By w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi „dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce”

Dalszy ciąg nadzwyczajnego** rosyjskiego artykułu nt. Karola Jaroszyńskiego:

„Zgodnie z projektem porozumienia amerykańscy kapitaliści musieliby wydać wymagane kwoty w całości lub w części, gdy otrzymają odpowiednie zabezpieczenie, jako które Jaroszyński zaoferował akcje w przedsiębiorstwach cukrowniczych, znajdujące się w jego strefie wpływów, co łącznie stanowiło około 50% całego rosyjskiego przemysłu cukrowniczego, oraz także „udziały różnych rosyjskich przedsiębiorstw komercyjnych i przemysłowych, hipoteki na już istniejących i nabytych ziemiach, fabrykach i innych nieruchomościach, a jeśli to konieczne, i portfel weksli pierwszej klasy. ” Projekt ten okazał się jednak niemożliwy do zrealizowania (najwyraźniej, ponieważ Aschberg został wyrzucony z Rosji z powodu swoich niemieckich powiązań).

Trudności finansowe nie przeszkodziły w dalszym wzbogacaniu się Jaroszyńskiego. Dopiero rewolucja październikowa postawiła na jego drodze barierę. Nic dziwnego, bo był jednym z najbardziej zagorzałych wrogów władzy sowieckiej. 30 listopada 1917 r. Jaroszyński spotkał się z przywódcą Prywatnego Zgromadzenia Dumy Państwowej, M.W. Rodzianką, podczas którego rozmawiali o pomocy finansowej dla białego ruchu, po czym Jaroszyński zaczął regularnie uczestniczyć w spotkaniach konspiracyjnych w mieszkaniu biznesmena i awanturnika, uczestniczącego w polowaniu na koncesje na Dalekim Wschodzie, W. M. Wonliarliarskiego***. Tu Jaroszyński spotykał się nie tylko z przywódcami rosyjskiej kontrrewolucji, ale także z brytyjskimi przedstawicielami, którzy poszukiwali „kanałów finansowania białych armii na południu”, a także by w perspektywie długoterminowej zapewnić brytyjskiemu kapitałowi „dominującą pozycję w rosyjskiej gospodarce„.

Jednym z głównych partnerów Jaroszyńskiego był angielski komisarz, Hugh Leech. Przybył do Rosji w 1912 roku, po studiach rachunkowości w Manchesterze i inżynierii w Hamburgu, ożenił się z mieszkanką Rostowa nad Donem i zaangażował w biznes naftowy, w którym szybko odniósł sukces. W warunkach przedwojennej ekspansji przemysłowej zarabiał spore pieniądze, najpierw w firmie naftowej, a następnie w operacjach pośrednictwa. „Tylko nieliczni wiedzieli, że przez wiele lat był brytyjskim tajnym agentem.” Wraz z innym angielskim obywatelem, Leech założył firmę pośredniczącą Leech & Firebrace, a po rewolucji październikowej stał na czele brytyjskiego biura propagandowego Cosmos, które sfinansowało kontrrewolucyjną propagandę w Moskwie i Piotrogrodzie i mieściło się w budynku ambasady brytyjskiej.

Chociaż Wonliarliarski twierdził, że Jaroszyński po raz pierwszy spotkał Leecha w swoim mieszkaniu, najwyraźniej już się znali. O spotkaniach z Jaroszyńskim i opracowaniu wspólnego planu wykupu akcji i obligacji rosyjskich banków w związku z „silnym spadkiem cen wszystkich akcji i oprocentowanych papierów wartościowych”, Leech informował brytyjskiego ambasadora J. Buchanana. Polecił ściślejszą znajomość z Jaroszyńskim, oficerowi misji wojskowej, pułkownikowi Terence Keyesowi, który był pracownikiem wywiadu, ale wyższej rangi, mającemu za sobą pracę w Indiach, a następnie w rejonie Zatoki Perskiej jako rezydent brytyjskiego wywiadu, wreszcie od 1916 r. w Rosji.

Keyes poprosił Leecha o zorganizowanie spotkania z Jaroszyńskim. Miało to miejsce ponownie w mieszkaniu Wonliarliarskiego, gdzie Jaroszyński powiedział Keyesowi, że jeśli Londyn przeznaczy 200 milionów rubli, zyska pełną kontrolę nad rosyjskim handlem zagranicznym poprzez banki – Rosyjski Bank Handlowy i Przemysłowy, Bank Międzynarodowy, Wołżsko-Kamski Bank Handlowy i Syberyjskie banki kupieckie; pozwoli to na założenie Banku Kozackiego na południu, który sfinansuje A. M. Kaledin i M. V. Aleksejew. Keyesowi spodobał się ten projekt i opowiedział o tym Buchananowi. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, ambasador chciał usłyszeć opinię byłych ministrów carskich, „którym z pewnością ufał”. Wonliarliarski napisał, że tymi osobami byli minister finansów, a następnie minister spraw zagranicznych M. M. Pokrowski i premier A. F. Trepow, a według Kettle, byli to N. N. Pokrowski i Minister Rolnictwa A.W. Krywoszein. Obie osoby, do których skierował się Buchanan, odpowiedziały, że „uważają projekt Jaroszyńskiego za godny poważnej uwagi”. Jak zauważyli już radzieccy naukowcy: „Brytyjscy kapitaliści spodziewali się pokryć swoje wydatki ze stukrotnym naddatkiem różnego rodzaju oszustwami finansowymi związanymi z Rosją”.

Na początku grudnia 1917 r. szczegółowe sprawozdanie projektu Jaroszyńskiego zostało wysłane do Londynu, którego nazwiska nie wymieniono z powodu konspiracji. Oczekiwano, że autoryzacja nastąpi natychmiast, ale nie otrzymano żadnej odpowiedzi. Okazując niecierpliwość, Jaroszyński spotkał się z Leechem i poprosił go, by powiedział Keyesowi, że pilnie potrzebuje 6 milionów, aby ukończyć operację kupna Rosyjskiego Banku Handlu Zagranicznego. Leech starał się wystraszyć szefów – jeśli kwota nie zostanie przydzielona, ​​Niemcy mogą kupić ten bank. Z powodu choroby Leech przekazał sprawę swojemu partnerowi Firebrace’owi. Ten ostatni zwrócił się do F. Lindleya, radcy w Ambasadzie Brytyjskiej ds. Gospodarczych. Ten odmówił pomocy. Następnie Firebrace udał się do G. O. Benensona, dyrektora Banku Rosyjsko-Angielskiego, który zgodził się na pożyczkę krótkoterminową. Kiedy Firebrace zgłosił to Lindleyowi, ten wpadł we wściekłość ponieważ nie znosił Benensona i tym razem dał gwarancję zapłaty wymaganej kwoty przez brytyjską ambasadę. „Od tego czasu – zauważa Kettle – kwestia finansowania Jaroszyńskiego w celu utworzenia kozackiego banku była nierozerwalnie związana z angielskimi próbami wykorzystania go jako pośrednika dla uzyskania przez brytyjski rząd kontroli nad wszystkimi ważniejszymi bankami Rosji.”

