Kamień, Kaliszanie oraz ład i porządek w Tłokini

Patronka Kalisza w kościele św. Ducha w Pesthidegkút na Węgrzech

__

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Kamień słynął szeroko z wysokiego poziomu gospodarstwa, ładu i porządku, mimo że przez pięć pokoleń rodziły się tutaj same córki i one dziedziczyły majątek. Zmieniały się nazwiska i herby, Kamień jednak jak ta skała wśród burzliwego morza powstań i wojen pozostał w rękach jednej rodziny, z czego można wyciągnąć naukę, że panie na Kamieniu potrafiły swoich małżonków trzymać ostrą ręką i nakłonić do właściwego administrowania dziedziczną schedą.

Przeszło jednak sporo czasu, zanim oswoiłem się z nowym otoczeniem i poznałem tutejszych ludzi. Najprędzej zapoznałem się ze służbą dworską i pracownikami kamieńskimi. W Kaliskiem prawie wszyscy ziemianie gospodarowali osobiście, bez administracji, a jedynie przy pomocy nieocenionych w swoim rodzaju włodarzy.

Każdy majątek miał dwóch włodarzy: jednego od robót konnych, a drugiego od prac ręcznych. Byli to zwykle ludzie, którzy swoimi zdolnościami wybijali się ponad zwykły poziom. Przeważnie świetni fachowcy, obeznani od dzieciństwa z wszelkiego rodzaju robotami na roli, a często mający spore doświadczenie nabyte w Niemczech, dokąd za dawnych czasów większość ludności udawała się na prace sezonowe.

Włodarze znali na wylot robotników i wiedzieli czego można od nich żądać, jaką pracę można wykonać w określonym czasie, mieli bardzo wyostrzony zmysł spostrzegawczy i niespotykane wyczucie roli. Do ich cech ujemnych należały: nagminna skłonność do kieliszka i skłonność do samorzutnego wynagradzania siebie przy młócce, przy zdawaniu obroku, przy sprzątaniu roślin pastewnych i okopowych… W sumie jednak te przekroczenia kosztowały przynajmniej trzy czwarte mniej niż utrzymanie rządcy; patrzono więc na to przez palce jak na coś, co wchodziło w skład obyczajów włodarskich.

W Kamieniu zastałem dwóch włodarzy: Dziubka od fornali i Tabakę od „ręczniaków”. Były to pierwszej klasy stare wygi i obaj niepośledni pijacy. Obydwaj znali się doskonale na roli i gdy chcieli, mogli dokonywać cudów; od razu też wiedzieli, kto się na roli zna, a kto nie i w takich przypadkach lubili „pofuszerować”.

Dziubek był mały, krępy, bardziej dobroduszny od Tabaki, natomiast Tabaka przewyższał go tak sprytem, jak i zdolnościami pochłaniania alkoholu bez widocznych następstw. Nieraz znajdowano Dziubka, mającego słabą głowę, w półprzytomnym stanie na skraju pola lub na brzegu rowu odpływowego zwanego rowem macicznym. Dziubek był też niepoślednim meteorologiem i przepowiadał pogodę lub deszcz zależnie od kierunku lotu gawronów zwanych w dialekcie miejscowym „glapami”.

– Ade proszę jaśnie pana, glapy ciągną od Biernatek, to na jutro pewnikiem będzie lało.
Dziubek miał czterech rosłych synów. Z nich Józef, spryciarz i „żulik”, był gajowym w Kamieniu, a drugi, Marcin, który niedawno wrócił z wojska, zaczął pracę u mnie jako zwykły „ręczniak”. Awansowałem go na starszego włodarza, bo był zdolny, pracowity, ale jak się później okazało, miał nieco „długie ręce”.

Całe to młodsze pokolenie Dziubka służyło w kawalerii, a Józef zaczął swoją karierę w ułanach rosyjskich, by skończyć jako ułan polski. Nie słyszałem, czy się czymś odznaczył w boju, dowiedziałem się jednak, że w czasie ostatniej wojny był mężem opatrznościowym szwadronu. Potrafił on spod ziemi wydostać kury, kaczki, gęsi, którym szybko ukręcał szyje i nieznacznym ruchem wkładał swoją zdobycz pod mundur. Jako starszy gajowy Kamienia doskonale prowadził nagonkę, znał wszystkich okolicznych kłusowników i w czasie dorocznych polowań jednym rzutem oka umiał zmiarkować, który z nagonki miał coś na sumieniu i w milczeniu sięgał zręcznie pod koszulę delikwenta i wyciągał postrzelonego bażanta lub królika.

