1453, wraz ze zdobyciem Konstantynopola przez Turków, oczywiście także przy aktywnej pomocy tzw. chrześcijan. Trzeci akt w toku.

__

**) „W 711 roku Gibraltar był miejscem lądowania berberskiego generała Tarika ibn Zijada, który rozpoczął w tym miejscu arabski podbój Półwyspu Iberyjskiego.”

***) Ten od https://pl.wikipedia.org/wiki/Wykład_ratyzboński, to Manuel II…

****) Owe szwabskie konszachty przywodzą na myśl rok 1527 i owo inne saccohttps://pl.wikipedia.org/wiki/Sacco_di_Roma

^*) https://en.wikipedia.org/wiki/Treaty_of_Nymphaeum_(1261)

 

 

 

 

„O metropolicie Szeptyckim”

11 września 1966, (przybrany) stryj Klementyny, Kajetan hrabia CZARKOWSKI-GOLEJEWSKI opublikował w londyńskich Wiadomościach ciekawy tekst o metropolicie Szeptyckim:

„Wbrew nieprzytomnym głosom wielu rodaków zaślepionych nienawiścią do tych, których wzrok nie sięga poza prowincjonalne podwórko szowinizmu, śmiem twierdzić że ś.p. Xiądz metropolita Andrzej Szeptycki był nie tylko duchowym przywódcą narodu ukraińskiego ale i wielkim obywatelem Polski. Obywatelem w znaczeniu zapomnianego powiedzenia: gente Ruthenus natione Polonus.

Natione Polonus w znaczeniu jakie te dwa słowa miały w dawnej Rzeczypospolitej, kiedy słowa Polska i Polak były wyrazicielami przynależności do wielkiej wspólnoty narodów a nie do jednego z wielu narodów tworzących tę wspólnotę.

W Rzeczypospolitej byli „natione Polonus” Litwin, Rusin, Ukrainiec, Tatar, Ormianin, Żyd czy Niemiec, potomek Szkotów czy innych emigrantów którzy z pochodzenia z Polakami nie mieli nic wspólnego.

Różnica pomiędzy Wielką Brytanią a Polską w tym względzie była o tyle większa że konglomerat narodów Zjednoczonego Królestwa, szczęśliwie umiejscowiony na wyspach, nie był jednocześnie szańcem w znaczeniu obrony kultury łacińsko-rzymskiej i europejskiej przeciw zakusom i naporowi barbarzyństwa Wschodu i Azji.

Rodzina Szeptyckich była od wieków rodziną ruską. Ruską w znaczeniu „gente Ruthenus natione Polonus”, czego dowód stanowiło trzech senatorów polskich i trzech biskupów i metropolitów obrządku greko-katolickiego (Warłam, Atanazy i Lew), poprzedników Andrzeja na stolcu metropolitalnym, z których Atanazy w r. 1727 a Lew w r. 1778 byli jednocześnie metropolitami kijowskimi.

Zarówno to poczucie „gente Ruthenus” jak i katolicyzm obrządku unickiego stały się tragedią wielkiego idealisty, głęboko wierzącego, człowieka świątobliwego, który był
świadkiem katastrofy obu wielkich idei, przyświecających mu przy wstąpieniu do stanu duchownego. Metropolita Szeptycki, którego celami były nawrócenie schizmy rosyjskiej i jej powrót na łono jednego Kościoła katolickiego oraz ułożenie harmonijnego współżycia Polaków i Ukraińców (a to w myśl jego poprzednikow na tronie metropolitalnym greko-katolickim, kardynałów Sembratowicza i Lewickiego), walczył całe życie bezskutecznie z narastającym szowinizmem nacjonalizmów polskiego i ukraińskiego, a zwycięstwo Rosji w ostatniej wojnie przyniosło zagładę obrządku katolickiego w jego archidiecezji i dostanie się w niewolę moskiewską narodu ukraińskiego, dla którego dobra poświęcił życie.

