100 tysięcy Żydów w Polsce?

Polska jest ostatnio bardzo widoczna na łamach słynnych lyberalnych tygodników.

The Economist daje anonimowy tekst o programie 500+, w wydaniu papierowym pod mocnym tytułem – Dziecięca Łapówka (Baby Bribe): www.economist.com/europe/2019/03/02/ahead-of-elections-polands-ruling-party-offers-huge-handouts

Z kolei Time przypomina o gwałtownie rosnącej liczbie Żydów w Polsce: time.com/5534494/poland-jews-rebirth-anti-semitism/

Przypomina także o Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie:

„12 czerwca 2002 przybył z wizytą do Krakowa książę Walii Karol. Podczas spotkania z przedstawicielami Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Krakowie dowiedział się, że gmina potrzebuje miejsca, w którym jej członkowie mogliby się spotykać poza synagogą. W inicjatywę włączyły się World Jewish Relief i American Jewish Joint Distribution Committee – organizacje wspierające społeczności żydowskie na świecie, głównie w Europie Wschodniej.

14 listopada 2006 w synagodze Tempel odbyła się uroczystość inaugurująca budowę centrum. 29 kwietnia 2008 roku do Krakowa przybyli Karol, książę Walii i jego małżonka Camilla, księżna Kornwalii, którzy uroczyście otworzyli Centrum Społeczności Żydowskiej[1] .”

W tekście podpisanym przez Yardena Schwartz dyrektor tego Centrum**, pan Jonathan Ornstein, szacuje na 100 tysięcy liczbę osób w Polsce o żydowskich korzeniach.

**) Owo Centrum to JCC in English:

„The JCC’s permanent staff includes many Jews, but all of the 55 volunteers are gentiles. These non-Jewish volunteers are crucial for helping out on Shabbat, when Jews are not supposed to work.”

Reklamy

Żydowski król Polski

Lata osiemdziesiąte XVI wieku nie przestają mnie zdumiewać – będę jeszcze do nich wracał, a dzisiaj taki oto cymes.

Samuel Juda Katzenellenbogen w 1556 został rabinem Wenecji. Jego ojciec też był tam rabinem, a przy tym uczniem Jakuba Pollaka z Lublina**. Hagada mówi że Samuel przyjął gościnnie polskiego księcia Mikołaja Krzysztofa „sierotkę” Radziwiłła, gdy ten odwiedził Padwę. Kiedy książę znalazł się w potrzebie, zwrócił się do Katzenellenbogena, który udzielił mu niezbędnych funduszy na dalszą podróż, prosząc w zamian żeby okazał łagodność wobec Żydów w swoim kraju i chronił ich przed oskarżeniem o mord rytualny…

W dowód wdzięczności Radziwiłł podjął się odszukania w Polsce jego syna Saula, który przebywać miał w jednej z tamtejszych jesziw. Faktycznie chłopak przebywał w światowej sławy szkole talmudycznej w Brześciu Litewskim, skąd Radziwiłł zabrał go na swój dwór.

Saul miał wzbudzać zachwyt swoją wiedzą i mądrością, stając się sławnym w całym państwie. Wkrótce zgromadził wielki majątek, będąc bankierem i dzierżawcą ceł i warzelni soli na Litwie. 17 maja 1578 uzyskał nawet przywilej królewski na kupno soli wielickiej w Koronie.

W czasie bezkrólewia po śmierci Stefana Batorego w 1586, niezdecydowana szlachta długo nie mogła wybrać jego następcy. Wobec podwójnej elekcji Maksymiliana Habsburga i Zygmunta III Wazy – w końcu miano skorzystać z powołania króla tymczasowego (rex pro tempore), którą to godność miano zaproponować Radziwiłłowi. Ten jednak odmówił, ale wysunął kandydaturę Saula.

W 1587, wśród powszechnego entuzjazmu, został okrzyknięty w Lublinie królem Saul Wahl (wahl – niem. wybór) przez szlachtę. Jego panowanie miało trwać tylko jedną noc, miał wtedy wydać wiele nowych praw i przywilejów, poprawiających położenie Żydów w Polsce.”