Dalsze losy Karola można odnaleźć w ciekawym artykule krakowskiego MCK:

„14 grudnia 1917 r. komisja śledcza Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich wydała dekret o nacjonalizacji banków oraz nakaz aresztowania Jaroszyńskiego. Wymeldowany w marcu 1918 r. przez swego pełnomocnika Jana Surbiaka przez kilka miesięcy się ukrywał. Piotrogród opuścił dopiero 5 sierpnia tego roku, tj. dzień po lądowaniu aliantów w Archangielsku, poruczając Surbiakowi zadanie ratowania pozostawionego nad Newą wciąż ogromnego majątku…

Po opuszczeniu Piotrogrodu Jaroszyński udał się najpierw do Kijowa, a następnie na południe Rosji, skąd w początkach 1919 r. trafił do Odessy, którą opuścił wiosną na pokładzie francuskiego torpedowca. Osiedlił się we Francji (w Paryżu rezydował w Hotelu „Vendôme”), gdzie próbował zebrać resztki znajdującej się za granicami państwa rosyjskiego fortuny. Kierownicy banków, których akcje posiadał, żądali jednak utraconych w Piotrogrodzie oryginalnych akcji, z kolei niektórzy z byłych podwładnych podważali dla własnej korzyści tytuły własności dawnego pryncypała. Jaroszyński nie mógł też liczyć na interwencję rządu polskiego, który nie zdawał sobie sprawy ze skali jego przedrewolucyjnej działalności (i nie wykorzystał również możliwości jakie stwarzał w tym zakresie traktat ryski z 1921 r.)…

W 1920 r. przeprowadził się do Polski, gdzie korzystając z koniunktury inflacyjnej, stworzył nowy koncern finansowy, nabywając akcje różnych przedsiębiorstw i banków. Zamieszkał w pałacyku hr. Sobańskich w al. Ujazdowskich. W latach 1920–1922 był doradcą finansowym Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego (1867–1935), którego przestrzegał przed dominacją kapitału niemieckiego w rodzimej bankowości; w późniejszym okresie za jego reprezentanta uważał Hipolita Gliwica (1878–1943)…

Zmarł 8 września 1929 r. na dur brzuszny w szpitalu św. Ducha w Warszawie.”

Miał wtedy raptem 51 lat, no ale trafił się tyfus…

CDN

PS. Mocna rzecz – w 1921 Jaroszyński współorganizuje Bank Rosyjsko-Polski, którego zostaje dyrektorem. Niestety, bank ów zostaje wykupiony w 1923 przez… https://pl.wikipedia.org/wiki/American_Jewish_Joint_Distribution_Committee! Firma natychmiast zmienia nazwę na… Bank dla Spółdzielczości SA i staje się centralą żydowskiej spółdzielczości kredytowej w Polsce.

PPS. W 1923 kiedy padał Bank Rosyjsko-Polski i Jaroszyński szukał bez powodzenia możliwości kredytowych także u Żydów – wtedy usłyszał pytanie: „Czemu Pan ten uniwersytet założył?”.

„W 1917 r. za radą ostatniego rektora petersburskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej ks. Idziego Radziszewskiego (1871– 1922) zaangażował się w ideę utworzenia w Lublinie uczelni katolickiej, późniejszego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. 28 czerwca 1918 r. wystosował do polskiego episkopatu list, w którym pisał: „Obowiązkiem naszym jest dążenie po przebytych cierpieniach do odrodzenia Polski, a więc wytężenie wszystkich sił w celu wskrzeszenia największej sumy energii narodowej” (St. Zieliński, Karol Jaroszyński, s. 3). Zadanie to spełnić miała wszechnica katolicka, otoczona w jego zamyśle siecią fabryk, umożliwiających studentom aktywizację społeczną i zdobywanie wiedzy praktycznej. Zadeklarował wówczas przekazanie na budowę nowej uczelni 1 mln rub. i 300 tys. na jej potrzeby w pierwszym roku funkcjonowania. Plany te udaremnił przewrót bolszewicki. Pomimo ruiny finansowej w latach 1918–1922 ofiarował do Lubina 350 tys. rub., ok. 15 mln marek, 291 tys. koron, 500 funtów i 40 tys. franków, a kolejne sumy wpłacał aż do śmierci.”

___

**) А. А. ФУРСЕНКО z Вопросы истории – 1987 – № 10 – С. 183-188, pt. РУССКИЙ ВАНДЕРБИЛЬТ – Rosyjski Vanderbilt. https://pl.wikipedia.org/wiki/Cornelius_Vanderbilt

Myślę, że nieprzypadkowo TAKI artykuł ukazał się „w szczycie” pierestrojki…

***) После революции жил с женой, Надеждой Семёновной, в Петрограде; дочь Мария жила в это время в Берлине. В июле 1923 года подал заявление о выдаче загранпаспортов для выезда с женой и сыном в Германию на лечение, но в октябре получил отказ (жена паспорт получила). В феврале 1924 года вновь подал заявление, но вновь получил отказ. 19 сентября 1924 года был арестован и заключён в тюрьму; через месяц освобождён. В апреле 1925 года он вновь хлопотал о выдаче загранпаспортов, 6 мая получил отказ, 16 мая просил помощи Е. П. Пешковой в разрешении выезда за границу. Наконец, в июле 1925 года выехал в Германию, позднее — во Францию.

Умер в 1946 году в Карловых Варах

Reklamy

Kamień, Kaliszanie oraz ład i porządek w Tłokini

Patronka Kalisza w kościele św. Ducha w Pesthidegkút na Węgrzech

__

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Kamień słynął szeroko z wysokiego poziomu gospodarstwa, ładu i porządku, mimo że przez pięć pokoleń rodziły się tutaj same córki i one dziedziczyły majątek. Zmieniały się nazwiska i herby, Kamień jednak jak ta skała wśród burzliwego morza powstań i wojen pozostał w rękach jednej rodziny, z czego można wyciągnąć naukę, że panie na Kamieniu potrafiły swoich małżonków trzymać ostrą ręką i nakłonić do właściwego administrowania dziedziczną schedą.

Przeszło jednak sporo czasu, zanim oswoiłem się z nowym otoczeniem i poznałem tutejszych ludzi. Najprędzej zapoznałem się ze służbą dworską i pracownikami kamieńskimi. W Kaliskiem prawie wszyscy ziemianie gospodarowali osobiście, bez administracji, a jedynie przy pomocy nieocenionych w swoim rodzaju włodarzy.

Każdy majątek miał dwóch włodarzy: jednego od robót konnych, a drugiego od prac ręcznych. Byli to zwykle ludzie, którzy swoimi zdolnościami wybijali się ponad zwykły poziom. Przeważnie świetni fachowcy, obeznani od dzieciństwa z wszelkiego rodzaju robotami na roli, a często mający spore doświadczenie nabyte w Niemczech, dokąd za dawnych czasów większość ludności udawała się na prace sezonowe.

Włodarze znali na wylot robotników i wiedzieli czego można od nich żądać, jaką pracę można wykonać w określonym czasie, mieli bardzo wyostrzony zmysł spostrzegawczy i niespotykane wyczucie roli. Do ich cech ujemnych należały: nagminna skłonność do kieliszka i skłonność do samorzutnego wynagradzania siebie przy młócce, przy zdawaniu obroku, przy sprzątaniu roślin pastewnych i okopowych… W sumie jednak te przekroczenia kosztowały przynajmniej trzy czwarte mniej niż utrzymanie rządcy; patrzono więc na to przez palce jak na coś, co wchodziło w skład obyczajów włodarskich.

W Kamieniu zastałem dwóch włodarzy: Dziubka od fornali i Tabakę od „ręczniaków”. Były to pierwszej klasy stare wygi i obaj niepośledni pijacy. Obydwaj znali się doskonale na roli i gdy chcieli, mogli dokonywać cudów; od razu też wiedzieli, kto się na roli zna, a kto nie i w takich przypadkach lubili „pofuszerować”.

