„Sobór ojców” i „sobór mediów”

Następne fragmenty książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Sądzę, że najbliższa prawdy jest diagnoza, jaką pod koniec swego pontyfikatu postawił papież Benedykt XVI. Nawiązując do II Soboru Watykańskiego, powiedział, że z dzisiejszej perspektywy coraz lepiej widać, iż był „sobór ojców” i „sobór mediów”. Ojcowie soborowi chcieli głębokiej oraz owocnej odnowy Kościoła i w tym kierunku szły wypracowywane przez nich dokumenty. Jednak recepcja tych dokumentów, ukierunkowana przez środki masowego przekazu, przebiegała zupełnie inaczej. Widać wybiórczość w podejmowaniu i eksponowaniu poszczególnych tematów, a także rozmaite formy wypaczania i zafałszowywania intencji Vaticanum Secundum. Sądzę, że to, co powiedzieliśmy, potwierdza tę diagnozę. Czwarty paragraf deklaracji Nostra aetate należy do dokumentów, których jednostronne interpretowanie i przeinaczanie było zjawiskiem najczęstszym. Odbywało się przez pryzmat rygorów politycznej poprawności, która – gdy jest przenoszona na obszar religii i teologii – ma wyjątkowo groźne skutki.
Realizacja dialogu zapoczątkowanego przez Nostra aetate miała, w mojej ocenie, coś ze starożytnego pelagianizmu: najpierw trzeba coś uczynić, by osiągnąć coś w ludziach i ich pozyskać, a na końcu Duch Święty pobłogosławi temu dziełu. Celem dialogu stała się pojednana różnorodność, ale problem w tym, że gdy chodzi o chrześcijaństwo i judaizm jest to różnorodność naznaczona sprzecznościami wynikającymi z dwóch radykalnie odmiennych odpowiedzi udzielanych Jezusowi Chrystusowi. […]

Jaki był sens tej inicjatywy? Po co w ogóle wprowadzać Dzień Judaizmu?

Po to, żeby rozwinąć i pogłębić spojrzenie, które zalecił Sobór Watykański II w deklaracji Nostra aetate. Jeżeli chcemy lepiej zrozumieć, kim jesteśmy jako chrześcijanie, a także czym jest Kościół, musimy zapytać o judaizm i nasze z nim relacje. Kluczowe znaczenie ma wzgląd na to, o czym wielokrotnie mówiliśmy i co trzeba stale przypominać: konieczność rozróżniania między religią biblijnego Izraela i judaizmem biblijnym jako jej integralną częścią a judaizmem rabinicznym, z jakim wchodzimy w dialog. We współczesnym świecie, który staje się coraz bardziej zeświecczony, chrześcijanie powinni szukać sprzymierzeńców w wyznawaniu wiary w Boga. Natrafiając na ogromne pokłady niewiary, nie jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, bo na świecie żyją miliony ludzi religijnych, wśród nich wyznawcy judaizmu, z którymi łączą nas wyjątkowe więzi. Trzeba rozpoznać oraz ukazać naszą bliskość i pokrewieństwo, ale również określić, na czym polegają różnice, a więc jaka jest specyfika chrześcijaństwa. Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce – cały czas podkreślam pełną nazwę – został wprowadzony jako dziedzictwo Soboru Watykańskiego II oraz wezwanie do pogłębienia wiary chrześcijańskiej i mocy naszego świadectwa o Jezusie Chrystusie.

Jakie były na to reakcje księży?

Rozmaite. Obok tych, którzy mówili, że to bardzo potrzebna inicjatywa i starali się ją skutecznie wykorzystać, znajdowali się tacy, którzy zarzucali, iż jest to „zażydzanie” chrześcijaństwa i nie widzieli sensu we wprowadzaniu tego, czego nie rozumieją.

A jak Ksiądz na to reagował?

Rozumiałem jednych i drugich. Wiedziałem, że inicjatywa jest potrzebna, lecz rozumiałem i szanowałem sprzeciwy i niechęć tych, którzy jej nie aprobowali. Skoro między chrześcijaństwem a judaizmem istnieje wielka przepaść, to najpierw trzeba robić wiele, żeby ją zakopać. Nie można wymagać od ludzi, żeby skakali w przepaść, nie wiedząc, czym się to skończy. Jeżeli uwidaczniają się duże różnice, które nas dzielą, to wymagają one wytrwałego wyjaśniania. Ponieważ po obu stronach istnieją zastarzałe stereotypy, to wprowadzając coś bezprecedensowego, należy wykazywać niespożytą cierpliwość. Skoro księża nie mieli pojęcia o judaizmie ani się z nim nie stykali, mogli tę inicjatywę postrzegać jako obcy desant. I bywała tak postrzegana. Nasze stanowisko, żeby zostało przyjęte przez innych, musi zostać najpierw przedstawione w taki sposób, by mogło być starannie przemyślane i szczerze przyswojone. Ten proces wymaga czasu. Przychylnego nastawienia wobec Żydów i ich religii nie można narzucić ani wymusić, tak samo płonne jest oczekiwanie na natychmiastowe pozytywne efekty. Uważam, że trzeba cierpliwie edukować i wychowywać, będąc przygotowanym zarówno na sukcesy, jak i – jeszcze bardziej – na porażki.

Mimo wszystko był to jednak triumf myślenia teologicznego, czyli religijnego namysłu nad judaizmem, nad podejściem kulturowym czy społecznym.

Do pewnego momentu tak. Ale z czasem dochodziło do tego, że z Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zrobiono coś w rodzaju dni kultury żydowskiej w polskich kościołach. Od 2006 roku, po IX Dniu Judaizmu, nie było już materiałów liturgicznych kolportowanych do parafii, pojawiły się natomiast i mnożyły nowe pomysły – wycinanki żydowskie, koszerne jedzenie i degustacja potraw, muzyka klezmerska, poszerzanie wiedzy o Holokauście oraz pogromie kieleckim i Jedwabnem, spotkania z przedstawicielami ambasady Izraela i tak dalej. Zrobił się i upowszechnia – jak się dzisiaj mówi – event dla miłośników kultury żydowskiej. Perspektywa religijna nie została zupełnie zapomniana, ale zeszła na dalszy plan.

Ale może to jest również element szerszego procesu, czyli instrumentalizacji religii przez politykę.

Tak, to jest, świadoma czy nieświadoma, instrumentalizacja i ta pokusa grozi zawsze kontaktom religijnym, które mogą być – i bywają – skażone ideologią. W mojej ocenie inicjatywa Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przeżywa silny kryzys. Co prawda, jest co roku niebywale nagłaśniana, w czym prym wiedzie Katolicka Agencja Informacyjna, ale pozostaje domeną niewielkiej grupy tych samych osób i nie ma przełożenia na powszechną świadomość wiernych. Niektóre poczynania są wręcz groteskowe. Pojawiają się też głosy przedkładające wartość spotkań jako takich nad dochodzenie do prawdy. W styczniu 2018 roku, w kontekście Dnia Judaizmu, jeden z rektorów wyższych seminariów duchownych przekonywał: Nie chodzi o racje, nie chodzi o przekonania, ale najpierw chodzi o spotkania, ten rodzaj otwartości i dialogu, który prowadzi do przyjaźni”. Problem w tym, czy istnieje prawdziwa przyjaźń, która nie liczy się z racjami i przekonaniami. Coraz częściej wyłania się dylemat, czy prawda może być zastąpiona deklaracjami pokoju, które przybierają postać umizgów i ugrzecznionego komplementowania się nawzajem. Takie postawy nie usuwają nabrzmiałych problemów, a tylko je odkładają w czasie. Nazbyt wymownie ilustruje to konflikt, jaki na początku 2018 roku gwałtownie wybuchł wokół kłamliwego wyrażenia „polskie obozy zagłady”. Konkludując, jeśli chodzi o inicjatywę Dnia Judaizmu, to do 2006 roku kierunek jej realizowania był dobry, ale nie udało się go utrzymać, natomiast po 2006 roku kierunek się zmienił i jest konsekwentnie utrzymywany.