Niestety, po kilku latach Józef rozwydrzył się nieco, więc byłem zmuszony podziękować mu za wierną służbę. Opuścił Kamień z nieodstępnym, nieco przymorzonym głodem, Zofirem. Każdy bowiem pies Dziubka, będący zwykle trudną do określenia mieszaniną ras, nazywał się tradycyjnie Zofir, co miało oznaczać „zefir”.

Jedną z charakterystycznych postaci dawnej służby kamieńskiej był Antoni Józefiak, będący już na emeryturze, ale doglądający jeszcze źrebaków. Był to świetny psycholog, znał na wylot wszystkie słabości dziedziców, umiał jak nikt opowiadać o dawnych czasach i stał się nieodłącznym przyjacielem moich dzieci w czasie ich letnich wakacji.

– Ade proszę panienki – opowiadał mojej córce o majątku mojego teścia – u pana Rumockiego tobyły fajn budynki. Na dachu każdego był znak. Na stajni koń, na oborze krowa, na kurniku kura, na chlewni świnia, a wszystko wycięte z blachy i pomalowane, a na spichrzu to był szczur z długim ogonem.

Niełatwo mi było przyzwyczaić się do miejscowego dialektu i do swoistego przekręcania liter. Mego teścia zwano panem Rumockim, nie mówiono „przez most” ale „bez most”, nie mówiło się „bez czapki” ale „przez czapki”, na dziewczyny w polu pokrzykiwało się „ty selero jedna”, a każde zdanie zaczynało się „ade”. Dużo było również naleciałości niemieckich, jak „hakanie” buraków, „rapsik” czy „pyry” lub „dryl”.

 

Wydajność pracy w Kaliskiem trzykrotnie przewyższała wydajność naszych flegmatycznych i powolnych Litwinów. Zastanawiało mnie to tym bardziej, że robotnik, szczególnie sezonowy, odżywiał się znacznie gorzej niż u nas na świętej Żmudzi, gdzie codziennie na obiad parobek musiał mieć mięso, bliny z mąki grochowej, suto zabielany krupnik i okraszoną botwinę, w której pływały grube kawały słoniny.

Pracownicy Kamienia mieli swoje wady, bo któż z nas ich nie ma, ale w gruncie rzeczy byli to doskonali pracownicy i ludzie zacni, oddani swojemu pracodawcy i w chwilach krytycznych można było na nich polegać. Tych ludzi wspominam z miłością i sentymentem.

Sąsiednia wieś Kamień oddzielona była od dworu szosą i wąskim pasem zabudowań folwarcznych. Składała się ona z kilkunastu pełnorolnych gospodarstw. Chłopi byli zamożni, bowiem przy likwidacji serwitutów zostali przez mojego teścia obdzieleni hojnie gruntem. Wieś była zabudowana porządnie, zagrody chłopskie otoczone były sadami, obszerne izby miały wielkie okna, budynki gospodarskie w większości murowane. Na początku wsi mieścił się urząd gminny, nieco dalej szkoła elementarna, wreszcie na wielkim placu nad stawem, na gruntach ofiarowanych przez mojego teścia, mieściła się ochotnicza straż pożarna. W gruncie rzeczy dwór był dobroczyńcą wsi. Za czasów rosyjskich było już w Kamieniu kółko rolnicze, była straż ogniowa, była wreszcie tajna szkółka, w której uczono nie tylko pisać i czytać, ale także historii i geografii. Szkołą opiekowała się moja teściowa, mając do pomocy freblówkę opłacaną oczywiścieprzez dwór.