Dziubek był mały, krępy, bardziej dobroduszny od Tabaki, natomiast Tabaka przewyższał go tak sprytem, jak i zdolnościami pochłaniania alkoholu bez widocznych następstw. Nieraz znajdowano Dziubka, mającego słabą głowę, w półprzytomnym stanie na skraju pola lub na brzegu rowu odpływowego zwanego rowem macicznym. Dziubek był też niepoślednim meteorologiem i przepowiadał pogodę lub deszcz zależnie od kierunku lotu gawronów zwanych w dialekcie miejscowym „glapami”.

– Ade proszę jaśnie pana, glapy ciągną od Biernatek, to na jutro pewnikiem będzie lało.
Dziubek miał czterech rosłych synów. Z nich Józef, spryciarz i „żulik”, był gajowym w Kamieniu, a drugi, Marcin, który niedawno wrócił z wojska, zaczął pracę u mnie jako zwykły „ręczniak”. Awansowałem go na starszego włodarza, bo był zdolny, pracowity, ale jak się później okazało, miał nieco „długie ręce”.

Całe to młodsze pokolenie Dziubka służyło w kawalerii, a Józef zaczął swoją karierę w ułanach rosyjskich, by skończyć jako ułan polski. Nie słyszałem, czy się czymś odznaczył w boju, dowiedziałem się jednak, że w czasie ostatniej wojny był mężem opatrznościowym szwadronu. Potrafił on spod ziemi wydostać kury, kaczki, gęsi, którym szybko ukręcał szyje i nieznacznym ruchem wkładał swoją zdobycz pod mundur. Jako starszy gajowy Kamienia doskonale prowadził nagonkę, znał wszystkich okolicznych kłusowników i w czasie dorocznych polowań jednym rzutem oka umiał zmiarkować, który z nagonki miał coś na sumieniu i w milczeniu sięgał zręcznie pod koszulę delikwenta i wyciągał postrzelonego bażanta lub królika.

Niestety, po kilku latach Józef rozwydrzył się nieco, więc byłem zmuszony podziękować mu za wierną służbę. Opuścił Kamień z nieodstępnym, nieco przymorzonym głodem, Zofirem. Każdy bowiem pies Dziubka, będący zwykle trudną do określenia mieszaniną ras, nazywał się tradycyjnie Zofir, co miało oznaczać „zefir”.

Jedną z charakterystycznych postaci dawnej służby kamieńskiej był Antoni Józefiak, będący już na emeryturze, ale doglądający jeszcze źrebaków. Był to świetny psycholog, znał na wylot wszystkie słabości dziedziców, umiał jak nikt opowiadać o dawnych czasach i stał się nieodłącznym przyjacielem moich dzieci w czasie ich letnich wakacji.

– Ade proszę panienki – opowiadał mojej córce o majątku mojego teścia – u pana Rumockiego tobyły fajn budynki. Na dachu każdego był znak. Na stajni koń, na oborze krowa, na kurniku kura, na chlewni świnia, a wszystko wycięte z blachy i pomalowane, a na spichrzu to był szczur z długim ogonem.

Niełatwo mi było przyzwyczaić się do miejscowego dialektu i do swoistego przekręcania liter. Mego teścia zwano panem Rumockim, nie mówiono „przez most” ale „bez most”, nie mówiło się „bez czapki” ale „przez czapki”, na dziewczyny w polu pokrzykiwało się „ty selero jedna”, a każde zdanie zaczynało się „ade”. Dużo było również naleciałości niemieckich, jak „hakanie” buraków, „rapsik” czy „pyry” lub „dryl”.

 

Wydajność pracy w Kaliskiem trzykrotnie przewyższała wydajność naszych flegmatycznych i powolnych Litwinów. Zastanawiało mnie to tym bardziej, że robotnik, szczególnie sezonowy, odżywiał się znacznie gorzej niż u nas na świętej Żmudzi, gdzie codziennie na obiad parobek musiał mieć mięso, bliny z mąki grochowej, suto zabielany krupnik i okraszoną botwinę, w której pływały grube kawały słoniny.

Pracownicy Kamienia mieli swoje wady, bo któż z nas ich nie ma, ale w gruncie rzeczy byli to doskonali pracownicy i ludzie zacni, oddani swojemu pracodawcy i w chwilach krytycznych można było na nich polegać. Tych ludzi wspominam z miłością i sentymentem.

Sąsiednia wieś Kamień oddzielona była od dworu szosą i wąskim pasem zabudowań folwarcznych. Składała się ona z kilkunastu pełnorolnych gospodarstw. Chłopi byli zamożni, bowiem przy likwidacji serwitutów zostali przez mojego teścia obdzieleni hojnie gruntem. Wieś była zabudowana porządnie, zagrody chłopskie otoczone były sadami, obszerne izby miały wielkie okna, budynki gospodarskie w większości murowane. Na początku wsi mieścił się urząd gminny, nieco dalej szkoła elementarna, wreszcie na wielkim placu nad stawem, na gruntach ofiarowanych przez mojego teścia, mieściła się ochotnicza straż pożarna. W gruncie rzeczy dwór był dobroczyńcą wsi. Za czasów rosyjskich było już w Kamieniu kółko rolnicze, była straż ogniowa, była wreszcie tajna szkółka, w której uczono nie tylko pisać i czytać, ale także historii i geografii. Szkołą opiekowała się moja teściowa, mając do pomocy freblówkę opłacaną oczywiścieprzez dwór.

Mimo to stosunek wsi do dworu nie był ani przyjazny, ani sąsiedzki. Długie lata administracji rosyjskiej i działalność komisarzy ziemskich, których głównym zadaniem było poróżnienie wsi z dworem, na pewno pozostawiło osad niechęci u chłopów kaliskich. Jednakże i w tym ludzie było coś niesympatycznego, a dominującą cechą chłopa kaliskiego była przebiegłość i fałsz; może demoralizująco wpłynął na to charakter pogranicza z szeroko rozpowszechnionym przemytnictwem, a co za tym idzie pijaństwem i oszustwem. Lud tutejszy był nie tylko zdemoralizowany, ale i zdegenerowany, brzydki, karłowaty, skłonny do bójek, kradzieży i nożownictwa. Nie było w nim nic z kmiecia polskiego.

Mimo to lud ten przy wszystkich swoich wadach miał w głębi duszy niemało cech dodatnich. Niestety, rządy odrodzonej Polski nie tylko nie przyczyniały się do podniesienia poziomu moralnego i kulturalnego chłopa kaliskiego, ale wręcz przeciwnie – patrzyły przez palce na demagogię, bezbożnictwo szerzone wśród ludu przez liczne zastępy półinteligentów, operujących w tak zwanym terenie na polecenie partii chłopskiej czy Wyzwolenia. Bezczelność tych agitatorów partyjnych, którzy niczym wszy oblazły chłopa polskiego, przechodziła wszelkie granice. Często były to kanalie, wobec których rosyjski komisarz ziemski wydawał się człowiekiem nieposzlakowanym.

Gdy jesienią 1922 roku osiadłem w Kamieniu, trafiłem na okres szczególnego rozpanoszenia się demagogii i kadzichłopstwa, na okres różnych karkołomnych eksperymentów społecznych i wyraźnej agitacji komunistycznej. Często słyszałem, i to nawet od bogatych gospodarzy, że chłop polski czeka na bolszewików jak na zbawienie.

Przyzwyczajonemu do przyjacielskich stosunków na Litwie, gdzie chłop był prawdziwym sąsiadem i miał wrodzone poczucie godności osobistej, pierwsze zetknięcie z nowymi sąsiadami nie zostawiło na mnie dobrego wrażenia. Tutaj we wzajemnych stosunkach panował fałsz. Chłop, gdy miał interes, kłaniał się w nogi i upokarzał, natomiast przed kościołem uważałby za dyshonor przywitać się z dziedzicem lub uchylić czapki. Wyniesiona z Litwy naturalna poufałość z chłopem, w warunkach Kongresówki była nie na miejscu, byłaby poczytywana za słabość lub „kadzichłopstwo”. Musiałem więc obrać inne metody obcowania z miejscową ludnością i od początku podkreślić, że nie pozwolę przekroczyć pewnych granic, co dało dobre rezultaty.