Dlaczego tą cezurą jest rok 2006? Co się wówczas stało?

Doszło do zmiany składu i przewodniczącego Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem. Mówiliśmy, że to gremium stanowi kręgosłup oficjalnych relacji z wyznawcami religii żydowskiej, co ma przełożenie na konkretne działania w Kościele. W 2006 roku na czele Komitetu stanął Mieczysław Cisło, biskup pomocniczy lubelski. W bibliografii dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce, liczącej grubo ponad siedem tysięcy publikacji, jest wzmiankowany trzy razy.

A arcybiskup Stanisław Gądecki?

Setki razy. Pozostali dotychczasowi członkowie Komitetu również mieli na swoim koncie liczne publikacje na te tematy. Biskup Cisło jest wzmiankowany nie jako autor czy promotor samodzielnych inicjatyw, lecz uczestnik przedsięwzięć realizowanych u boku arcybiskupa Józefa Życińskiego, metropolity lubelskiego.

Czy Ksiądz Profesor znalazł się w nowym składzie Komitetu?

Nie, bo zmieniła się opcja w ustawianiu kontaktów Kościoła z Żydami i ich religią. […]

Tymczasem z Dnia Judaizmu zrobiono przedsięwzięcie kulturalno-społeczne i polityczne, wskutek czego zabrakło miejsca (albo jest go stanowczo za mało) dla wymiaru religijnego i teologicznego, a to przecież on stanowi jej sedno. Kiedy go brakuje, dialog traci to, co najważniejsze. Nie jest normalne ani do zaakceptowania, że w dniu obchodów usuwa się ołtarz z kościoła, w którym są one urządzane, albo zasłania krzyże tak, aby nie było ich widać. Nie było pierwotnym zamiarem i to, że Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przekształca się stopniowo w tydzień kultury żydowskiej wyprowadzany z udziałem osób duchownych ze świątyń w inne miejsca i konteksty. Wprawdzie nadal są powtarzane wybrane zdania z deklaracji Nostra aetate i kilka cytatów z nauczania Jana Pawła II, ale w tym, co najbardziej istotne, czyli w głębszym samorozumieniu Kościoła, w ogóle nie posunięto się do przodu. Szkoda, bo inicjatywa miała szanse, by stać się wzorcową dla innych Kościołów lokalnych. Mimo że istnieje w Polsce od dwudziestu lat nie poszły one w tym kierunku, ani Stolica Apostolska nie rozciągnęła jej na cały Kościół katolicki.»

 

Reklamy

Prawda. Chrystus. Judaizm

Fragment książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Powinniśmy zacząć od stwierdzenia, które może wydawać się banalne, ale – w moim przekonaniu – zawiera znaczącą treść. Kościół katolicki zaangażował się w dialog z Żydami i judaizmem ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemnili to nastawienie i zaangażowali się w relacje z Kościołem ze względu na siebie. Ten fakt przesądza niemal o wszystkim, co ma miejsce w ramach wzajemnych relacji.

Jak to rozumieć?

Po stronie Kościoła katolickiego praktyka i częstotliwość kontaktów z Żydami wyprzedziły poważną i potrzebną refleksję teologiczną. Ponawiane spotkania i gesty nie tylko zastępowały rzetelną teologię, lecz ją również znacząco ukierunkowywały. Sprzyjała temu antyintelektualna rewolucja w teologii, głównie na skutek podporządkowywania jej rygorom politycznej poprawności. Zajmowanie się teologią nierzadko jest traktowane jako trampolina do tytułów akademickich i różnego rodzaju karier. Pogłębiona, a przede wszystkim poprawna i zgodna z tradycją katolicką refleksja nad Nostra aetate bywa rzadka, a w niektórych kręgach jest nawet źle widziana. Poprzestaje się na zacytowaniu, często wybiórczym, tego czy innego fragmentu soborowej deklaracji, po czym praktyka dialogu idzie własnym torem. Dysponując potencjałem Biblii i wielowiekowej Tradycji chrześcijańskiej, zaniechano korzystania z tego bogactwa na rzecz mizernego naśladowania i powielania nowinek, na które czekają dziennikarze i środki masowego przekazu. Tylko sporadycznie próbowano zgłębiać i rozwijać myśli zawarte w soborowym dokumencie, natomiast znacznie częściej odgrzewano dawne pytania i podsuwano kolejne, nie udzielając zadowalających odpowiedzi. Wysiłek zbliżenia podjęty przez Kościół skutkował licznymi ukłonami w stronę Żydów i judaizmu, podczas gdy po stronie żydowskiej wypowiedzi i gestów, które by to odwzajemniały, nie było tak wiele. Istniała pod tym względem – i istnieje nadal – asymetria.

Jan Paweł II mówił, że poznawanie judaizmu powinno być elementem samoświadomości Kościoła.

To oczywiście prawda. Problem w tym, że praktyka wyprzedza, a nawet zastępuje refleksję, która wychodzi naprzeciw temu postulatowi. Spotkań na różnych szczeblach nie brakowało, lecz rzadko podejmowano zagadnienia ściśle teologiczne, wśród nich to, które jest kluczowe, a mianowicie pogłębianie w spotkaniu z judaizmem świadomości Kościoła o sobie. A przecież czwarty punkt deklaracji Nostra aetate, który stał się podstawą nowych relacji katolicko-żydowskich, zaczyna się od słów: „Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi, którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama. Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków”. Zatem decydującym impulsem dla nowego spojrzenia na judaizm ma być pogłębienie samoświadomości Kościoła i lepsze zrozumienie tego, czym Kościół jest. Niestety praktyka okazywała się odmienna. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byłem mocno zaangażowany w rozmaite inicjatywy dialogowe – oficjalne, półoficjalne i osobiste – nie dostrzegałem ani nie rozumiałem tego tak wyraźnie jak teraz.

Czego Ksiądz Profesor nie widział?