Mimo to stosunek wsi do dworu nie był ani przyjazny, ani sąsiedzki. Długie lata administracji rosyjskiej i działalność komisarzy ziemskich, których głównym zadaniem było poróżnienie wsi z dworem, na pewno pozostawiło osad niechęci u chłopów kaliskich. Jednakże i w tym ludzie było coś niesympatycznego, a dominującą cechą chłopa kaliskiego była przebiegłość i fałsz; może demoralizująco wpłynął na to charakter pogranicza z szeroko rozpowszechnionym przemytnictwem, a co za tym idzie pijaństwem i oszustwem. Lud tutejszy był nie tylko zdemoralizowany, ale i zdegenerowany, brzydki, karłowaty, skłonny do bójek, kradzieży i nożownictwa. Nie było w nim nic z kmiecia polskiego.

Mimo to lud ten przy wszystkich swoich wadach miał w głębi duszy niemało cech dodatnich. Niestety, rządy odrodzonej Polski nie tylko nie przyczyniały się do podniesienia poziomu moralnego i kulturalnego chłopa kaliskiego, ale wręcz przeciwnie – patrzyły przez palce na demagogię, bezbożnictwo szerzone wśród ludu przez liczne zastępy półinteligentów, operujących w tak zwanym terenie na polecenie partii chłopskiej czy Wyzwolenia. Bezczelność tych agitatorów partyjnych, którzy niczym wszy oblazły chłopa polskiego, przechodziła wszelkie granice. Często były to kanalie, wobec których rosyjski komisarz ziemski wydawał się człowiekiem nieposzlakowanym.

Gdy jesienią 1922 roku osiadłem w Kamieniu, trafiłem na okres szczególnego rozpanoszenia się demagogii i kadzichłopstwa, na okres różnych karkołomnych eksperymentów społecznych i wyraźnej agitacji komunistycznej. Często słyszałem, i to nawet od bogatych gospodarzy, że chłop polski czeka na bolszewików jak na zbawienie.

Przyzwyczajonemu do przyjacielskich stosunków na Litwie, gdzie chłop był prawdziwym sąsiadem i miał wrodzone poczucie godności osobistej, pierwsze zetknięcie z nowymi sąsiadami nie zostawiło na mnie dobrego wrażenia. Tutaj we wzajemnych stosunkach panował fałsz. Chłop, gdy miał interes, kłaniał się w nogi i upokarzał, natomiast przed kościołem uważałby za dyshonor przywitać się z dziedzicem lub uchylić czapki. Wyniesiona z Litwy naturalna poufałość z chłopem, w warunkach Kongresówki była nie na miejscu, byłaby poczytywana za słabość lub „kadzichłopstwo”. Musiałem więc obrać inne metody obcowania z miejscową ludnością i od początku podkreślić, że nie pozwolę przekroczyć pewnych granic, co dało dobre rezultaty.

W samej wsi zauważyłem też daleko idący podział społeczny. Wielkorolny gospodarz uważałby sobie za ujmę zadawać się z małorolnym lub fornalem dworskim. Wśród gospodarzy wyróżniały się tak wyrobieniem, jak i rzeczowym podejściem oraz uprzejmością dawno zasiedziałe we wsi rodziny chłopskie i z nimi dosyć szybko doszedłem do porozumienia.

Plagą natomiast była powiększająca się liczba małorolnych, powstała z parcelacji sąsiedniego majątku Zborowa. Nie można było się obronić od szkód i kradzieży, wypasania zasiewów, wykradania snopów z pola, czy ziemniaków z kopców, a do tego dochodziło jeszcze kłusownictwo. Trzymałem uzbrojoną służbę leśną, która ujrzawszy złodzieja, nie czekając strzelała nabojami nabitymi grubym kalibrem śrutu. Raniony kłusownik czy złodziej polowy nigdy nie przyznawał się gdzie i przez kogo był raniony, ale nauczka skutkowała. Oddawanie spraw do sądu było ze względu na atmosferę polityczną chybione, gdyż sądy z zasady uniewinniały złodziei, przyczyniając się tym samym do coraz większej demoralizacji.