Metropolita nie był Wallenrodem jednej czy drugiej strony, ale w dziedzinie politycznej był potomkiem duchowym Niemirycza, Mazepy, Wyhowsklego a nawet – tu posypią się
gromy na moją głowę – może i Chmielnickiego, którzy chcieli znaleźć dla swojego narodu najlepsze warunki bytowania we wspólnocie narodów Rzeczypospolitej. W jej potędze, w
której mógłby rozwijać się ich naród osiągając równe z Polakami i Litwinami prawa.

W zmienionej nowoczesnej rzeczywistości politycznej Szeptycki dążył wprawdzie do uzyskania pełnej niezależności i suwerenności państwowej dla Ukrainy ale w oparciu na Europie zachodniej, a to było możliwe tylko w sojuszu z Polską, drugą ojczyzną jego rodziny.

W dziedzinie religijnej był on duchowym następcą twócców uni florenckiej, kontynuatorem odwiecznego dążenia przewijającego się przez całą historię i politykę Watykanu. Prekursorem papieży Jana XXIII czy Pawła VI.

Metropolita Szeptycki, wielka, tragiczna postać w historii Europy wschodniej, wyrastająca wysoko ponad lokalny konflikt polsko-ukraińskich tarć i walk, ponad szowinizmy galicyjskie, był i został do dzisiejszego dnia symbolem i wyrazicielem
ukraińskich dążności narodowych, ale wrogiem Polski, za jakiego go lwowsko-polsko-galicyjski szowinizm a za nim nieświadoma część opini reszty Polski okrzyczały – nie był.

Nie można zapominać że człowiek urodzony 101 lat temu, gdy dorastał i formował swoje życie i charakter, musiał być wprawdzie świadom zastarzałych animozji pomiędzy współmieszkańcami jednego kraju, jego najbliższej ojczyzny, ale te animozje były w znacznej mierze zniwelowane stosunkami rodzinnymi, małżeństwami mieszanymi, zgodnym współżyciem kleru obu obrządków a najważniejsze – brakiem rodzących się dopiero prądów nacjonalistycznych.

Raczej spory społeczne aniżeli narodowe stwarzały lokalne trudności. Rzymski obrządek czy grecki były nieważnymi szczegółami, bo synowie brali go po ojcach a córki po matkach tak jak narodowość do której te rodziny się zaliczały.

W ten teren zgodnego współżycia dopiero z latami zaczęły wdzierać się wpływy budzących się ostrych narodowościowych szowinizmów. Pobudzane częściowo przez centralę wiedeńską, chcącą znaleźć w Galicji przeciwwagę polskiej klasy posiadającej sprzymierzeńca rodzącego się wszechniemieckiego ruchu, a częściowo – co było groźniejsze – przez panslawistyczną, a raczej pod płaszczykiem panslawizmu rosyjską zaborczość imperialną, zdobywając wpływy w ruchu starorusinów moskalofili, zwolenników schizmy.

To rosyjskie niebezpieczeństwo rozmiał i rząd austriacki, forsujący z tego powodu ukraiński ruch nacjonalistyczny, i inteligencja ukraińska nie chcąca zatopienia swojego narodu w morzu wszechrosyjskim. Nie rozumieli tego wielkiego niebezpieczeństwa, które zmaterializowało się częściowo w r. 1920 a do reszty po ostatniej wojnie, Polacy broniący swojego chwilowego prymatu w lokalnej polityce partykularza galicyjskiego.

Tlący ogień trudności pomiędzy oboma narodami, żyjącymi na jednej ziemi, rozżarzył do wybuchu nieposkromionego ognia Sienkiewicz swoim „Ogniem i mieczem”, napisanym
dla pokrzepienia ducha polskiego, a strzał niedowarzonego studenta Siczyńskiego, mordującego namiestnika Potockiego, dał start do wybuchu obopólnej nienawiści.