Kościół zaangażował się w dialog ze względu na Żydów, dając wyraz współodczuwaniu ich tragicznej historii i losu, którego symbolem jest Holokaust. Tego wymiaru nie sposób przeoczyć. Jednak fundamentalnym impulsem i podstawowym celem po stronie katolickiej powinna być, zgodnie z ujęciem ojców soboru, sprawa samoświadomości Kościoła. O ile „nie” dla antysemityzmu jest głośne, o tyle „tak” dla wyzwania, które wynika ze zgłębiania korzeni i natury chrześcijaństwa nie brzmi już tak głośno. Trzeba, abyśmy coraz lepiej rozumieli i przyswajali prawdę wyrażoną w Nostra aetate, iż Kościół „wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary (por. Ga 3,7), i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła”. Nawiązanie relacji z wyznawcami judaizmu powinno nam, chrześcijanom, mocniej uświadomić wspólne korzenie sięgające Abrahama i pozostałych patriarchów, obejmujące judaizm biblijny i całą rzeczywistość Starego Testamentu. Istotnym owocem wejścia w dialog z tymi, którzy wierzą inaczej niż my, jest budowanie i umacnianie własnej tożsamości religijnej. Zarazem wypowiadając siebie, pozwalamy partnerowi dokładnie na to samo. W konkretnym przypadku wejścia w dialog z Żydami otrzymujemy możliwość lepszego poznania ich samych oraz religii, którą wyznają.

Wydaje się jednak, że ta teologiczna potrzeba pogłębienia samoświadomości Kościoła została jakoś zrealizowana, co prawda nie w dialogu z judaizmem, ale w życiu wewnętrznym Kościoła. Zaczęto przecież coraz bardziej zgłębiać korzenie naszej wiary, zwłaszcza te zanurzone w judaizmie biblijnym. Rozwinęły się studia nad judaizmem. Tematyka ta cieszy się zainteresowaniem wiernych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jeśli chodzi o życie wewnętrzne, Kościół zawsze miał potrzebę refleksji nad tym, czym jest. Wychodził jej naprzeciw bardziej czy mniej świadomie, bardziej czy mniej aktywnie – ale wychodził. W początkach i pierwszych wiekach chrześcijaństwa ta potrzeba była bardzo pilna, bo należało określić swoją tożsamość zarówno względem religii biblijnego Izraela, jak i judaizmu rabinicznego. Trzeba też było ustalić miejsce Kościoła w ówczesnych systemach politycznych, najpierw w systemie Imperium Rzymskiego, a później, po jego upadku, w radykalnie nowej sytuacji, jaka się wytworzyła. Mijały wieki i wyłaniały się państwa narodowe. Historycy wskazują na procesy i wydarzenia, które w każdym stuleciu i w zmieniających się warunkach motywowały Kościół do refleksji nad tym, czym jest i czym powinien być. Kiedy jej zabrakło, wtedy Kościół się dzielił, gdyż nie było tego, co go jednoczyło, a mianowicie poczucia wspólnej tożsamości i misji oraz wspólnego posłannictwa i przyszłości. Takie są korzenie schizmy, do której doszło w 1054 roku, a także rozpadu Kościoła zachodniego zapoczątkowanego przez Lutra w pierwszej połowie XVI wieku. Odkrycie Nowego Świata, narastający kolonializm i rewolucja francuska wytworzyły nowe okoliczności do przemyślenia tożsamości Kościoła i chrześcijaństwa. Wiek XIX, ruchy narodowościowe i ruch robotniczy, a także ogromny postęp techniczny i technologiczny wymagały szukania kolejnych odpowiedzi na to odwieczne pytanie. »

CDN

 

Coco, kapitaliści oraz pewien zawzięty filosemita i upadek de Gaulle’a

Coco w 1920

__

W tym samym 1924 roku, kiedy to w Krakowie przy ulicy Józefitów powstała firma „Doktora Lustra Preparaty Kosmetyczno-Lekarskie Miraculum”, właściciele sławnej firmy Bourjois – bracia Wertheimer podpisali w Paryżu kontrakt ich życia.

 A zaczęło się to w 1922 w słynnym Deauville, jednym z francuskich sopotów (obok Biarritz, Nicei, itd.), kiedy to ich wspólnik, Teofil Bader, właściciel paryskich Galeries Lafayette przedstawił braciom geniusza mody – Gabrielę Coco Chanel. W tym samym roku Coco zaczęła też sprzedawać w swoich butikach perfumy, wytworzone przez Ernesta Beaux, pod nazwą Chanel Nr 5.

Kiedy w 1924 okazało się, że owe perfumy robią furorę dobiła targu: bracia mieli się zająć „wszystkim”, tj. ich produkcją, komercjalizacją i dystrybucją, a ona za firmowanie tego przedsięwzięcia pod nazwą Les Parfumes Chanel dostała 10% udziałów. Z czasem zaczęła tego mocno żałować, twierdząc że Pierre W. ją wykorzystał no i w 1935 skierowała sprawę do sądu. Nic to nie dało, ale Coco nie zrezygnowała i w 1940, kiedy bracia W. przez Brazylię uciekli do USA, zaczęła próbować wykorzystać „aryjskie” prawo okupacji do przejęcia firmy. I znowu nic z tego – bracia W. przekazali bowiem swoje udziały (także te w Bourjois) pewnemu Francuzowi, Feliksowi Amiot. Przypominam ten sam manewr wykonany w przypadku Banku Sal. Oppenheim…

We wrześniu 1944 Coco była przesłuchiwana przez pewną „francuską komisję oczyszczenia” (un comité d’épuration des FFI) ale po dwóch godzinach została zwolniona, ponoć po bezpośredniej interwencji… Churchilla. Sama Chanel powoływała się przy innej okazji na brytyjskiego ambasadora Duff Coopera. Tak czy inaczej, zaraz potem Coco czmychnęła do Szwajcarii z której wróciła dopiero po dobrych kilku latach. Najlepsze, że jeszcze w 1947 Chanel udało się jednak coś wycisnąć i Pierre Wertheimer w końcu coś jej znaczącego dorzucił…

I tu znowu wracamy do Deauville – warto przy tym odnotować, że mieli tam rezydencję Wertheimerowie, ale nieopodal mają nadal wielką rezydencję francuscy Rotszyldowie. Nam się Deauville źle kojarzy**, ale generalnie słynie z kasyn i wyścigów konnych, w których to wyżywają się obok Rotszyldów także młodsze pokolenia Wertheimerów. W latach międzywojennych odbywały się tam też pokazy lotnicze, ale do spotkania braci W. z owym słynnym lotnikem, wspomnianym już Feliksem Amiotem doszło jeszcze wcześniej bo już w 1916. W efekcie Wertheimerowie sfinansowali SECM czyli firmę produkujacą samoloty (jest tam element polski***). Jednak na masową produkcję samolotów wpływ miały złe stosunki Amiota z Ministerstwem Lotnictwa oraz ciągłe zmiany techniczne wymagane przez służbę techniczną lotnictwa. W styczniu 1939 r. Pierre Wertheimer wyjechał z planami technicznymi do Stanów Zjednoczonych, dążąc do założenia fabryki w Nowym Orleanie…

Po wojnie bracia Wertheimer rozpoczęli postępowanie przeciwko Amiotowi, aby odzyskać maksimum, bo ten wychodzi z wojny w dobrej sytuacji finansowej. Został jednak aresztowany 6 września 1944 r. wraz kierownictwem SECM pod zarzutem współpracy i aspołecznego postępowania, a następnie szybko zwolniony. Postępowanie ostatecznie umorzono w 1947. W listopadzie 1944 zarekwirowano SECM co w 1946 r. przekształciło się w nacjonalizację w wyniku polubownej sprzedaży państwu, kończąc działalność Amiota w lotnictwie.