W samej wsi zauważyłem też daleko idący podział społeczny. Wielkorolny gospodarz uważałby sobie za ujmę zadawać się z małorolnym lub fornalem dworskim. Wśród gospodarzy wyróżniały się tak wyrobieniem, jak i rzeczowym podejściem oraz uprzejmością dawno zasiedziałe we wsi rodziny chłopskie i z nimi dosyć szybko doszedłem do porozumienia.

Plagą natomiast była powiększająca się liczba małorolnych, powstała z parcelacji sąsiedniego majątku Zborowa. Nie można było się obronić od szkód i kradzieży, wypasania zasiewów, wykradania snopów z pola, czy ziemniaków z kopców, a do tego dochodziło jeszcze kłusownictwo. Trzymałem uzbrojoną służbę leśną, która ujrzawszy złodzieja, nie czekając strzelała nabojami nabitymi grubym kalibrem śrutu. Raniony kłusownik czy złodziej polowy nigdy nie przyznawał się gdzie i przez kogo był raniony, ale nauczka skutkowała. Oddawanie spraw do sądu było ze względu na atmosferę polityczną chybione, gdyż sądy z zasady uniewinniały złodziei, przyczyniając się tym samym do coraz większej demoralizacji.

Taki był skutek rywalizacji partii chłopskich o głosy wyborców. We wsiach potworzyły się pod auspicjami płynącymi ze stolicy związki młodzieży wiejskiej patronowane przez partię chłopską, Wyzwolenie, Wici, a potem nie lepsze Związki Strzeleckie, których bezkarność przechodziła wszelkie granice. W czasie nabożeństwa nieraz grupy wyrostków wiejskich hałasowały przed kościołem, śpiewając nieprzyzwoite piosenki ku utrapieniu duchowieństwa. Lepsza część włościaństwa, do którego należało przeważnie starsze pokolenie, nie miała żadnego autorytetu, a często obawiała się o własną skórę, jednak poznałem kilku gospodarzy orientujących się w rozkładowym wpływie partii chłopskich.

Niedaleko od Marchwacza leżały dwa dwory, z którymi również utrzymywaliśmy miłe, sąsiedzkie stosunki. Były to Rożdżały należące do państwa Suskich, bliskich krewnych mojej żony, i Tłokinia należąca do pana Ignacego Chrystowskiego.

Pan Ignacy ukończył rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i był doskonałym rolnikiem. Niestety, był również zagorzałym endekiem, wielbicielem Dmowskiego i ruchliwym, a bezkompromisowym działaczem Stronnictwa Narodowego. Z ramienia tegoż stronnictwa był wybrany na posła do drugiego Sejmu. Pan Ignacy z powodu swego nieprzejednanego charakteru bywał często narażony na przykrości ze strony administracji państwowej, szczególnie w okresie rozpanoszenia się BBWR. Ta jego polityczna nieugiętość doprowadziła wreszcie do wycofania się przez niego ze Związku Ziemian, któremu zarzucał oportunizm względem władz administracyjnychi sanacji.

W Tłokini panował ład i porządek. Państwo Chrystowscy mieszkali w pałacyku wybudowanym namiejsce starego dworu i urządzonym z wielkim gustem.

Być może z powodu daleko posuniętego pedantyzmu Tłokinia mimo gościnności gospodarzy i doskonałej kuchni nie była sąsiedztwem „na co dzień”. Trzeba było być zaproszonym albo zawczasu oznajmić gospodarzom o swoim przyjeździe. Dom mimo starannego urządzenia był nieco sztywny: wszystko było starannie ułożone na tym samym miejscu, nie znalazło się tam ani ździebełka kurzu. Służący, ubrany zawsze w granatową, odprasowaną liberię, dopełniał solennej atmosfery wszystkich przyjęć w Tłokini.”

„Miałem więc do Mościckiego, tego parweniusza i eks-socjalisty nieprzezwyciężony wstręt”

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Rok 1926 zastał Polskę dławiącą się w dusznej, jakby przepełnionej elektrycznością atmosferze. W powietrzu czuć było zbliżającą się burzę. Obserwując tylko wieś, sytuację gospodarczą można było uznać za złą i budzącą sprzeciw społeczny. Ziemiaństwo i gospodarstwa folwarczne, a więcnajbardziej produktywny odłam rolnictwa, były systematycznie rujnowane przez niewspółmierne podatki, przez brak tańszego kredytu, przez reformę rolną, która coraz bardziej wżerała się we własność powyżej 50 hektarów i rokrocznie zagarniała za bezcen ziemie folwarczne. Niemieckie ziemiaństwo w tym czasie korzystało z jak najdalej idącej pomocy ze strony Rzeszy, z niskoprocentowych pożyczek, z pomocy w postaci nawozów mineralnych, maszyn i narzędzi rolniczych.

Natomiast w Polsce na majątkach niemieckich, których właściciele wyemigrowali do Vaterlandu, majątkach o wysokiej kulturze rolnej, uprzemysłowieniu i produkcji pan minister rolnictwa Poniatowski osadzał małorolnych z Małopolski, którzy za cały sprzęt przywieźli z sobą jakieś drobne koniki i jednokonne pługi i tymi to narzędziami zaczęli drapać ciężkie, pszenno-buraczane gleby pomorskie. Pan Poniatowski osadzał tych swoich pupili w naprędce skleconych domkach, podczas gdy obok zabudowania folwarczne szły w ruinę. Ten bezmyślny, głupi proces reformy rolnej wzbudził do rządu polskiego jawną nienawiść zamożnego, przywiązanego do tradycji chłopa pomorskiego i niejeden z nich wzdychał do przedwojennych czasów dobrej pruskiej administracji i opieki nad rolnictwem.

Widok tych „poniatówek”, tych zrujnowanych, dawniej pięknych zabudowań, widok porośniętych chwastami ugorów, tam gdzie dawniej złociły się łany pszenicy i ciemną zielenią odbijały pola buraczane, był dla każdego zdrowo myślącego rolnika czymś, co można określić jednym słowem: obrzydliwość. Było to prawdziwe „Polnische Wirtschaft”, za które się wstydziłem w czasie mojego pobytu w Genewie, skierowany tam przez MSZ do negocjacji z Litwą w sprawie żeglugi na Niemnie. Oglądałem oficjalne raporty do Ligi Narodów, opatrzone danymi liczbowymi i fotografiami, stwierdzające zniszczenie rolnictwa na ziemiach dawnego zaboru pruskiego.