Taki był skutek rywalizacji partii chłopskich o głosy wyborców. We wsiach potworzyły się pod auspicjami płynącymi ze stolicy związki młodzieży wiejskiej patronowane przez partię chłopską, Wyzwolenie, Wici, a potem nie lepsze Związki Strzeleckie, których bezkarność przechodziła wszelkie granice. W czasie nabożeństwa nieraz grupy wyrostków wiejskich hałasowały przed kościołem, śpiewając nieprzyzwoite piosenki ku utrapieniu duchowieństwa. Lepsza część włościaństwa, do którego należało przeważnie starsze pokolenie, nie miała żadnego autorytetu, a często obawiała się o własną skórę, jednak poznałem kilku gospodarzy orientujących się w rozkładowym wpływie partii chłopskich.

Niedaleko od Marchwacza leżały dwa dwory, z którymi również utrzymywaliśmy miłe, sąsiedzkie stosunki. Były to Rożdżały należące do państwa Suskich, bliskich krewnych mojej żony, i Tłokinia należąca do pana Ignacego Chrystowskiego.

Pan Ignacy ukończył rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i był doskonałym rolnikiem. Niestety, był również zagorzałym endekiem, wielbicielem Dmowskiego i ruchliwym, a bezkompromisowym działaczem Stronnictwa Narodowego. Z ramienia tegoż stronnictwa był wybrany na posła do drugiego Sejmu. Pan Ignacy z powodu swego nieprzejednanego charakteru bywał często narażony na przykrości ze strony administracji państwowej, szczególnie w okresie rozpanoszenia się BBWR. Ta jego polityczna nieugiętość doprowadziła wreszcie do wycofania się przez niego ze Związku Ziemian, któremu zarzucał oportunizm względem władz administracyjnychi sanacji.

W Tłokini panował ład i porządek. Państwo Chrystowscy mieszkali w pałacyku wybudowanym namiejsce starego dworu i urządzonym z wielkim gustem.

Być może z powodu daleko posuniętego pedantyzmu Tłokinia mimo gościnności gospodarzy i doskonałej kuchni nie była sąsiedztwem „na co dzień”. Trzeba było być zaproszonym albo zawczasu oznajmić gospodarzom o swoim przyjeździe. Dom mimo starannego urządzenia był nieco sztywny: wszystko było starannie ułożone na tym samym miejscu, nie znalazło się tam ani ździebełka kurzu. Służący, ubrany zawsze w granatową, odprasowaną liberię, dopełniał solennej atmosfery wszystkich przyjęć w Tłokini.”

Reklamy

„Miałem więc do Mościckiego, tego parweniusza i eks-socjalisty nieprzezwyciężony wstręt”

Requiem dla ziemiaństwa – Mieczysław Jałowiecki:

„Rok 1926 zastał Polskę dławiącą się w dusznej, jakby przepełnionej elektrycznością atmosferze. W powietrzu czuć było zbliżającą się burzę. Obserwując tylko wieś, sytuację gospodarczą można było uznać za złą i budzącą sprzeciw społeczny. Ziemiaństwo i gospodarstwa folwarczne, a więcnajbardziej produktywny odłam rolnictwa, były systematycznie rujnowane przez niewspółmierne podatki, przez brak tańszego kredytu, przez reformę rolną, która coraz bardziej wżerała się we własność powyżej 50 hektarów i rokrocznie zagarniała za bezcen ziemie folwarczne. Niemieckie ziemiaństwo w tym czasie korzystało z jak najdalej idącej pomocy ze strony Rzeszy, z niskoprocentowych pożyczek, z pomocy w postaci nawozów mineralnych, maszyn i narzędzi rolniczych.

Natomiast w Polsce na majątkach niemieckich, których właściciele wyemigrowali do Vaterlandu, majątkach o wysokiej kulturze rolnej, uprzemysłowieniu i produkcji pan minister rolnictwa Poniatowski osadzał małorolnych z Małopolski, którzy za cały sprzęt przywieźli z sobą jakieś drobne koniki i jednokonne pługi i tymi to narzędziami zaczęli drapać ciężkie, pszenno-buraczane gleby pomorskie. Pan Poniatowski osadzał tych swoich pupili w naprędce skleconych domkach, podczas gdy obok zabudowania folwarczne szły w ruinę. Ten bezmyślny, głupi proces reformy rolnej wzbudził do rządu polskiego jawną nienawiść zamożnego, przywiązanego do tradycji chłopa pomorskiego i niejeden z nich wzdychał do przedwojennych czasów dobrej pruskiej administracji i opieki nad rolnictwem.