W 1956 Feliks zakłada w Cherbourgu CMN i produkuje statki. W 1969 dochodzi tam do słynnej afery uprowadzenia przez izraelskie służby pięciu kutrów rakietowych – Vedettes de Cherbourg. A zaczęła się ta afera na początku lat 60tych kiedy to rząd niemiecki nie zezwolił na budowę w stoczni Luerssen kutrów rakietowych najnowszej generacji dla Izraela. Podjął się tego w zamian Amiot i CMN, notabene przy bardzo bliskiej kooperacji ze stocznią Luerssen… Już w 1965 pojawiły się w Cherbourgu pierwsze izraelskie załogi, jednak po wojnie sześciodniowej w 1967 de Gaulle wstrzymał wszelki eksport broni do Izraela. A trzeba pamiętać, że wtedy to Francja była najważniejszym dla Izraela dostarczycielem technologii wojskowych. No, to w maju 1968 wybucha rewolta a w kwietniu 1969 de Gaulle składa dymisję. Tyle że jego następca, Pompidou, podtrzymuje embargo i Żydzi decydują się po prostu uprowadzić owe kutry, i to w Boże Narodzenie 1969… Pierwszy zniknięcie kutrów, po niewczasie, dostrzega dziennikarz… BBC. No comments.

Do Hajfy kutry dotarły 31 grudnia, a potem z powodzeniem wzięły udział w wojnie Jom Kippur, w 1973.

PS. Przypominam ciąg dat:

5-11 czerwca 1967 – wojna 6-dniowa

https://en.wikipedia.org/wiki/Long,_hot_summer_of_1967

5 stycznia 1968 – Alexander Dubček został wybrany na sekretarza partii komunistycznej w Czechosłowacji.

8 marca 1968 – początek demonstracji studenckich w Polsce

22 marca – początek protestów studenckich (Maj 1968) we Francji

16 lipca – ultimatum państw Układu Warszawskiego wobec Czechosłowacji.

A co z innymi? O Niemcy nie trzeba się było martwić, a w Wlk. Brytanii od 1964 (Profumo!) rządzili laburzyści. Notabene, Breżniew to też 1964****

__

**) http://boson.szkolanawigatorow.pl/dwie-kadencje-obamy-i-co-dalej

***) https://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Kubala

****) W maju 1967 został przewodniczącym KGB.

His mother Yevgenia Karlovna Fleckenstein (none of the official sources mentioned her name) was a school teacher who died in 1931… It was also reported that his mother belonged to merchantry. In fact Karl Fleckenstein was a rich jewel merchant, owner of a jewellery store, and so was his wife who took over her husband’s business after his accidental death in 1915 (he was confused for a German during the infamous anti-German pogrom in Moscow, although Andropov preferred to refer to it as anti-Jewish).[10][11] The whole family could’ve turned into lishentsy stripped of basic rights if she hadn’t abandoned the store after another pogrom in 1917, invented herself a proletarian background and left Moscow for the Stavropol Governorate along with Andropov’s mother

https://en.wikipedia.org/wiki/Yuri_Andropov

 

Chanel nr 5 i Pani Walewska czyli połamane nogi oraz izraelscy komandosi

Jak powszechnie wiadomo, kosmetyki to bardzo, bardzo poważny biznes. Czasami także mocno niebezpieczny. Notka Coryllusa o której było tu poprzednio przypomniała mi sprawę Miraculum i „mistycznego” Roberta W., a to przywołało inne afery. No, ale po kolei.

Przed półką z wodami toaletowymi w jednym z warszawskich hipermarketów stoi grupka młodych Rosjanek. Nie interesują ich produkty popularnych międzynarodowych producentów, lecz wciśnięte w kąt na samym dole granatowe flakoniki perfum Pani Walewska.

– To ładny zapach – mówi szczupła brunetka. – Używała go moja mama – wtrąca się druga. – Mówiła, że w Związku Radzieckim to był najbardziej luksusowy zapach, jaki można było kupić w sklepach…

A tradycje były wspaniałe. W 1924 roku, gdy świat nie przeczuwał nawet zbliżającego sięWielkiego Kryzysu, w Krakowie przy ulicy Józefitów powstała firma „Doktora Lustra Preparaty Kosmetyczno-Lekarskie Miraculum”.

Dr Leon Luster, lekarz medycyny, należał do pokolenia urodzonych na ziemiach polskich genialnych pionierów przemysłu kosmetycznego, których najwybitniejszymi przedstawicielami byli urodzona w Krakowie Helena Rubinstein, pochodzący ze Zduńskiej Woli Max Factor i twórca marki Nivea gliwiczanin Oskar Troplowitz…

Dr Luster był nie tylko twórcą unikalnych receptur, wybitnym specjalistą od marketingu i zdolnym przedsiębiorcą, ale również człowiekiem przenikliwym. W 1939 roku sprzedał firmę Witoldowi Boehmowi i wyjechał z kraju. Po wojnie zakład upaństwowiono i postawiono głównie na produkcję środków czystości…

Jednak prawdziwa rewolucja nastąpiła za Edwarda Gierka. Seria Brutal zdobyła serca konsumentów od Łaby po Pacyfik. W 1973 roku pojawiły się perfumy Pani Walewska, które zapewne przypadkowo przypominały kilka nut zapachowych Chanel Nr 5, i szybko zyskały miano pierwszych perfum w socjalistycznym obozie. Szczególnie ceniono je w Związku Radzieckim, gdzie używały je nawet gwiazdy kina i piosenki.

Sukces był tak duży, że w 1987 roku utworzono nowy podmiot gospodarczy: Polsko- Radziecką Fabrykę Wyrobów Chemii Gospodarczej i Perfumeryjno-Kosmetycznych Miraculum.”

Trzeba tu uzupełnić, iż Witold Boehm był nie dość że współzałożycielem Miraculum, to i zięciem dr. Lustra. Jego jedyna córka Matylda, która wyszła za owego Boehm’a zmarła w Nowym Jorku w 1999. Nie udało mi się ustalić, gdzie i kiedy zmarli dr Luster i Witold Boehm, ale wiadomo, że owa Matylda przeszła „wojenny szlak” przez Syberię, Teheran i Bejrut, zapewne z armią Andersa i w USA wylądowała w 1948**.

I tu pojawia sie Robert Walter, antropozof i „mistrz z Komorowa”, urodzony w 1908 we Lwowie. „Członkowie jego rodziny byli właścicielami fabryki perfum w której powstał min. zapach Pani Walewska. Sam Walter po wojnie pracował jako kiper dla państwowego przemysłu perfumeryjnego. Mieszkał w Komorowie pod Warszawą gdzie prowadził nieformalną grupę ezoteryków skupionych wokół jego obszernej biblioteki (13 tys. tomów), cudem ocalonej z Powstania Warszawskiego…

Znajomymi Waltera byli także ówczesny premier Józef Cyrankiewicz i jego żona, wybitna artystka Nina Andrycz, „ezoteryczna uczennica” Waltera, która opisała spotkania w nim w swej autobiografii Bez początku, bez końca wydanej w 2003 roku. Mimo tej znajomości, nie uniknął on aresztowania w [maju] 1952 roku pod zarzutem „szpiegostwa gospodarczego” i spędził [prawie] trzy lata w więzieniu śledczym na Mokotowie. Pobyt ten zupełnie zrujnował mu zdrowie, już przez całe życie utykał z powodu połamania mu nóg podczas śledztwa. Po wyjściu z więzienia, bez przyznania się do winy i bez procesu nie mógł wyleczyć się z chorób, których się tam nabawił. Wytoczył zatem proces państwu, na którego koszt po wygranej sprawie wyjechał do Lukas Klinik w Arlesheim k. Dornach.”