Brak nawozów stał się również poważnym problemem. Rolnictwo polskie było prawie z nich ogołocone. Na Śląsku rząd polski przejął od Niemców zakłady chemiczne produkujące azotniak i saletrę wapniową. Osiadł tam prof. Mościcki jako naczelny dyrektor i pseudowynalazca metody produkcji azotniaku, która to metoda była już wynaleziona przez Norwega, prof. Hegelunda. Mimo tej produkcji, nie można było jednak uzyskać potrzebnych ilości nawozów azotowych. Rolnik miotał się jak ryba w sieci, ale korzyści polityczne brały przewagę nad interesem gospodarczym. Gdy podczas gwałtownego spadku cen na zboże otworzono szerokie wrota dla importu żyta węgierskiego, rolnicy polscy po interpelacji w Sejmie otrzymali prostą odpowiedź: „Panowie nie znają się na polityce zagranicznej. Rządowi polskiemu chodzi o utrzymanie jak najlepszych stosunków z Węgrami”…

Wreszcie zobaczycie kogo wam wyznaczą na prezydenta, na pewno ani Zamoyskiego, ani Bnińskiego, wyznaczą wam Mościckiego, tego ex-Weleta, dla którego nawet ta dla nas -Arkonów, mało sympatyczna, lewicująca korporacja okazała się zanadto prawicowa. Szanuję wszelkie przekonania, ale socjaliści jak Mościcki przekonań w ogóle nie posiadają i zobaczysz, że z chwilą, gdy zasiądzie „przy korycie”, na pewno zapomni o swojej przeszłości i będzie się pławił w dobrobycie i reprezentacji. Zapewniam ciebie, że będzie to kosztowny prezydent, za którego i ja, i ty będziemy płacić…

Nie zamieniłem z prof. Mościckim bodaj jednego słowa, ani będąc kilkakrotnie zaproszony na przyjęcia na Zamku, ani w Kaliszu, gdy jako prezes Związku Ziemian witałem go na granicy powiatu, ani siedząc naprzeciw przy stole w czasie przyjęcia prezydenta na ratuszu tego miasta. O Mościckim słyszałem natomiast wiele od ś.p. Matki mojej. Było to w roku 1905. Matka z młodszą moją siostrą Anielką spędzała zimę w Lozannie, a Mościcki ze swoim przyjacielem Suligowskim prowadzili prace naukowe na uniwersytecie we Fryburgu i nieraz odwiedzali moją Matkę, która zawsze lubiła młodzież. Z tych dwóch uczonych Suligowski był wołem roboczym, a Mościcki potrafił zbierać laury wyłącznie dla siebie i umiał zręcznie usunąć w cień Suligowskiego, któremu zawdzięczał jeżeli nie wszystko, to wiele.

Spotykałem Suligowskiego później często: spotkałem go w Syłgudyszkach, gdy przyjechał złożyć uszanowanie mojej Matce, spotkałem go w Strzelcach u mojego szwagra Beliny, spotkałem go wreszcie w Łodzi jako człowieka bardzo rozgoryczonego. Mościcki był już wówczas prezydentem i pławił się we własnej chwale, w zbytku i „reprezentacji”. Mościckiemu zależało bardzo, aby nie dopuścić imienia Suligowskiego do zasług związanych z ich pracami chemicznymi i tępił swojego byłego kolegę gdzie mógł i jak mógł. W efekcie Suligowski, wybitny uczony, zajmował jakieś podrzędne stanowisko w przemyśle łódzkim.

Miałem więc do Mościckiego, tego parweniusza i eks-socjalisty nieprzezwyciężony wstręt i daleko posuniętą antypatię. Kto Marszałkowi sugerował wybór Mościckiego, tego nie wiem, podobno była to inicjatywa Bartla, niech mu Bóg ją wybaczy; Marszałek wysunął jeszcze jedną kandydaturę zacnego prof. Mariana Zdziechowskiego, jednego z rzadkich już dziś, kryształowo czystych ludzi. Narodowcy wysunęli kandydaturę hr. Bnińskiego. W czasie wyborów głupota wyborców i socjalistyczna demagogia zwyciężyły. Ludowcy oddali swoje głosy na Mościckiego i w dniu 1 czerwca 1926 roku Ignacy Mościcki został prezydentem. Zaczął się nowy, nie mniej tragiczny okres Rzeczypospolitej, okres życia nad stan, okres szastania publicznymi pieniędzmi na utrzymanie dworu prezydenta, na rozdmuchane do wielkości ambasad placówki zagraniczne, zaczęło się życie na pokaz, kilkanaście samochodów osobistych prezydenta,rezydencje, polowania i różne reprezentacyjne zbytki, na które nigdy nie pozwoliłaby sobie ani bogata Szwecja, ani Dania, ani Holandia.

Typowy dla parweniuszy brak umiaru pociągnął innych. Córka Jodko-Narkiewicza szastająca tysiącami dolarów w Paryżu, pan Przedpełski, szef półpaństwowego koncernu „Wspólnota Interesów” przywożący z Moskwy łupy w postaci biżuterii i innych kosztowności, to tylko czubek góry lodowej, w jakiej niegdyś skromni socjaliści i legionowe wywiałki mościły się na posadach o wielotysięcznych pensjach. Zaczął się nieprzebierający w środkach nepotyzm, obsadzanie miejsc przez krewnych Mościckiego. Uszy były wiecznie prześwidrowane wiadomościami o bohaterskich wyczynach inżyniera Bobkowskiego, zięcia Mościckiego, a skandal z Michałem Mościckim, synem prezydenta, którego zrobiono ambasadorem w Brukseli, mógł oburzyć każdego uczciwego człowieka. Jak większość dzieci parweniuszy dopuszczonych do władzy, synek Mościckiego wsławił się tam rozwiązłym życiem i przegraniem w karty znacznych sum opłaconych z funduszy dyspozycyjnych MSZ czy fundacji kórnickiej. Hołota na ogół degeneruje się już w pierwszym pokoleniu. Nie czułem jednak w sobie „schadenfreude”, widząc tego obraz, bo wszystko to nie przynosiło zaszczytu Polsce, a zagrażało jej bezpieczeństwu.

Może jedyną dodatnią cechą, ale bynajmniej nie charakteru, lecz czysto zewnętrzną pana Ignacego Mościckiego była wyniosła postać i dobra mina. Zaroiło się od jego fotografii i portretów już to we fraku przepasanym wielką wstęgą Orderu Orla Białego, już to na koniu, już to ze strzelbą w ręku na stanowisku w kniei. „Wiry, wiry, i to piaskowe. Piasek zasypuje Polskę całą, zmieniając ją w pustynię, na której rodzić się będą jeno szakale” – myślałem często o tych słowach Sienkiewicza.

Pieniądze publiczne pochodziły z podatków, a urząd skarbowy jak dawniej czynił wszystko, by je pomnażać kosztem obywatela produkującego. Dwójka pomnożona przez dwójkę daje w rezultacie pięć, a jedynka pomnożona przez jedynkę daje w rezultacie dwójkę. Miałem w życiu i na wyższych studiach dużo do czynienia z matematyką, alematematyka polskiej skarbowości pozostała dla mnie na zawsze czymś niezrozumiałym, co może teoria względności mogłaby zgłębić…

Polska zaczynała wstępować na drogę rządów totalitarnych, a przy tym miała dwa obozy równolegle do totalitaryzmu dążące, a więc endecję i Ozon, który w znacznej mierze na endecji się wzorował i wiele przejął z jej ideologii. Stanowisko zajęte przez generała Kazimierza Sosnkowskiego, drugiego bliskiego współpracownika ś.p. Marszałka i przy tym Inspektora Armii, wobec tego co się działo w kraju było dla mnie niesmaczne. Te „laissez faire, laissez aller” również względem zagadnień wojskowych budziło we mnie sprzeciw. Sosnkowski był człowiekiem zdolnym, inteligentnym, nie pozbawionym pięknych porywów i tego, co potocznie nazywamy patriotyzmem. Wydaje mi się, że przyczyną jego życiowej inercji i obrania drogi nie wymagającej najmniejszego wysiłku z jego strony był być może dobrobyt, który go całkowicie pochłonął po jego młodości połączonej z ciężkimi warunkami materialnymi. Tak to często bywa z ludźmi, którzy wyszli z biedy, a dorwali się do pieniędzy, majątków i zaszczytów.