Widok tych „poniatówek”, tych zrujnowanych, dawniej pięknych zabudowań, widok porośniętych chwastami ugorów, tam gdzie dawniej złociły się łany pszenicy i ciemną zielenią odbijały pola buraczane, był dla każdego zdrowo myślącego rolnika czymś, co można określić jednym słowem: obrzydliwość. Było to prawdziwe „Polnische Wirtschaft”, za które się wstydziłem w czasie mojego pobytu w Genewie, skierowany tam przez MSZ do negocjacji z Litwą w sprawie żeglugi na Niemnie. Oglądałem oficjalne raporty do Ligi Narodów, opatrzone danymi liczbowymi i fotografiami, stwierdzające zniszczenie rolnictwa na ziemiach dawnego zaboru pruskiego.

Brak nawozów stał się również poważnym problemem. Rolnictwo polskie było prawie z nich ogołocone. Na Śląsku rząd polski przejął od Niemców zakłady chemiczne produkujące azotniak i saletrę wapniową. Osiadł tam prof. Mościcki jako naczelny dyrektor i pseudowynalazca metody produkcji azotniaku, która to metoda była już wynaleziona przez Norwega, prof. Hegelunda. Mimo tej produkcji, nie można było jednak uzyskać potrzebnych ilości nawozów azotowych. Rolnik miotał się jak ryba w sieci, ale korzyści polityczne brały przewagę nad interesem gospodarczym. Gdy podczas gwałtownego spadku cen na zboże otworzono szerokie wrota dla importu żyta węgierskiego, rolnicy polscy po interpelacji w Sejmie otrzymali prostą odpowiedź: „Panowie nie znają się na polityce zagranicznej. Rządowi polskiemu chodzi o utrzymanie jak najlepszych stosunków z Węgrami”…

Wreszcie zobaczycie kogo wam wyznaczą na prezydenta, na pewno ani Zamoyskiego, ani Bnińskiego, wyznaczą wam Mościckiego, tego ex-Weleta, dla którego nawet ta dla nas -Arkonów, mało sympatyczna, lewicująca korporacja okazała się zanadto prawicowa. Szanuję wszelkie przekonania, ale socjaliści jak Mościcki przekonań w ogóle nie posiadają i zobaczysz, że z chwilą, gdy zasiądzie „przy korycie”, na pewno zapomni o swojej przeszłości i będzie się pławił w dobrobycie i reprezentacji. Zapewniam ciebie, że będzie to kosztowny prezydent, za którego i ja, i ty będziemy płacić…

Nie zamieniłem z prof. Mościckim bodaj jednego słowa, ani będąc kilkakrotnie zaproszony na przyjęcia na Zamku, ani w Kaliszu, gdy jako prezes Związku Ziemian witałem go na granicy powiatu, ani siedząc naprzeciw przy stole w czasie przyjęcia prezydenta na ratuszu tego miasta. O Mościckim słyszałem natomiast wiele od ś.p. Matki mojej. Było to w roku 1905. Matka z młodszą moją siostrą Anielką spędzała zimę w Lozannie, a Mościcki ze swoim przyjacielem Suligowskim prowadzili prace naukowe na uniwersytecie we Fryburgu i nieraz odwiedzali moją Matkę, która zawsze lubiła młodzież. Z tych dwóch uczonych Suligowski był wołem roboczym, a Mościcki potrafił zbierać laury wyłącznie dla siebie i umiał zręcznie usunąć w cień Suligowskiego, któremu zawdzięczał jeżeli nie wszystko, to wiele.

Spotykałem Suligowskiego później często: spotkałem go w Syłgudyszkach, gdy przyjechał złożyć uszanowanie mojej Matce, spotkałem go w Strzelcach u mojego szwagra Beliny, spotkałem go wreszcie w Łodzi jako człowieka bardzo rozgoryczonego. Mościcki był już wówczas prezydentem i pławił się we własnej chwale, w zbytku i „reprezentacji”. Mościckiemu zależało bardzo, aby nie dopuścić imienia Suligowskiego do zasług związanych z ich pracami chemicznymi i tępił swojego byłego kolegę gdzie mógł i jak mógł. W efekcie Suligowski, wybitny uczony, zajmował jakieś podrzędne stanowisko w przemyśle łódzkim.