Temat „Ogniem i mieczem”, wybrany przez wielkiego pisarza, bynajmniej nie był wynikiem jego nienawiści do narodu ukraińskiego. Był po prostu tematem jaki mógł ujść
cenzurze rosyjskiej a jednocześnie wzbudzić uczucia patriotyczne i odrodzenie myśli państwowej o wielkiej RzeczypospoliteJ. Niestety, genialnie napisany romans wywarł wpływ odwrotny i zabójczy. Zarówno wśrod młodzieży polskiej jak ukraińskiej, pomiędzy którą zaroiło się od Skrzetuskich i Wołodyjowskich jak i Bohunów czy Krzywonosów.

Przeszłość ukazana w skrzywionym nieco sadystycznym oświetleniu, rozpaliła do białości wyobraźnię obu narodów, które romans historyczny wzięły za ewangelię prawdy historycznej.

W tym tragicznym okresie przekształcania się lokalnych trudności współżycia w kraju o mieszanej narodowo ludności w konflikt narodowościowy na przełomie XIX i XX w.,
Andrzej Szeptycki, młody bo zaledwie 36-letni biskup stanisławowski, zamianowany metropolitą lwowskim objął unicką lwowsko-halicką archidiecezję.

Nie zamierzam pisać tu o roli jego jako jednego z największych mecenasów kultury ukraińskiej, która zaczęła promieniować na resztę wielkiej Ukrainy, przynależnej kiedyś
do Rzeczypospolitej, by tam łącznie z polskimi wpływami kulturalnymi i ekonomicznymi tworzyć w zmienionych warunkach politycznych prawdziwe przedmurze kultury europejskiej; chcę za to podkreślić rolę jaką odgrywał do r. 1914 łagodząc lokalne galicyjskie spory narodowościowe. Rezultatem był m.in. kompromis ze stycznia 1914, polegający na wydzielenIu katedr ukraińskich na uniwersytecie lwowskim i utworzeniu
dwu odrębnych uniwersytetów.

W tych latach współpraca metropolity z ówczesnym namiestnikiem Galicji, następcą zamordowamego Potockiego, prof. Bobrzyńskim, który – jeden z nielicznych polityków polskich – rozumiał doniosłość zagadnienia ukraińskiego, była silnym hamulcem utrzymującym ład moralny i polityczny w kraju.

Za swoją kulturalną, duchową i polityczną działalność metropolita został po zajęciu Lwowa przez Rosjan aresztowany i wywieziony w głąb Rosji podobnie jak wielu Polaków. Rząd rosyjski już wtedy przyłączał Galicję do jednej niepodzielnej Rosji w myśl słów wypowiedzianych w r. 1915 przez Mikołaja II z balkonu lwowskiego namiestnictwa.

Rozpad monarchii austriackiej w euforii rozbudzonych dążeń narodów do samodzielnych prowincjonalnych bytów, który doprowadził do wybuchu walk polsko-ukraińskich, potem załamanie się planów utworzenia wielkiej Ukrainy w ścisłym sojuszu z Polską, i z jej pomocą, a wreszcie niefortunna polityka 20-lecia niepodległej Polski, która zamiast dążyć do utworzenia z Galicji i kresów w ramach państwowości polskiej Piemontu ukraińskiego, mogącego rozsadzić lub co najmniej zaszachować nie skonsolidowane jeszcze Sowiety, wyżywała się w nierealnych próbach polonizowania kraju co wywoływało tylko opór i nienawiść, wszystko to składało się na tragedię Metropolity.

Być może że jego ideały zgody i nawrócenia schizmy były chwilowo przebrzmiałe lub jeszcze przedwczesne, być może że metody jego otoczenia nie były zawsze szczęśliwe,
tak jak niefortunne były metody rządów polskich na wschodzie, ale błędy i winy obu stron nie mogą umniejszać pamięci osoby stojącej moralnie i duchowo ponad zdarzeniami dni codziennych.