PS. A cała ta bajka została napisana na zlecenie – wpierw w 1844 w Londynie Hirsz Edelman wydał Gedullat Sha’ul („The Elevation of Saul”), aby w 1854 dołożyć genealogię Denisa Mosesa Samuela, potomka owego „króla Polski”: https://en.wikipedia.org/wiki/Hirsch_Edelmann

Samuel was the son of the wealthy London merchant Moses Samuel (d.1839). In early life, he migrated to Rio de Janeiro and arranged loans for its government. After 17 years in Brazil, he returned to London as a financier. A very wealthy man, in 1854 he was created a baron of Portugal. His wife, Amelia [jego bratanica!!], was the niece [wnuczką] of Levi Barent Cohen. His brother Samuel Moses Samuel (1773–1873) was also a very wealthy financier and merchant, trading especially with Brazil. He lived to be 99, and was related by marriage to the Rothschilds and Montefiores. His daughters married Sir David Salomons and Samuel De Worms.

No więc ów Samuel Moses wydał córkę Amelię za swojego młodszego brata, a inną córkę Henriettę za Solomona Bendykta którego Franciszek Józef w 1871 uczynił dziedzicznym baronem. Wszak matka Solomona to Schönche Jeannette Rothschild (1771–1859), córka samego Mayer Amschel Rothschilda, więc za wujów miał on najsłynniejszy rotszyldowski kwintet.

Za to ich syn, baron George ożenił się z Louise, córką Amelii, czyli ze swoją kuzynką 1go stopnia… Z kolei inny syn, Henryk, porzucił ich wiarę, ale za to jego córka stała się menedżerką Rolling Stonesów…

Na zakończenie wypada przypomnieć teścia Mosesa Samuela https://en.wikipedia.org/wiki/Levy_Barent_Cohen

Cohen moved to England with his brother [Salomon Shlomo David Cohen-Chazzan]. By 1778, Cohen had developed a large business in London. He became known as one of the leading merchants of the city. Cohen was naturalized as a British subject in 1798. Through the distinguished marriages which his children contracted, nearly all the leading Jewish families in England were connected with him. His daughter Hannah became the wife of Nathan Mayer Rothschild; the second daughter, Judith, married Moses Montefiore; the third daughter, Jessie, married Myer Davidson. His brother also was the great-grandfather of Karl Marx.

__

**) After the accession of King Sigismund I in 1506, many Jews left Bohemia and went to Poland, founding a community of their own at Kraków. Pollak followed them, officiating as rabbi and organizing a school for the study of the Talmud, which, up to that time, had been neglected in Poland. This institution trained young men to introduce the study of the Talmud into other Polish communities. In 1530 Pollak went to the Holy Land, and on his return took up his residence at Lublin, where he died on the same day as his opponent, Abraham Minz. His most famous pupils were Rabbi Shalom Shachna of Lublin and Meïr of Padua (Maharam Padua).

 

„Sobór ojców” i „sobór mediów”

Następne fragmenty książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Sądzę, że najbliższa prawdy jest diagnoza, jaką pod koniec swego pontyfikatu postawił papież Benedykt XVI. Nawiązując do II Soboru Watykańskiego, powiedział, że z dzisiejszej perspektywy coraz lepiej widać, iż był „sobór ojców” i „sobór mediów”. Ojcowie soborowi chcieli głębokiej oraz owocnej odnowy Kościoła i w tym kierunku szły wypracowywane przez nich dokumenty. Jednak recepcja tych dokumentów, ukierunkowana przez środki masowego przekazu, przebiegała zupełnie inaczej. Widać wybiórczość w podejmowaniu i eksponowaniu poszczególnych tematów, a także rozmaite formy wypaczania i zafałszowywania intencji Vaticanum Secundum. Sądzę, że to, co powiedzieliśmy, potwierdza tę diagnozę. Czwarty paragraf deklaracji Nostra aetate należy do dokumentów, których jednostronne interpretowanie i przeinaczanie było zjawiskiem najczęstszym. Odbywało się przez pryzmat rygorów politycznej poprawności, która – gdy jest przenoszona na obszar religii i teologii – ma wyjątkowo groźne skutki.
Realizacja dialogu zapoczątkowanego przez Nostra aetate miała, w mojej ocenie, coś ze starożytnego pelagianizmu: najpierw trzeba coś uczynić, by osiągnąć coś w ludziach i ich pozyskać, a na końcu Duch Święty pobłogosławi temu dziełu. Celem dialogu stała się pojednana różnorodność, ale problem w tym, że gdy chodzi o chrześcijaństwo i judaizm jest to różnorodność naznaczona sprzecznościami wynikającymi z dwóch radykalnie odmiennych odpowiedzi udzielanych Jezusowi Chrystusowi. […]