Miałem więc do Mościckiego, tego parweniusza i eks-socjalisty nieprzezwyciężony wstręt i daleko posuniętą antypatię. Kto Marszałkowi sugerował wybór Mościckiego, tego nie wiem, podobno była to inicjatywa Bartla, niech mu Bóg ją wybaczy; Marszałek wysunął jeszcze jedną kandydaturę zacnego prof. Mariana Zdziechowskiego, jednego z rzadkich już dziś, kryształowo czystych ludzi. Narodowcy wysunęli kandydaturę hr. Bnińskiego. W czasie wyborów głupota wyborców i socjalistyczna demagogia zwyciężyły. Ludowcy oddali swoje głosy na Mościckiego i w dniu 1 czerwca 1926 roku Ignacy Mościcki został prezydentem. Zaczął się nowy, nie mniej tragiczny okres Rzeczypospolitej, okres życia nad stan, okres szastania publicznymi pieniędzmi na utrzymanie dworu prezydenta, na rozdmuchane do wielkości ambasad placówki zagraniczne, zaczęło się życie na pokaz, kilkanaście samochodów osobistych prezydenta,rezydencje, polowania i różne reprezentacyjne zbytki, na które nigdy nie pozwoliłaby sobie ani bogata Szwecja, ani Dania, ani Holandia.

Typowy dla parweniuszy brak umiaru pociągnął innych. Córka Jodko-Narkiewicza szastająca tysiącami dolarów w Paryżu, pan Przedpełski, szef półpaństwowego koncernu „Wspólnota Interesów” przywożący z Moskwy łupy w postaci biżuterii i innych kosztowności, to tylko czubek góry lodowej, w jakiej niegdyś skromni socjaliści i legionowe wywiałki mościły się na posadach o wielotysięcznych pensjach. Zaczął się nieprzebierający w środkach nepotyzm, obsadzanie miejsc przez krewnych Mościckiego. Uszy były wiecznie prześwidrowane wiadomościami o bohaterskich wyczynach inżyniera Bobkowskiego, zięcia Mościckiego, a skandal z Michałem Mościckim, synem prezydenta, którego zrobiono ambasadorem w Brukseli, mógł oburzyć każdego uczciwego człowieka. Jak większość dzieci parweniuszy dopuszczonych do władzy, synek Mościckiego wsławił się tam rozwiązłym życiem i przegraniem w karty znacznych sum opłaconych z funduszy dyspozycyjnych MSZ czy fundacji kórnickiej. Hołota na ogół degeneruje się już w pierwszym pokoleniu. Nie czułem jednak w sobie „schadenfreude”, widząc tego obraz, bo wszystko to nie przynosiło zaszczytu Polsce, a zagrażało jej bezpieczeństwu.

Może jedyną dodatnią cechą, ale bynajmniej nie charakteru, lecz czysto zewnętrzną pana Ignacego Mościckiego była wyniosła postać i dobra mina. Zaroiło się od jego fotografii i portretów już to we fraku przepasanym wielką wstęgą Orderu Orla Białego, już to na koniu, już to ze strzelbą w ręku na stanowisku w kniei. „Wiry, wiry, i to piaskowe. Piasek zasypuje Polskę całą, zmieniając ją w pustynię, na której rodzić się będą jeno szakale” – myślałem często o tych słowach Sienkiewicza.