Andrzej Szeptycki, metropolita halicki, arcybiskup lwowski i biskup kamieniecki, – bo takie były jego tytuły oficjalne, – niekoronowany władca dusz narodu ukraińskiego,
podzielił los marszałka Piłsudskiego. Obaj dążyli do obrony Europy i swoich narodów przed zalewem barbarzyństwa Moskwy; dązenia i wysiłki obu tych historycznych postaci leżą chwilowo w gruzach.

Twierdzenie, oparte na plotkach, że ten duchowy przywódca narodu ukraińskiego był wrogiem Polaków i Polski, że z nienawiści do narodu polskiego nawet nie chciał mówić po polsku, są prostym kłamstwem. Metropolitę, dzięki bardzo przyjaznym stosunkom, łączącym jego i jego rodzinę z moją, znałem osobiście, i nigdy ani jemu ani nikomu z nas nie przyszłoby do głowy rozmawiać inaczej niż po polsku. O nienawiści do kogokolwiek u tego świątobliwego człowieka mowy nie było. Tym bardziej do Polski, z którą był związany najbliższymi i zażyłymi stosunkami rodzinnymi. Nie wątpię że popierając godziwe pragnienia i dążenia swojego narodu wielu wypadkach hamował pociągnięcia zapalnych głów, pociągnięcia które mogły doprowadzić do gorszych jeszcze stosunków niż te jakie panowały. Niestety strona polska, rząd czy społeczeństwo polskie, nie chciały zbliżyć się do niego, bo nie chciały zrozumieć konieczości porozumienia się na godziwych i możliwych do przyjęcia przez obie strony warunkach korzystnych dla
obu stron.

Gdy się do tego pseudowroga polskości Polacy zwracali jak do przyaciela odpowiadał im przyjaźnią.

Mam jeszcze w oczach jego majestatyczną, ogromną postać w fioletach siedzącą na tronie biskupim w lwowskiej katedrze łacińskiej gdy udzielał błogosławieństwa ślubnego
córce mojego brata, a potem na rodzinnym przyjęciu gdy z serdecznym, ujmującym dobrocią, uśmiechem dziękował w pięknej polszczyźnie mojemu staruszkowi ojcu za śliczny toast wzniesiony na jego cześć w czasie bankietu poślubnego.

Wielki dostojnik Kościoła czuł się na pewno do głębi duszy Ukraińcem, bo pochodził z tego narodu, walczył godziwymi sposobami o jego dolę i przyszłość, ale wrogiem niczyim nie był.

Wobec tragicznych, krwawych wypadków z czasów ostatniej wojny śmiertelnie chory, umierajacy starzec rezydujący na wzgórzu św. .Jura był bezsilny.

Pogrzeb zmarłego Metropolity już po drugim zajęciu Lwowa przez Sowiety w r. 1944, kiedy dwieście tysięcy ludności ukraińskiej z całego kraju odprowadzało czczonego jak
świętego na wieczny odpoczynek, był ostatnim przebłyskiem, ostatnią manifestacją przynależności naszego wspólnego Lwowa do Europy.

Po tym odruchu ludności, po rozgromiemu kleru unickiego u męczeństwie jego biskupów, po ewakuacji Polaków, zapadła na Lwów i Galicję azjatycka noc.

Jeżeli w duchu zjednoczenia nie tylko chrześcijańskiego ale i obrony europejskiej kultury i świata głos naszego episkopatu: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, skierowany
ku Niemcom, stał się wykładnią ułożenia na przyszłość stosunków w Europie, to samo chrześcijańskie haslo, choć wypowiedziane w odwrotnym szeregu: „Prosimy o przebaczenie i przebaczamy” powinno być zwrócone przez nas Polaków do narodu ukraińskiego.