Jaki był sens tej inicjatywy? Po co w ogóle wprowadzać Dzień Judaizmu?

Po to, żeby rozwinąć i pogłębić spojrzenie, które zalecił Sobór Watykański II w deklaracji Nostra aetate. Jeżeli chcemy lepiej zrozumieć, kim jesteśmy jako chrześcijanie, a także czym jest Kościół, musimy zapytać o judaizm i nasze z nim relacje. Kluczowe znaczenie ma wzgląd na to, o czym wielokrotnie mówiliśmy i co trzeba stale przypominać: konieczność rozróżniania między religią biblijnego Izraela i judaizmem biblijnym jako jej integralną częścią a judaizmem rabinicznym, z jakim wchodzimy w dialog. We współczesnym świecie, który staje się coraz bardziej zeświecczony, chrześcijanie powinni szukać sprzymierzeńców w wyznawaniu wiary w Boga. Natrafiając na ogromne pokłady niewiary, nie jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, bo na świecie żyją miliony ludzi religijnych, wśród nich wyznawcy judaizmu, z którymi łączą nas wyjątkowe więzi. Trzeba rozpoznać oraz ukazać naszą bliskość i pokrewieństwo, ale również określić, na czym polegają różnice, a więc jaka jest specyfika chrześcijaństwa. Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce – cały czas podkreślam pełną nazwę – został wprowadzony jako dziedzictwo Soboru Watykańskiego II oraz wezwanie do pogłębienia wiary chrześcijańskiej i mocy naszego świadectwa o Jezusie Chrystusie.

Jakie były na to reakcje księży?

Rozmaite. Obok tych, którzy mówili, że to bardzo potrzebna inicjatywa i starali się ją skutecznie wykorzystać, znajdowali się tacy, którzy zarzucali, iż jest to „zażydzanie” chrześcijaństwa i nie widzieli sensu we wprowadzaniu tego, czego nie rozumieją.

A jak Ksiądz na to reagował?

Rozumiałem jednych i drugich. Wiedziałem, że inicjatywa jest potrzebna, lecz rozumiałem i szanowałem sprzeciwy i niechęć tych, którzy jej nie aprobowali. Skoro między chrześcijaństwem a judaizmem istnieje wielka przepaść, to najpierw trzeba robić wiele, żeby ją zakopać. Nie można wymagać od ludzi, żeby skakali w przepaść, nie wiedząc, czym się to skończy. Jeżeli uwidaczniają się duże różnice, które nas dzielą, to wymagają one wytrwałego wyjaśniania. Ponieważ po obu stronach istnieją zastarzałe stereotypy, to wprowadzając coś bezprecedensowego, należy wykazywać niespożytą cierpliwość. Skoro księża nie mieli pojęcia o judaizmie ani się z nim nie stykali, mogli tę inicjatywę postrzegać jako obcy desant. I bywała tak postrzegana. Nasze stanowisko, żeby zostało przyjęte przez innych, musi zostać najpierw przedstawione w taki sposób, by mogło być starannie przemyślane i szczerze przyswojone. Ten proces wymaga czasu. Przychylnego nastawienia wobec Żydów i ich religii nie można narzucić ani wymusić, tak samo płonne jest oczekiwanie na natychmiastowe pozytywne efekty. Uważam, że trzeba cierpliwie edukować i wychowywać, będąc przygotowanym zarówno na sukcesy, jak i – jeszcze bardziej – na porażki.