Taak, w 1955 (?) wygrał proces o odszkodowanie za „pomyłkę” śledczą… tak się jednak składa, że państwowe Miraculum po jego wyjściu z więźnia znowu zaczęło produkować kosmetyki. Zwraca uwagę też taka koincydencja: w 1952 Cyrankiewicz traci tekę premiera na rzecz Bieruta i odzyskuje ją dopiero w 1954…

CDN

___

**) Razem z Beatą Brand z Krakowa (Tarnowa?), jej przybraną córką, która później wyszła za szefa ANL i wydała wspomnienia pt. Bea’s Journey, Bea Schriesheim,
Modern Memoirs, 2003.

 

Wesoły Antoni

Moje większe zainteresowanie sławnym Antonim spowodowała wpierw notka Coryllusa pt. Szaleństwo Antoniego Słonimskiego, a w szczególności jeden cytat z Alfabetu.

„A tu taki fragment: ‚MacLeish Archibald. Poeta amerykański. Laureat nagrodu Pulitzera.

W 1958 w Paryżu na konferencji UNESCO zaproponował mi znany komentator telewizji amerykańskiej CBS Ed Marrow odbycie rozmowy z MacLeishem i Arturem Rubinsteinem na temat sztuki w epoce cywilizacji technicznej. Organizował to jego asystent Dan Shorr. Możemy tę rozmowę odbyć zaraz, póki jestem w Paryżu – zaproponowałem. W Paryżu pan nas nie interesuje – odpowiedział Shorr – Musi pan wrócić do Warszawy. Cały smak tej rozmowy polega na tym, że pan będzie mówił spoza tak zwanej „żelaznej kurtyny”, Rubinstein z Europy, a MacLeish z Ameryki. Sfilmujemy jednocześnie waszą rozmowę, a całość opracuje Marrow.
Gdy wróciłem do Warszawy, ekipa amerykańska zmontowała w moim mieszkaniu piekielnie skomplikowaną aparaturę łączącą Warszawę z Paryżem, a Paryż z Ameryką. Nie widzieliśmy się na ekranach, ale słyszeliśmy się doskonale…’

W 1958 roku ekipa CBS produkuje program telewizyjny w mieszkaniu Słonimskiego?!!!!!

No właśnie, na mnie to też zrobiło piorunujące wrażenie. A do tego doszła ta historia z Daviesem, kiedy to przypadkiem spotyka on w Brighton Antoniego Słonimskiego, no i zaraz polska kariera Normana nabiera rozpędu. Co robiło małżeństwo Słonimskich w Anglii w 1965? Jego biogram mówi o ich pobycie w Londynie w 1972, a o 1965 milczy. Przecież dopiero co, w marcu 1964 wybuchła wielka aftera wywołana przez samego Antoniego, czyli tzw. List 34. Zaczęły się represje – Melchior Wańkowicz został wpierw aresztowany, potem skazany, ale wykonanie wyroku zawieszono. A taki Cat-Mackiewicz nie dał się skazać na procesie – wziął i zszedł w 1966. Tymczasem w 1965 nasz Antoni w najlepsze sobie spaceruje z małżonką w Brighton…

Wrócimy do jego biogramu:

Nie kryjąc swego pochodzenia, krytykował zarówno ortodoksję żydowską, jak i żydowski nacjonalizm. Występował przeciwko fanatyzmowi religijnemu i doktrynerstwu, przeciwstawiając im wiarę (z czasem jednak słabnącą) w siłę rozumu i skuteczność perswazji. Łączył z tym fascynację angielskimi wzorami myśli społecznej i porządku socjalnego (Anglię odwiedzał kilkakrotnie, m. in. w r. 1926 i 1930). Uważał się za sympatyka Polskiej Partii Sojalistycznej (PPS)…

W składzie delegacji polskiej brał udział w XII Kongresie PEN-Clubów w Edynburgu (1934; poznał wtedy osobiście H. G. Wellsa, którego był wielbicielem i propagatorem), a także w XV kongresie w Paryżu (1937), na którym polemizował w obronie wolności słowa z rzecznikami ideologii faszystowskiej. W r. 1934, po kongresie edynburskim, spędził kilka tygodni w Kornwalii…

W czerwcu 1940, z klęską Francji, przedostał się do Londynu, gdzie osiadł na jedenaście lat. Pracował tu w polskiej sekcji British Broadcasting Corporation (BBC). Nadal był członkiem i (do marca 1945) wiceprezesem polskiego PEN-Clubu; w lipcu 1941 wraz z grupą pisarzy odwiedzał polskie obozy wojskowe w Szkocji, uczestnicząc w wieczorach autorskich. W t. r. brał udział w XVII Kongresie PEN-Clubów w Londynie…

Nadal drukował w „Wiadomościach Polskich”, przeniesionych do Londynu, a także w oficjalnym, wydawanym przez Min. Informacji i Dokumentacji RP „Dzienniku Polskim” (1941–3). Gdy w październiku 1941 drogi jego z „Wiadomościami” rozeszły się wskutek nieporozumień politycznych (S. poparł linię polityki Władysława Sikorskiego i jego pakt z ZSRR, „Wiadomości” zajęły stanowisko opozycyjne), podjął współpracę (1941–2) z „Robotnikiem Polskim w Wielkiej Brytanii”, związanym z PPS. Publikował tu m. in. stały cykl Kroniki londyńskie (wyd. wraz z wyborem tekstów wcześniejszych pt. Kroniki londyńskie, oprac. P. Kądziela, W. 1995). Od kwietnia 1942 do listopada 1946 wydawał wspólnie z Karolem Estreicherem miesięcznik „Nowa Polska”, subwencjonowany przez Fundusz Kultury Narodowej. Było to pismo demokratyczne i liberalne, o sympatiach umiarkowanie lewicowych, akceptujące taktyczny sojusz z ZSRR. Wkrótce pozyskało wybitnych współpracowników i rangę liczącego się periodyku literacko-politycznego.

Już wcześniej S. nawiązał współpracę z H. G. Wellsem, z którym redagował Deklarację praw człowieka; jej wersja polska ukazała się w „Nowej Polsce” (1942 nr 2). We wrześniu 1944 podpisał, ogłoszony przez PEN-Club, „Apel pisarzy polskich” o pomoc w staraniach o poparcie dla powstania warszawskiego, rozesłany do in. PEN-Clubów i do najwybitniejszych pisarzy państw sprzymierzonych. Po zakończeniu działań wojennych przyjechał do kraju we wrześniu 1945 wraz z dwutygodniową wycieczką pisarzy i artystów angielskich. Był w Warszawie i Krakowie (gdzie 15 IX miał wieczór autorski). Po powrocie do Londynu działał w komisji przygotowawczej UNESCO, a po powołaniu tej organizacji objął w niej kierownictwo Międzynarodowej Sekcji Literatury i Dramatu; funkcję tę pełnił do r. 1948. Działo się to już z akceptacją Ambasady RP w Londynie, stanowiło więc początek współpracy S-ego z władzami krajowymi i spowodowało otwarty konflikt ze środowiskiem emigracji. W czerwcu 1947 S. odwiedził ponownie kraj. W r. 1948 uczestniczył w Światowym Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju (Wrocław 25–28 VIII) i podpisał przyjętą tam rezolucję. W l. 1949–51 był dyrektorem podlegającego Warszawie Instytutu Kultury Polskiej w Londynie.