W odwrotnym szeregu gdyż większe były winy polityczne silniejszej strony polskiej, które doprowadziły w ciągu wieków do wrogiego stosunku dwu narodów złączonych od sześciu stuleci wspólnymi więzami historii i krwi a dzisiaj dzielących ten sam los.

Sprawiedliwość, oddana osobie metropolity Szeptyckiego, który był i jest symbolem słusznych dążeń swojego narodu, powinna być pierwszym urzeczywistnieniem tego hasła.

Tylko wiara w urzeczywistnienie hasła: „Prosimy o przebaczenie i przebaczamy” może rozświetlić w przyszłości mroki, w jakich znalazły się oba narody.

Polska i Ukraina.”

Rzeź katolików, krzyżowcy i ten niesamowity Archimedes

W czwartek, 29 października 1998 na aukcji Christie w Nowym Jorku sprzedano manuskrypt nazwany Eureka-9058 za astronomiczną kwotę 2,200,000 USD. Wprawdzie personalia szczęśliwego nabywcy pozostają do dziś niepewne, na szczęście sam rękopis został udostępniony do szczegółowych badań. Ściślej mówiąc, jest to szczególny rodzaj manuskryptu, zwany palimpsestem. W tym przypadku, chodzi o odkryte dopiero w XX wieku dzieła Archimedesa zwane Kodeksem C, które około roku 950 nieznany skryba skopiował był w Konstantynopolu.

Aby nadać wadze geniuszu Archimedesa właściwych proporcji warto zauważyć, że od czasu powstania jego dzieł do chwili zrobienia owej kopii (mniej więcej wtedy kiedy Polska powstawała…) upłynęło więcej lat niż liczy sobie polska państwowość…

W 1229, w Jerozolimie, ów kodeks Archimedesa spisany na (bardzo) wytrzymałym pergaminie doznał powszechnego w tamtych czasach recyklingu – wycięte karty pergaminu zostały „wyczyszczone”, złożone na pół i zszyte na nowo. Nadpisano na nich teksty liturgiczne dla Kościoła prawosławnego, a sam palimpsest przeleżał tam spokojnie prawie 7 wieków, aby „się zawieruszyć” podczas wojny turecko-greckiej 1919-22 oraz ludobójstwa Greków Pontyjskich. Pod koniec lat dwudziestych znalazł się był w Paryżu, w rękach niejakiego Marie Louis Sirieix – „businessman and traveler to the Orient who lived in Paris”. Ów barbarzyńca przez wiele lat trzymał ten manuskrypt w… piwnicy – skutki działania wilgoci i pleśni można podziwiać na powyższym zdjęciu…

Do treści Kodeksu C postaram się jeszcze wrócić, teraz tylko przytoczę opinie Galileusza i Leibniza o Archimedesie, a trzeba tu zaznaczyć, że oczywiście oni obaj nie znali owego Kodeksu C**, o którym wielu entuzjastów obecnie pisze, iż w paru miejscach wyprzedza matematykę Newtona:

Galileo praised Archimedes many times, and referred to him as a „superhuman”. Leibniz said „He who understands Archimedes and Apollonius*** will admire less the achievements of the foremost men of later times.”

? a co mają z tym wszystkim wspólnego krzyżowcy… – chodzi tu o splądrowanie w 1204 (pierwsze w burzliwej historii) Konstantynopola przez wojska IV Krucjaty. To za jego przyczyną manuskrypt wylądował w Jerozolimie, a samo to fatalne wydarzenie zatruło na wieki stosunki pomiędzy Kościołem a prawosławiem – JPII tak się do tego odniósł w 2004: „How can we not share, at a distance of eight centuries, the pain and disgust?

Trzeba jednak przy tym wspomnieć, iż poprzedziła je straszliwa masakra katolików w Konstantynopolu, w 1182…

__

**) Znali jedynie Kodeksy A i B…

***) Do Apoloniusza z Pergi mam nadzieję powrócę przy okazji właściwego tekstu o Archimedesie…