Mimo wszystko był to jednak triumf myślenia teologicznego, czyli religijnego namysłu nad judaizmem, nad podejściem kulturowym czy społecznym.

Do pewnego momentu tak. Ale z czasem dochodziło do tego, że z Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zrobiono coś w rodzaju dni kultury żydowskiej w polskich kościołach. Od 2006 roku, po IX Dniu Judaizmu, nie było już materiałów liturgicznych kolportowanych do parafii, pojawiły się natomiast i mnożyły nowe pomysły – wycinanki żydowskie, koszerne jedzenie i degustacja potraw, muzyka klezmerska, poszerzanie wiedzy o Holokauście oraz pogromie kieleckim i Jedwabnem, spotkania z przedstawicielami ambasady Izraela i tak dalej. Zrobił się i upowszechnia – jak się dzisiaj mówi – event dla miłośników kultury żydowskiej. Perspektywa religijna nie została zupełnie zapomniana, ale zeszła na dalszy plan.

Ale może to jest również element szerszego procesu, czyli instrumentalizacji religii przez politykę.

Tak, to jest, świadoma czy nieświadoma, instrumentalizacja i ta pokusa grozi zawsze kontaktom religijnym, które mogą być – i bywają – skażone ideologią. W mojej ocenie inicjatywa Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przeżywa silny kryzys. Co prawda, jest co roku niebywale nagłaśniana, w czym prym wiedzie Katolicka Agencja Informacyjna, ale pozostaje domeną niewielkiej grupy tych samych osób i nie ma przełożenia na powszechną świadomość wiernych. Niektóre poczynania są wręcz groteskowe. Pojawiają się też głosy przedkładające wartość spotkań jako takich nad dochodzenie do prawdy. W styczniu 2018 roku, w kontekście Dnia Judaizmu, jeden z rektorów wyższych seminariów duchownych przekonywał: Nie chodzi o racje, nie chodzi o przekonania, ale najpierw chodzi o spotkania, ten rodzaj otwartości i dialogu, który prowadzi do przyjaźni”. Problem w tym, czy istnieje prawdziwa przyjaźń, która nie liczy się z racjami i przekonaniami. Coraz częściej wyłania się dylemat, czy prawda może być zastąpiona deklaracjami pokoju, które przybierają postać umizgów i ugrzecznionego komplementowania się nawzajem. Takie postawy nie usuwają nabrzmiałych problemów, a tylko je odkładają w czasie. Nazbyt wymownie ilustruje to konflikt, jaki na początku 2018 roku gwałtownie wybuchł wokół kłamliwego wyrażenia „polskie obozy zagłady”. Konkludując, jeśli chodzi o inicjatywę Dnia Judaizmu, to do 2006 roku kierunek jej realizowania był dobry, ale nie udało się go utrzymać, natomiast po 2006 roku kierunek się zmienił i jest konsekwentnie utrzymywany.

Dlaczego tą cezurą jest rok 2006? Co się wówczas stało?

Doszło do zmiany składu i przewodniczącego Komitetu Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem. Mówiliśmy, że to gremium stanowi kręgosłup oficjalnych relacji z wyznawcami religii żydowskiej, co ma przełożenie na konkretne działania w Kościele. W 2006 roku na czele Komitetu stanął Mieczysław Cisło, biskup pomocniczy lubelski. W bibliografii dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce, liczącej grubo ponad siedem tysięcy publikacji, jest wzmiankowany trzy razy.

A arcybiskup Stanisław Gądecki?

Setki razy. Pozostali dotychczasowi członkowie Komitetu również mieli na swoim koncie liczne publikacje na te tematy. Biskup Cisło jest wzmiankowany nie jako autor czy promotor samodzielnych inicjatyw, lecz uczestnik przedsięwzięć realizowanych u boku arcybiskupa Józefa Życińskiego, metropolity lubelskiego.

Czy Ksiądz Profesor znalazł się w nowym składzie Komitetu?