Pieniądze publiczne pochodziły z podatków, a urząd skarbowy jak dawniej czynił wszystko, by je pomnażać kosztem obywatela produkującego. Dwójka pomnożona przez dwójkę daje w rezultacie pięć, a jedynka pomnożona przez jedynkę daje w rezultacie dwójkę. Miałem w życiu i na wyższych studiach dużo do czynienia z matematyką, alematematyka polskiej skarbowości pozostała dla mnie na zawsze czymś niezrozumiałym, co może teoria względności mogłaby zgłębić…

Polska zaczynała wstępować na drogę rządów totalitarnych, a przy tym miała dwa obozy równolegle do totalitaryzmu dążące, a więc endecję i Ozon, który w znacznej mierze na endecji się wzorował i wiele przejął z jej ideologii. Stanowisko zajęte przez generała Kazimierza Sosnkowskiego, drugiego bliskiego współpracownika ś.p. Marszałka i przy tym Inspektora Armii, wobec tego co się działo w kraju było dla mnie niesmaczne. Te „laissez faire, laissez aller” również względem zagadnień wojskowych budziło we mnie sprzeciw. Sosnkowski był człowiekiem zdolnym, inteligentnym, nie pozbawionym pięknych porywów i tego, co potocznie nazywamy patriotyzmem. Wydaje mi się, że przyczyną jego życiowej inercji i obrania drogi nie wymagającej najmniejszego wysiłku z jego strony był być może dobrobyt, który go całkowicie pochłonął po jego młodości połączonej z ciężkimi warunkami materialnymi. Tak to często bywa z ludźmi, którzy wyszli z biedy, a dorwali się do pieniędzy, majątków i zaszczytów.

Miałem możność obserwowania jego życia i mam wrażenie, że pozycja „ziemianina” w nabytym za bezcen pięknym Bukowcu, polowania po kniejach arystokracji polskiej, do której jako parweniusz miał dziwny sentyment, wreszcie inne słabostki ludzkie, które każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu posiada, całkowicie go pochłonęły. Trudno mi było uwierzyć, aby Inspektor Armii miał oczy do takiego stopnia zaślepione własną osobą, że nie widział tego, co się dzieje na szczytach wojskowych i administracyjnych. W każdym razie ani razu nie słyszałem, aby się postawił sztorcem, aby stuknął pięścią w stół, aby wywalił prawdę Mościckiemu lub Rydzowi-Śmigłemu… Nie zrobił tego, bo było mu to osobiście niewygodnie, bo to wymagało natężenia woli, której ten człowiek nie posiadał.

Gdy zabrakło w Polsce autorytetu, to trzeba było sztucznie ten autorytet stworzyć. Użyto więc statysty, któremu pod patronatem pana Mościckiego dano w rękę buławę marszałkowską. Tą kukłą był generał Rydz-Śmigły. Jako żołnierz bił się dobrze w czasie wojny bolszewickiej, ale był inspirowany wolą Marszałka. Gdy Piłsudski zabrał do grobu całą moralną i ideową treść, Rydz-Śmigły stał się nieużytecznym już akcesorium ekwipunku osobistego Marszałka, nadającym się do upiększenia ściany MuzeumWojska Polskiego. Mościckiemu zależało jednak, aby mieć przy boku marionetkę i dnia 13 czerwca 1936 roku gen. Składkowski jako premier wydaje okólnik, w którym powołując się na rozkaz prezydenta Mościckiego ogłasza Rydza drugą po prezydencie osobą w państwie.

Pewnej jesieni Józek Radoński zaprosił mnie na polowanie do swojego Żelazkowa, na którym miał być marszałek Rydz-Śmigły. W Żelazkowie oprócz Rydza-Śmigłego zastałem panów: Miedzińskiego, Michałowskiego, sanacyjne eminencje i wpływowych dyrektorów banków: Janiszewskiego, Sułowskiego iStaniszewskiego. Spędziłem w tym towarzystwie dwa dni i byłem przygnębiony poziomem rozmów toczących się przy obiedzie, poziomem anegdot i całym ich zachowaniem. Rydz-Śmigły zachowywał się może najlepiej, bo z dużą skromnością. Robił wrażenie człowieka nieśmiałego i widocznie zażenowanego własną pozycją, na którą wyniosła go fala wypadków. Na jego raczej dobrodusznej twarzy igrał również „dobroduszny” uśmiech. Był to człowiek cichy, skromny, ale nad wyraz przeciętny, a tej przeciętności graniczącej z pewnym odcieniem tępoty nie mogła wyrównać ani buława marszałkowska, ani stanowisko drugiej osoby w państwie.”