Jesienią 1951 S. wrócił do kraju. Włączył się w nurt działań propagandowych, napisał artykuł potępiający decyzję pozostania na Zachodzie Czesława Miłosza (Odprawa, „Tryb. Ludu” 1951 nr 307), deklarował w niektórych wierszach akceptację Polski Ludowej…

Na VII Zjeździe ZLP w Warszawie (29 XI – 2 XII 1956) S. został wybrany na prezesa Zarządu Głównego i wybór ten był przyjęty jako symbol odnowy życia literackiego [uhaha]. Wkrótce też zaczął być traktowany jako jedna z głównych postaci demokratycznej opozycji. Kontynuował starania o zwolnienie pisarzy więzionych z powodów politycznych. Często wypowiadał się publicznie w obronie wolności słowa i swobód obywatelskich. W związku z pełnionymi funkcjami wiele podróżował… Obradujący w Warszawie X walny Zjazd Delegatów ZLP (3–5 XII 1959), pod presją kół partyjnych nie przedłużył S-emu prezesury na kadencję następną; zastąpił go Jarosław Iwaszkiewicz…

W marcu 1964 S. był inicjatorem, autorem i – wraz z Janem Józefem Lipskim – głównym organizatorem tzw. Listu 34 – pierwszego zbiorowego protestu środowisk intelektualnych przeciwko polityce kulturalnej partii i państwa; 14 III przekazał tekst do kancelarii premiera Józefa Cyrankiewicza. W następstwie otrzymał na pewien czas zakaz druku i naraził się na ataki, m. in. ze strony I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonrej Partii Robotniczej (KC PZPR) Władysława Gomułki i organizacji partyjnej przy warszawskim Oddziale ZLP. W l. 1965 do marca 1968 publikował niewiele; m. in. wydał dwa monologi w tomiku Jawa i mrzonka (W. 1966). W r. 1965 otrzymał nowojorską nagrodę Fundacji Alfreda Jurzykowskiego…

Dn. 19 III 1968, na spotkaniu z aktywem partyjnym w Sali Kongresowej Pałacu Kultury, zaatakował S-ego Gomułka. Po marcu 1968 ponownie został pozbawiony możliwości druku aż do grudnia 1970, kiedy to wraz ze zmianą kierownictwa PZPR zmieniła się sytuacja cenzuralna. W czerwcu 1971 zaprosił S-ego do współpracy „Tygodnik Powszechny” i tu poeta publikował stale felietony, mniej więcej co dwa tygodnie, aż do zgonu. Zostały one później wydane książkowo: Obecność. Felietony 1971–1972 (W. 1973) i Ciekawość. Felietony 1973–1976 (pośmiertnie, W. 1981).

Wiosną 1972 S. wraz z żoną odwiedził Londyn. We wrześniu t. r. rozpoczął druk Alfabetu wspomnień w tygodniku „Polityka” (wyd. książkowe: ocenzurowane W. 1975, pełne – W. 1989). W zbieraniu i weryfikacji materiałów pomocny mu był Adam Michnik, zaangażowany w r. 1972 przez S-ego jako sekretarz. Dn. 10 XII 1972 S. został przyjęty do loży wolnomularskiej «Kopernik» w Warszawie. Od r. 1973 miał rentę specjalną przyznaną przez Prezesa Rady Ministrów…

S. zmarł w Warszawie 4 VII 1976 w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym, w drodze do Domu Pracy Twórczej w Oborach. Został pochowany w Laskach pod Warszawą. Znaczną część dochodów z przyszłych wydań swych dzieł zapisał w testamencie Tow. Opieki nad Ociemniałymi z siedzibą w Laskach. Był odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1954). S. był żonaty (od marca 1934) z Janiną Konerską (Konarską) (zob. Słonimska Janina)**. Nie pozostawił dzieci. W r. 1990 na domu, w którym mieszkał S. w Alei Róż 6 w Warszawie, została wmurowana tablica pamiątkowa.”  (Roman Loth)

No, szczęka opada… tyle anegdot człek za młodu się nasłuchał, o wesołkach przy stolikach kawiarnianych*** itd. itp. Toż ten Antoni to jak Reciu prawie – no wprost wszechobecny i nietykalny. Sprawdziłem trop Recia, tak dosłownie, i oto odpowiedni fragment z książki Podgórskiego:

„W trakcie badania dokumentów dotyczących powstania Grupy Bilderberg w archiwum Retingera w Bibliotece Polskiej w Londynie Autor odnalazł list dr. Fransa de Graafa, osobistego sekretarza księcia Bernharda, datowany 9 stycznia 1957 r., w którym akceptuje on zaproszenie do wzięcia udziału w konferencji Grupy Bilderberg czterech delegatów z Polski. W liście wymieniono przewodniczącego Związku Literatów Polskich – Antoniego Słonimskiego, Eligiusza Lasotę – wydawcę „Po prostu”, Jerzego Turowicza – redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” i Janusza Groszkowskiego – profesora Politechniki Warszawskiej, późniejszego posła na Sejm, wiceprzewodniczącego Rady Państwa i prezesa Polskiej Akademii Nauk, który był wówczas osobą najmniej znaną z tej czwórki. Profesor Groszkowski w czasie wojny współpracował przy tajnej produkcji nadajników i odbiorników radiowych na potrzeby Armii Krajowej oraz przekazał Brytyjczykom wyniki badań nad pociskami V-1 i V-2, których fragmenty przekazywali partyzanci penetrujący obszar wokół nowego poligonu niemieckiego mieszczącego się w pobliżu wsi Blizna i Pustków, który przejął funkcję dawnego poligonu Peenemünde. Badał także pocisk V-2 znaleziony w Sarnakach, który został wysłany III Mostem razem z Retingerem do Londynu.

List de Graafa był najprawdopodobniej odpowiedzią na list Retingera, w którym zwrócił się do sekretarza księcia Bernharda z prośbą o akceptację rekomendowanych przez siebie osób. Może to świadczyć, że Retinger zabiegał o zaproszenie do wzięcia udziału w konferencjach Grupy Bilderberg także przedstawicieli z Polski. Autor nie odnalazł jednak w zasobach archiwum żadnych dokumentów potwierdzających udział w konferencji wymienionych w liście osób.”