Miałem możność obserwowania jego życia i mam wrażenie, że pozycja „ziemianina” w nabytym za bezcen pięknym Bukowcu, polowania po kniejach arystokracji polskiej, do której jako parweniusz miał dziwny sentyment, wreszcie inne słabostki ludzkie, które każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu posiada, całkowicie go pochłonęły. Trudno mi było uwierzyć, aby Inspektor Armii miał oczy do takiego stopnia zaślepione własną osobą, że nie widział tego, co się dzieje na szczytach wojskowych i administracyjnych. W każdym razie ani razu nie słyszałem, aby się postawił sztorcem, aby stuknął pięścią w stół, aby wywalił prawdę Mościckiemu lub Rydzowi-Śmigłemu… Nie zrobił tego, bo było mu to osobiście niewygodnie, bo to wymagało natężenia woli, której ten człowiek nie posiadał.

Gdy zabrakło w Polsce autorytetu, to trzeba było sztucznie ten autorytet stworzyć. Użyto więc statysty, któremu pod patronatem pana Mościckiego dano w rękę buławę marszałkowską. Tą kukłą był generał Rydz-Śmigły. Jako żołnierz bił się dobrze w czasie wojny bolszewickiej, ale był inspirowany wolą Marszałka. Gdy Piłsudski zabrał do grobu całą moralną i ideową treść, Rydz-Śmigły stał się nieużytecznym już akcesorium ekwipunku osobistego Marszałka, nadającym się do upiększenia ściany MuzeumWojska Polskiego. Mościckiemu zależało jednak, aby mieć przy boku marionetkę i dnia 13 czerwca 1936 roku gen. Składkowski jako premier wydaje okólnik, w którym powołując się na rozkaz prezydenta Mościckiego ogłasza Rydza drugą po prezydencie osobą w państwie.

Pewnej jesieni Józek Radoński zaprosił mnie na polowanie do swojego Żelazkowa, na którym miał być marszałek Rydz-Śmigły. W Żelazkowie oprócz Rydza-Śmigłego zastałem panów: Miedzińskiego, Michałowskiego, sanacyjne eminencje i wpływowych dyrektorów banków: Janiszewskiego, Sułowskiego iStaniszewskiego. Spędziłem w tym towarzystwie dwa dni i byłem przygnębiony poziomem rozmów toczących się przy obiedzie, poziomem anegdot i całym ich zachowaniem. Rydz-Śmigły zachowywał się może najlepiej, bo z dużą skromnością. Robił wrażenie człowieka nieśmiałego i widocznie zażenowanego własną pozycją, na którą wyniosła go fala wypadków. Na jego raczej dobrodusznej twarzy igrał również „dobroduszny” uśmiech. Był to człowiek cichy, skromny, ale nad wyraz przeciętny, a tej przeciętności graniczącej z pewnym odcieniem tępoty nie mogła wyrównać ani buława marszałkowska, ani stanowisko drugiej osoby w państwie.”

Kalisz czyli Calisia

Kaliska Fabryka Fortepianów i Pianin Calisia.

___

Przede wszystkim – „fabryka fortepianów i pianin w Kaliszu, działająca w latach 1878–2007 (w latach 1878 – 1947 jako Fabryka Fortepianów i Pianin Arnold Fibiger), upaństwowiona w 1947, od 1949 pod nazwą Fabryka Fortepianów i Pianin „Calisia”; budynek fabryki został wpisany do rejestru zabytków w 1991.

Fabryka istniała 130 lat, za datę jej powstania uważa się rok 1878, kiedy Gustaw Arnold (I) Fibiger zbudował w założonym pięć lat wcześniej warsztacie pierwszy fortepian. W fabryce wytwarzano pianina oraz fortepiany. Zakład przetrwał dwie wojny światowe, został rozbudowany w czasach PRL, ale upadł w roku 2007. Wówczas prawa do marki „Calisia” zostały wykupione i przynależą przedsiębiorstwu CALISIA INTERNATIONAL sp. z o.o.”

Niestety, tylko w niemieckiej wiki mogłem się dowiedzieć, że „pianista Krystian Zimerman, zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w 1975 roku, określił jego fortepian Calisia jako najbardziej odpowiedni do wykonywania dzieł Fryderyka Chopina…”

__

Kalisko-Ostrowski Okręg Przemysłowy, okręg przemysłowy w środkowej Polsce, we wschodniej części województwa wielkopolskiego, rozwinął się w XX w. na obszarze kalisko-mazowieckiego okręgu przemysłowego; głównym ośrodkiem przemysłowym okręgu jest Kalisz.”

Janusze, czyli najlepszy plan Moskwy

Janusze R. czyli sztafeta pokoleń – Janusz młodszy, bratanek naszego bohatera, na misji w Londynie – Portret księcia Janusza Radziwiłła (1612–1655) z 1632 wedle Davida Bailly (1584–1657), Muzeum Narodowe we Wrocławiu

___

Zanim dokończę tę niesamowitą historię Irlandczyków (z Ulsteru) u Lisowskiego muszę pozbierać parę kamyków do tej przebogatej mozaiki. Chciałem dotrzeć do biogramu kasztelana Janusza Radziwiłła – tego od detronizacji Zygmunta III, ale że jest tylko na papierze musiałem się więc ratować biogramem jego sekretarza. A tam jakie cymesy!

Naborowski (Naborovius) Daniel, krypt. D. N., D. N. C. W. (1573–1640), poeta, tłumacz. Ur., być może, w Krakowie. Ojciec jego, prawdopodobnie kalwin, zubożały szlachcic, po stracie przez dziada Stanisława wsi Naborowo koło Zakroczymia przeniósł się do miasta, jak informował sam N. Janusza Radziwiłła w liście z Bazylei z 10 XII 1608. Wg niektórych badaczy (S. Kot) miał być synem ariańskiego aptekarza z Krakowa, Szymona Ronemberga. Nie wiadomo, skąd młody N. zaczerpnął fundusze na wyjazd na studia zagraniczne [ha, ha]. Od stycznia 1590 prawdopodobnie do maja 1593 studiował w Wittenberdze; tamże 6 V t. r. datowany jest najstarszy znany dziś wiersz poety – łaciński ośmiowiersz, zachowany w autografie w „Album Amicorum” Daniela Cramera. W czerwcu 1593 N. wpisał się na uniwersytet w Bazylei, gdzie przebywał prawdopodobnie do maja 1595. Studiował tam medycynę, ogłosił po łacinie dwie rozprawy: w r. 1593 De temperamentis disputatio medica (dedykowaną Wacławowi Leszczyńskiemu) i w r. 1594 De venenis theoremata (dedykowaną Naruszewiczom)… Prawo studiował N. w r. 1595 w Orleanie, gdzie był asesorem nacji germańskiej jako «nobilis Polonus». W marcu 1596, w drodze do Genewy, zatrzymał się w Lyonie. Od połowy 1596 r. kontynuował przez kilka miesięcy studia prawnicze w Strasburgu. Zbliżył się tam do Rafała Leszczyńskiego, przy jego rozprawie o szczęśliwości („Disputatio ethica de beatitudine…”, 1596) zamieścił łacińską odę na jego cześć. Uczył języka francuskiego Janusza Radziwiłła. W październiku przeniósł się wraz z nim do Bazylei. Nie wiadomo, co działo się z nim w l. 1597–1602. W r. 1602 został ochmistrzem dworu u Rafała Leszczyńskiego w Padwie. Tak jak i on uczęszczał na lekcje mechaniki do Galileusza w marcu i kwietniu 1602. Po powrocie do kraju w r. 1602, po 12 przeszło latach pobytu za granicą, wszedł w ścisłą służbę Radziwiłłów: Janusza, a potem Krzysztofa, i przebywał odtąd głównie na Litwie, często wyjeżdżając za granicę. Być może, że jako wysłannik ks. Janusza podróżował w sprawach politycznych do Francji w l. 1603 i 1604 i wraz z nim w r. 1606. Udział N-ego w rokoszu Zebrzydowskiego, którego jednym z przywódców był jego protektor Janusz Radziwiłł, nie jest bliżej znany. W twórczości swej (np. Nagrobek Jerzemu Hołowni, późniejsze Kalendy styczniowe… 1636, a nawet alegoryczny Cień, przypisywane mu przez Dürra-Durskiego, a zakwestionowane przez Szczerbicką Awizyje domowe) dał wyraz swemu poparciu dla idei rokoszu. Po klęsce rokoszan N. towarzyszył ks. Januszowi, który wyemigrował w lecie 1608 z kraju i osiadł w Bazylei. Stamtąd, wraz z księciem prowadzącym nadal działalność polityczną, podróżował w celach dyplomatycznych do Anglii, Francji i Wenecji. Na przełomie 1610/11 r. wrócił z dworem księcia do kraju. Wkrótce udał się do Anglii w poselstwie do króla Jakuba I z podarunkami od księcia, jeździł do Niemiec i innych krajów w sprawach księcia Janusza. Jednocześnie coraz bardziej zbliżał się do jego brata przyrodniego Krzysztofa, na którego służbę przeszedł ostatecznie po śmierci ks. Janusza pod koniec 1620 r. Na dworze ks. Krzysztofa, głównie w Dolatyczach, miał możność bliskich kontaktów z przebywającym tam licznym gronem działaczy zborowych, pisarzy i poetów (m. in. z Samuelem Rysińskim, arianinem Olbrachtem Karmanowskim). N., choć gorliwy kalwinista, miał stosunki dobre także z katolikami, zwłaszcza z bpem wileńskim Eustachym Wołłowiczem, którego rezydencję, Werki pod Wilnem, opiewał w swych wierszach (polski wiersz pt. In Werki solatium)…  Przez pewien czas był wychowawcą ks. Bogusława, syna jego byłego protektora ks. Janusza; ślad tej opieki utrwalony został w zachowanych listach poetyckich do ks. Bogusława. Opiekował się również ks. Januszem, synem Krzysztofa [patrz wyżej]. Podczas rokowań pokojowych ze Szwedami w r. 1622 był dwukrotnie wysyłany do Szwedów jako subdelegat przez komisarzy pokojowych, wielokrotnie jeździł do Niemiec, głównie dla załatwienia spraw z wdową po ks. Januszu. Dopiero od r. 1633 zmniejszają się jego posługi dla Radziwiłłów. Jako cześnik i sędzia grodzki (niewątpliwie od r. 1637) osiadł w Wilnie. Jeszcze bardziej angażował się wtedy w sprawy zborowe, uczestnicząc w synodach, konwokacjach i różnych komisjach zborowych. W r. 1639 pasierb jego, Piotr Piekarski, stał się mimowolnym sprawcą rozruchów religijnych w Wilnie, co poważnie osłabiło zbór i naraziło poetę na szereg przykrości i kłopotów. Przejścia te prawdopodobnie przyspieszyły śmierć N-ego.”

A tak w ogóle, to nie ma żadnej biografii x. Janusza starszego, ofkors. Jesteśmy skazani tylko na takie wilanowskie silva rerum…

Ten drugi kamyczek to niesamowity plan Moskwy z 1610 zamówiony ponoć przez Aleksandra Gosiewskiego dla Zygmunta III:

Plan robi wielkie wrażenie, szczególnie jeśli się zobaczy jego małe fragmenty (patrz niżej) – co za precyzja!! Myślę, że nawet owe plany naszego zawziętego wroga, Isaaca Massy, były jednak (sporo) gorsze…

W dodatku, była niejedna wersja owych planów „zygmuntowskich” – jedna jest ewidentnie w moskiewskim muzeum z opisem: Moscovia urbs metropolis totius Russiae Albae / Inven I.G.P.A., coel L. Kilian. – S.l., 1618; Автор Иоганн Готфрид Филипп Абелин, Лука Килиан – a mowa tu chyba o tych dwóch dżentelmenach: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jean_Abelin oraz https://en.wikipedia.org/wiki/Lucas_Kilian

Nie wiem jednak skąd jest ta pierwsza wersja, choć była chyba pokazywana na wystawie w Warszawie – może ktoś pomoże? Tak czy inaczej, ciekawym jak wyglądała realizacja tego przedsięwzięcia – przecież przygotowanie i wykonanie TAKICH planów musiało trwać ładnych parę lat…

Сигизмундов чертёж Москвы, гравированный в 1610 году. На фрагменте стрелкой обозначена церковь Николы Гостунского.

Irlandzka plantacja, angielscy kapitanowie, zagończyk Lisowski oraz Brexit

Największym problemem w negocjacjach brexitowych nadal jest przyszły status granicy pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną zwaną czasem Ulsterem. A wszystko zaczęło się od tzw. plantacji Ulsteru:

„…część procesu wysiedlenia katolickiej irlandzkiej społeczności farmerskiej z terenów w rejonie prowincji Ulster i osiedlenie w to miejsce angielskich protestantów oraz szkockich prezbiterian.

Plantacja Ulsteru miała swój początek w okolicach roku 1610. W czasie trwania całego procesu ponad 80% produktywnych gruntów poddano transformacji w etnicznie i religijnie odrębne wspólnoty.

Proces podziału terenów polegał na wydzieleniu obszarów o powierzchni od tysiąca do dwóch tysięcy akrów oraz oferowanie ich jako teren na wynajem. Angielscy osiedleńcy otrzymywali lepsze oraz tańsze tereny. W umowie zaznaczano jednak wymóg osiedlenia się na danym terenie tylko pewnej liczbie rodzin angielskich. Podobne umowy były oferowane też Szkotom. Obszary te były dostępne również dla Irlandczyków ale przy znacznie większej opłacie za wynajem. Z czasem pojawiły się miejsca plantacji, gdzie zaczęło brakować osób do osiedlania. Spowodowało to, że z czasem wielu najemców zaczęło zatrudniać nielegalnie irlandzkich pracowników lub też po prostu opuszczać te tereny. Wracający do swych rodzinnych domów, przed swym wyjazdem często grabili to, z czego można było jeszcze osiągnąć jakiś zysk. W obu przypadkach Brytyjczycy obciążali irlandzkich lokatorów wygórowanym czynszem, szybko pozbawiając ich środków do życia oraz powodując, że stawali się oni rozbójnikami i łupieżcami żyjącymi w lasach.”

Taki to był ludzki pan z owego sympatycznego Jakuba I, że nawet ten bat na katolików czyli słynny spisek prochowy musiał zamówić u Cecila, w 1605. No, ale ów rok 1610 i dla nas był kluczowy – w czerwcu pod Kłuszynem hetman Żółkiewski rozbił Moskali i Szwedów, tak że zaraz bojarzy hołd Zygmuntowi III przybieżeli złożyć. A tymczasem sławny pułkownik Lisowski porzucił Dymitra II i poprzez Lwa kanclerza Sapiehę pertraktował przejście na królewski żołd.

A miał on asa w rękawie, bo „w tym samym czasie siły Lisowskiego wzmocnił jakiś oddział znakomitej piechoty złożonej z Anglików i Irlandczyków, którzy porzucili służbę u Szwedów. Ich liczebność i dalsze losy nie są znane, ale wiadomo, że brali udział w działaniach, które uwieńczyło zajęcie kilku miast i zamków pogranicza. Przed 11 sierpnia 1611 roku pułkownik był już pod Zawołoczą, o czym świadczy list polecający przekazany dwóm kapitanom angielskim, Thomasowi Lichfieldowi i Johnowi Stanfordowi, którzy postanowili wrócić do Ojczyzny.”