___

**) „Janina Konarska-Słonimska z domu Seideman (ur. 30 kwietnia 1900 w Łodzi, zm. 9 czerwca 1975 w Warszawie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia… Pochodziła z rodziny łódzkich fabrykantów Seidemanów. Otrzymała dobre i staranne wykształcenie. Początkowo uczyła się w szkole żeńskiej Kazimiery Kochanowskiej w Warszawie. Następnie kontynuowała naukę na Państwowych Kursach Pedagogicznych dla Nauczycieli Rysunku. Potem studiowała malarstwo, grafikę i rzeźbę w Szkole Sztuk Pięknych. Była ulubioną uczennicą Władysława Skoczylasa w klasie grafiki. W 1918 przyjęła pseudonim artystyczny Konarska, który oficjalnie przyjęła jako własne nazwisko w 1924. W tym samym czasie rodzina Seidenmanów przeszła na katolicyzm, adaptując nazwisko córki w formie lekko zmienionej Konerscy…

W marcu 1934 wyszła za mąż za Antoniego Słonimskiego, poetę i pisarza z grupy Skamandrytów. Małżeństwo to było wielkim zaskoczeniem dla całego środowiska, ale związek okazał się szczęśliwy i trwały. Po zawarciu ślubu Janina Konarska-Słonimska stopniowo wycofała się z życia artystycznego, poświęcając cały czas mężowi.”

Jej brat Tadeusz Józef zginął w 1940, zamordowany w Charkowie. A Antoni zginął w rok po jej śmierci.

***) Irena Szymańska z domu Wiernik (ur. 17 lutego 1921 w Łodzi, zm. 8 maja 1999 w Warszawie)… Jej rodzice, Róża i Szymon Wiernikowie, przebywali w getcie warszawskim; zginęli w wyniku akcji Hotel Polski. Wybuch powstania warszawskiego zastał ją pod Żyrardowem… Od 1945 do 1951 pracowała w Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” (Łódź, potem Warszawa), współpracując z twórcą tego wydawnictwa, Jerzym Borejszą. W 1952 ukończyła studia na wydziale filologii romańskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Razem z Antonim Słonimskim, a później m.in. Tadeuszem Konwickim i Gustawem Holoubkiem, była współtwórczynią „stolików literackich” (nawiązujących do przedwojennych tradycji, miejsc spotkań i dyskusji pisarzy i intelektualistów), kolejno: w kawiarni „Marca” przy placu Trzech Krzyży, kawiarni „Nowy Świat”, kawiarni przy wydawnictwie PIW (przy ul. Foksal) i wreszcie kawiarni w budynku Wydawnictwa „Czytelnik” przy ul. Wiejskiej w Warszawie.

 

Wesołe przygody Normana

Trzeba mi dokończyć historię Normana Daviesa. W swoim wywiadzie z 2012 (patrz niżej) dla Alma Mater, miesięcznika UJ, profesor Davies zdradza kulisy swojej kariery. Oto jej kilka mocno zaskakujących (?) elementów:

  1. W kwietniu 1962, będąc na czwartym roku studiów historii w Oksfordzie, wraz z grupą studentów odwiedza Polskę (zamiast Związku Radzieckiego, bo sowiecka ambasada odmówiła im wiz*). Ma tu okazję poznać pewnego człowieka z, ot tak, ministerstwa edukacji, niejakiego Józefa Barbaga. Ów Barbag** przysyła mu potem do Anglii, tak jak obiecał, polskie podręczniki historii do szkół. Dzięki temu Norman może napisać swoją mini-dysertację na ich temat.
  2. W 1965 Norman zaczyna w Brighton studia doktoranckie na University of Sussex, i przypadkowo zamieszkuje na stancji u Tadeusza Horko, byłego redaktora naczelnego Dziennika Żołnierzy. Mało tego, zupełnie przypadkowo spotyka tam państwo…uwaga, uwaga… Słonimskich akurat odwiedzających pana Horko. Jak sam twierdzi, to właśnie owo spotkanie zainspiruje go do nauki języka polskiego.
  3. W efekcie, dostaje roczne stypendium od British Council i już na początku 1966 przyjeżdża do Krakowa, gdzie zostaje w PANie lektorem języka angielskiego. Na chwilę jedzie do Anglii, aby jeszcze w 1966 powrócić do Krakowa i w grudniu tego roku wziąć ślub z Marią Korzeniewicz z Dąbrowy Tarnowskiej, wówczas polonistką na UJ. Jednak poznali się we… Francji, w Clermont-Ferrand, ale nie wiadomo niestety kiedy.
  4. Norman zapisuje się na studia doktoranckie na UJ, a jego naukową opiekunką z urzędu zostaje zawzięta komunistka na wydziale historii, pani profesor Celina Bobińska.
  5. W 1969 wraca do Oksfordu, pod skrzydła Alistaira Horna***, który mu radzi aby przed dysertacją doktorską napisał książkę. W 1971 Norman podejmuje pracę w przesławnej Szkole Studiów Słowiańskich i Wschodnioeuropejskich**** w Londynie, a w 1972 publikuje książkę pt. Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920.
  6. Wszystko to opóźnia jego ostateczną obronę doktorską, która w końcu ma miejsce na UJ dopiero w 1974. Tytuł dysertacji: Polityka Wielkiej Brytanii wobec Polski po traktacie wersalskim.

Można się zastanawiać co takiego nastąpiło przed owym przełomowym dla Normana rokiem 1965? Dwie rzeczy przychodzą mi do głowy:

  1. List 34 napisany przez Antoniego Słonimskiego – dwuzdaniowy list protestacyjny polskich intelektualistów przeciw cenzurze, skierowany do premiera Józefa Cyrankiewicza, złożony 14 marca 1964 w Urzędzie Rady Ministrów przez Antoniego Słonimskiego
  2. Upadek torysów po przesławnej aferze Profumo i kluczowe zwycięstwo laburzystów w październiku 1964

W grudniu 1964 miał miejsce w Brighton wielki kongres Labour Party, może pan Antoni był tam zaproszony? Tak czy inaczej, o nim będzie notka następna.

PS. OPA!

https://www.ft.com/content/12a5994a-17aa-11e2-9530-00144feabdc0

The clock is ticking: I have a flight to catch. Davies tells me he has just persuaded Leszek Czarnecki, a Polish businessman, to set up a £10m fund for a Polish modern studies programme at St Antony’s College, Oxford.

Program o Polsce Współczesnej na Uniwersytecie Oksfordzkim powstał w lipcu 2013 r. Dr Leszek Czarnecki, a także Noble Bank, w ramach którego powołana została w tym celu Fundacja – St. Antony’s College Oxford Noble Foundation, zdecydowali się na donację i sfinansowanie wieloletniego Programu. Program został utworzony w ramach St Antony’s College w Centrum Studiów Europejskich. Celami Programu są: koordynacja badań naukowych na temat Współczesnej Polski w Zjednoczonym Królestwie, organizacja konferencji, warsztatów i seminariów naukowych, oraz przygotowywanie publikacji naukowych. W tworzenie Studiów zaangażowani są wybitni przedstawiciele międzynarodowego świata nauki m.in. Prof Timothy Garton Ash, Prof Norman Davies, Prof Margaret MacMillan, Rektor St. Antony’s College oraz Prof Jan Zielonka. Dyrektorem Programu jest Dr Mikołaj Kunicki, historyk zajmujący się historią najnowszą Polski oraz Europy Wschodniej.

http://opaoxford.org/program-o-polsce-wspolczesnej-na-uniwersytecie-oksfordzkim/

*) Jednak w 1963 to się już udaje i ta sama 25-osobowa grupa studentów, a wśród nich Norman, odwiedza ZSRR

**) Żydowski ród Barbagów był potęgą w Brodach – historyk Jerzy Holzer też z nich się wywodził:

***) Tak się składa, że to właśnie ów Horne napisał słynną biografię Harolda Macmillana, którego rząd upadł na skutek afery Profumo…

****) Polecam uwadze: http://boson.szkolanawigatorow.pl/krotka-refleksja-na-rok-1918#90600

 

 

Czy Norman Davies był wystarczająco dobrym filosemitą?

Ewidentnie nie był, ale aby do tego dojść trzeba nam się cofnąć do roku 1946:

Wayne S. Vucinich (1913-2005) urodził się w Butte w Montanie w rodzinie serbskich emigrantów…  Studiował w University of California w Berkeley (doktorat 1941). Następnie pracował w Office of Strategic Services [czyli w słynnym OSS, rozwiązanym w 1945…]. Od 1946 wykładowca Stanford University. Był historykiem Bałkanów, Rosji oraz Bizancjum. Wśród jego uczniów byli m.in.: Roman Szporluk, Reginald Zelnik, Norman Naimark, Larry Wolff, Vartan Gregorian. Jego bratem był historyk Alexander Vucinich (1914-2002).”

Tradycyjnie, polska wiki zapomniała wspomnieć, że prof. Vucinich był oskarżany o komunizowanie i ledwo się wywinął. No ale przynajmniej znajdujemy tam jego uczniów. Szporluk ma ciekawy życiorys** i obstawiał kierunek ukraiński, a z kolei kierunek polski obstawia Wolff††, który dyplom magistra zdobył w Harvardzie u innego specjalisty ukraińskiego, słynnego Omeljana Pricaka***. Widocznie pontyfikat JPII takie robił wtedy wrażenie, że swoją doktorską dysertację ze Stanfordu, z 1984, Wolff jeszcze rozwinął i opublikował w 1988 pt. The Vatican and Poland in the Age of the Partitions: Diplomatic and Cultural Encounters at the Warsaw Nunciature. (Wrócę do niego kiedy indziej.)

Norman Naimark reprezentuje kierunek niemiecki i nie byłby warty tu wspomnienia, gdyby nie to że to on właśnie „wygryzł” innego Normana, Normana Daviesa. A poszło o prestiżową katedrę McDonnella na Stanfordzie, utworzoną w 1977 specjalnie dla Vucinicia. W 1984 Davies został na nią rekomendowany, ale w ostatecznym, tajnym głosowaniu w 1986 jego kandytatura przepadła „on an 11 against, 10 for and 1 abstaining, vote„. Davies wszedł na drogę sądową i zażądał (ówczesnych!) 9 mln USD odszkodowania. Mimo, iż wyszło na jaw, że na owym feralnym spotkaniu „w rzeczywistości cała krytyka była skierowana konkretnie na traktowanie przez Daviesa stosunków polsko-żydowskich”****, w 1988 Davies sprawę przegrał, no i Stanford mógł od razu zatrudnić owego Naimarka.

Znając poziom twórczości Daviesa, można się jedynie dziwić tej początkowej rekomendacji. Z drugiej strony, w ten sposób straciliśmy okazję na duże wzmocnienie obecności „polskiej cywilizacji” na Stanfordzie – pytanie – czy byli wtedy polscy kandydaci lepsi od Normana?

CDN

___

**) Roman Szporluk (ur. 1933 w Grzymałowie)… Po II wojnie światowej kontynuował naukę w Lublinie, gdzie podjął studia prawnicze na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej (magister 1955). Po trzech latach asystentury na UMCS, wyjechał w 1958 r. na Zachód[1]. Dalsze badania nad historią myśli politycznej prowadził w Oksfordzie (1961) pod opieką naukową Sir Isaiaha Berlina i Johna Plamenatza, a następnie w Stanfordzie. W latach 1965-1991 zatrudniony na Uniwersytecie Michigan w Ann Arbor, od 1991 roku jest profesorem historii na Uniwersytecie Harvarda; W latach 1991-2004 dyrektor Harvard Ukrainian Research Institute… Współcześnie m.in. członek komitetu redakcyjnego Studia z Dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej, wydawanego przez Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk. „Szporluk was one of Fiona Hill (presidential advisor)‚s PhD advisor.”

††) Uczył się u Wiktora Weintrauba – historyka literatury polskiej i dyplomaty żydowskiego pochodzenia https://pl.wikipedia.org/wiki/Wiktor_Weintraub oraz u jego kolegi z NiDu, czyli u https://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Wandycz

***) Maturę uzyskał w roku 1936 w gimnazjum w Tarnopolu (do szkoły chodził m.in. z późniejszym kardynałem Władysławem Rubinem i późniejszym rektorem KUL-u M. Krąpcem). Studia rozpoczął na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Tam studiował języki Bliskiego Wschodu i związał się z Towarzystwem Naukowym im. Szewczenki. Uczestniczył w seminarium na temat historii Ukrainy kierowany przez Iwana Krypjakewycza. Studia ukończył w 1940 pod okupacją sowiecką. W 1940 przeniósł się do Kijowa, gdzie krótko studiował pod kierunkiem orientalisty Ahatanheła Krymskiego. [„W czasie wojny uciekł na Zachód„…] Następnie studia uzupełniał na uniwersytetach w Berlinie, Getyndze, Hamburgu. Doktoryzował się w 1951, habilitował zaś w 1961 jako: turkolog i ałtaista.

W 1960 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie wykładał na University of Washington w Seattle… Dzięki jego staraniom w 1973 powstał na tej uczelni prężny ośrodek badań nad Ukrainą Harvard Ukrainian Research Institute. Pritsak został jego pierwszym dyrektorem (do przejścia na emeryturę w 1989)… Po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości w 1991 r. Pritsak powrócił do Kijowa, gdzie założył Oriental Institute of National Academy of Sciences i czasopismo „Schidnyj Swit”. Ostatnie lata życia spędził w Stanach Zjednoczonych, zmarł w Bostonie w wieku 87 lat… Krytykował radykalizm polityczny i historyczny Hruszewskiego. Był także zwolennikiem pojednania żydowsko-ukraińskiego.”

****) Davies case exposes tenure process to public scrutiny

By Burke Smith Senior staff writer

„Although Stanford recently won the legal battle waged by former Visiting Prof. Norman
Davies against the University, many leading historians agree that the History Department mistakenly denied tenure to a scholar considered the world’s leading historian on Poland…

Davies first came to Stanford in 1984 to interview for the McDonnell chair. The McDonnell Search Committee unanimously recommended him for the position upon reviewing his work and consulting 25 specialists in the field.

Sheehan then offered Davies aposition as visiting professor for the 1985-86 academic year, which he accepted… But on Jan. 15, in a final vote, the history faculty rejected Davies…

Davies’ court complaint quotes History Prof. Lewis Spitz as calling the „Jewish issue” the reason… By consulting with sympathetic faculty, Davies determined that the department onlydealt with one controversial chapter on Polish Jews in „God’s Playground”…

Though University Provost James Rosse claimed that the faculty did not focus solely on the controversial chapter, Slavic Studies Prof. Richard Schupbach confirmed in a memo that all criticisms at the meeting were in fact „directed specifically at [Davies’ treatment of Polish-Jewish relations].” ”

 

9 marzec 1988