Dzięki niezastąpionemu Krzysztofowi L. mamy tłumaczenie tego listu Lisowskiego do Cecila, a tam takie dwa bardzo mocne zdania:

  1. A co najważniejsze, tak wiele radości czerpiesz z prawdziwego kultu prawdziwego Boga i tak mocno się tego kultu trzymasz, że nawet nie „masz w nosie” przesądów papieskich. 
  2. Przeciwko nim, ponieważ nasz Najjaśniejszy Król nie wypłacił żołdu, w tej sprawie irlandzcy piechurzy zawarli spisek i podnieśli bunt.

CDN

PS. Ów list Lisowskiego (i ten Radziwiłła takoż) znalazłem tutaj:

http://www.pau.krakow.pl/index.php/pl/wydawnictwo/publikacje-on-line/elementa-ad-fontium-editiones/dostepne-on-line/vi-1962

w słynnych Elementa dostępnych on-line !!

http://www.pau.krakow.pl/index.php/pl/wydawnictwo/publikacje-on-line/elementa-ad-fontium-editiones/wykaz-wydanych-tomow

Dlatego przy każdej okazji żądałbym od wybitnych, tzw. polskich historyków czy choćby od niemniej słynnych członków niesławnej Polskiej Fundacji Narodowej – przetłumaczenia i opracowania tak szybko jak możliwe tych niesamowitych dokumentów. Przypominam mój stary już apel:

https://bosonweb.wordpress.com/2017/04/14/albrecht-karolina-on-line-i-stracona-szansa/

PPS.

Capture d’écran 2018-10-18 à 13.07.02.png

 

 

Londyn, Grabski i znowu to banco italiano

Władysław Grabski był rekordzistą, aż pięciokrotnie obejmował urząd ministra skarbu (w tym dwukrotnie jako premier II RP). Znany był z anty-niemieckich i pro-rosyjskich poglądów oraz krytyki swoich poprzedników. W tym z krytyki dobrze znanego nam ministra Kucharskiego – mały problem w tym, że to za ministra Grabskiego marka polska wpadła w hiperinflację, a pierwszy projekt reformy monetarnej złożył właśnie Kucharski:

„K. nosił się też z projektem stworzenia Banku Emisyjnego i dokonania wymiany marki polskiej na nową jednostkę monetarną jeszcze przed osiągnięciem równowagi budżetowej. Uważał to za sprawę zasadniczą dla likwidacji deficytu budżetowego. Tę koncepcję K-ego storpedował jednak angielski doradca Hilton Young, grożąc, że w wypadku realizacji planu ministra skarbu demonstracyjnie wyjedzie z Warszawy. Mimo prób realizacji wysuniętych planów, sytuacja finansowa kraju uległa dalszemu szybkiemu pogorszeniu.”

Aby zrozumieć skąd się wziął ów angielski doradca trzeba nam wrócić do tournee Kucharskiego i Hammerlinga, którzy z Paryża udali się do Londynu gdzie spotkali się „nieoficjalnie” z samym szefem Bank of England – naszym zawziętym wrogiem – baronem Montagu Normanem, zawziętym przyjacielem hitlerowskiego bankiera, Hjalmara Schachta. Smaczkiem w tym jest to że właśnie Hammerling już w 1915 został obwołany przez Londyn największym wrogiem Anglii w USA… it’s nothing personal – just business as usual.

Po tych rozmowach zostaje nam przydzielony ów „życzliwy nadzorca”, a pod koniec września 1923 nasza para jest z powrotem w Warszawie. Nie uzyskali wprawdzie żadnych konkretów, ale premier Witos jest ewidentnie pod wrażeniem gdyż właśnie wtedy robi Kucharskiego ministrem skarbu. Anglicy jednak nie kwapią się z udzieleniem kredytu, więc jako ostatnia deska ratunku w grudniu 1923 Paderewski jedzie do USA ubiegać się o 400 mln USD pożyczki. Niestety, jego charme nie był wystarczający i w efekcie nie dostajemy żadnego kredytu a rząd Witosa upada.

Premier Grabski natychmiast pozbywa się owego Younga i zanim zacznie swoją słynną reformę jeszcze w marcu 1924 uzyskuje pierwszy od 1920 poważny kredyt dla II RP – 400 mln lir włoskich, czyli nieco ponad 20 mln USD, na 20 lat od Banca Commerciale Italiana (BCI). Cena za to była wysoka – efektywnie ponad 11% roczne obciążenie długiem, m. in. z powodu wysokiego ubezpieczenia tego kredytu na wypadek wojny…

No, ale to nie przypadek, wszak szefem BCI był wtedy nie kto inny jak Józef Leopold Toeplitz (ur. 1866), a na dokładkę był tam jeszcze jego brat Ludwik (dyrektor BCI w Wenecji; ur. 1868) – synowie Bonawentury – pradziadka Krzysztofa Teodora Toeplitza, tego od Czterdziestolatka

Mało tego, tak się składa że po przewrocie majowym prezesem słynnego Banku Handlowego w Warszawie zostaje Stanisław Lubomirski na miejsce Leopolda Juliana Kronenberga, a w 1927 BCI nabywa akcje tego banku, które sprzedaje w roku 1935…

O pasjonującej historii Banku Handlowego już trochę pisałem: https://bosonweb.wordpress.com/2017/09/30/dla-otrzezwienia/ a co do Toeplitzów – to polecam szpaka80 na salonie24***.

W efekcie, w 1927 następuje przełom – przy czym Grabski zostaje usunięty raz na zawsze przez samego Piłsudskiego – dostajemy serię poważnych kredytów. Przede wszystkim prawie 100 mln od USA, ale też prawie 50 mln od Francji. Warto przy tym zauważyć, że Anglicy nadal byli nader wstrzemięźliwi…

Aby jednak nabrać właściwej perspektywy – Niemcy w latach 1924-31, czyli za weimarskiego chaosu, dostały od USA prawie 3 MILIARDY kredytu – dzisiaj to by było grubo ponad 100 mld USD.

Jeśli chodzi o Ludwika Hammerlinga to po przewrocie majowym, jeszcze w 1926 zaczął likwidować wszystkie swoje polskie interesy (cokolwiek to oznacza) i wyprzedawać majętności tutaj. W 1928 wyjechał z Polski na dobre.

PS. Zapomniałem o jednym – z chwilą dojścia demokratów do władzy – tj. od odejścia Hoovera i zwycięstwa w 1933 (co za pech? Hitler i FDR naraz…) Franklina D. Roosevelta Amerykanie zupełnie odwrócili się „biznesowo” od Polski…

PPS. Grabskiemu jeszcze Londyn nasłał w 1925 tego oto „pośrednika”:

Capture d’écran 2018-10-19 à 21.25.48.png

Ich warunek był od początku bardzo prosty: koncesje terytorialne na rzecz Niemiec, a będzie duuuża pożyczka… ach, ci fajni wyspiarze….

__

**) W 1932 Lubomirski umiera i August Zaleski musi złożyć urząd ministra spraw zagranicznych aby objąć to tak ważne stanowisko – prezesa Banku Handlowego.

***) https://www.salon24.pl/u/nick/786988,toeplitz-uprzywilejowany-syn-pierwszej-globalizacji

https://www.salon24.pl/u/nick/785559,toeplitz-i-zakup-kosztownosci-z-polski