Nie, bo zmieniła się opcja w ustawianiu kontaktów Kościoła z Żydami i ich religią. […]

Tymczasem z Dnia Judaizmu zrobiono przedsięwzięcie kulturalno-społeczne i polityczne, wskutek czego zabrakło miejsca (albo jest go stanowczo za mało) dla wymiaru religijnego i teologicznego, a to przecież on stanowi jej sedno. Kiedy go brakuje, dialog traci to, co najważniejsze. Nie jest normalne ani do zaakceptowania, że w dniu obchodów usuwa się ołtarz z kościoła, w którym są one urządzane, albo zasłania krzyże tak, aby nie było ich widać. Nie było pierwotnym zamiarem i to, że Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce przekształca się stopniowo w tydzień kultury żydowskiej wyprowadzany z udziałem osób duchownych ze świątyń w inne miejsca i konteksty. Wprawdzie nadal są powtarzane wybrane zdania z deklaracji Nostra aetate i kilka cytatów z nauczania Jana Pawła II, ale w tym, co najbardziej istotne, czyli w głębszym samorozumieniu Kościoła, w ogóle nie posunięto się do przodu. Szkoda, bo inicjatywa miała szanse, by stać się wzorcową dla innych Kościołów lokalnych. Mimo że istnieje w Polsce od dwudziestu lat nie poszły one w tym kierunku, ani Stolica Apostolska nie rozciągnęła jej na cały Kościół katolicki.»

 

Prawda. Chrystus. Judaizm

Fragment książki ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, (jedynego polskiego) laureata nobla Ratzingera – https://wydawnictwofronda.pl/ksiazki/prawda-chrystus-judaizm

« Powinniśmy zacząć od stwierdzenia, które może wydawać się banalne, ale – w moim przekonaniu – zawiera znaczącą treść. Kościół katolicki zaangażował się w dialog z Żydami i judaizmem ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemnili to nastawienie i zaangażowali się w relacje z Kościołem ze względu na siebie. Ten fakt przesądza niemal o wszystkim, co ma miejsce w ramach wzajemnych relacji.

Jak to rozumieć?

Po stronie Kościoła katolickiego praktyka i częstotliwość kontaktów z Żydami wyprzedziły poważną i potrzebną refleksję teologiczną. Ponawiane spotkania i gesty nie tylko zastępowały rzetelną teologię, lecz ją również znacząco ukierunkowywały. Sprzyjała temu antyintelektualna rewolucja w teologii, głównie na skutek podporządkowywania jej rygorom politycznej poprawności. Zajmowanie się teologią nierzadko jest traktowane jako trampolina do tytułów akademickich i różnego rodzaju karier. Pogłębiona, a przede wszystkim poprawna i zgodna z tradycją katolicką refleksja nad Nostra aetate bywa rzadka, a w niektórych kręgach jest nawet źle widziana. Poprzestaje się na zacytowaniu, często wybiórczym, tego czy innego fragmentu soborowej deklaracji, po czym praktyka dialogu idzie własnym torem. Dysponując potencjałem Biblii i wielowiekowej Tradycji chrześcijańskiej, zaniechano korzystania z tego bogactwa na rzecz mizernego naśladowania i powielania nowinek, na które czekają dziennikarze i środki masowego przekazu. Tylko sporadycznie próbowano zgłębiać i rozwijać myśli zawarte w soborowym dokumencie, natomiast znacznie częściej odgrzewano dawne pytania i podsuwano kolejne, nie udzielając zadowalających odpowiedzi. Wysiłek zbliżenia podjęty przez Kościół skutkował licznymi ukłonami w stronę Żydów i judaizmu, podczas gdy po stronie żydowskiej wypowiedzi i gestów, które by to odwzajemniały, nie było tak wiele. Istniała pod tym względem – i istnieje nadal – asymetria.

Jan Paweł II mówił, że poznawanie judaizmu powinno być elementem samoświadomości Kościoła.

To oczywiście prawda. Problem w tym, że praktyka wyprzedza, a nawet zastępuje refleksję, która wychodzi naprzeciw temu postulatowi. Spotkań na różnych szczeblach nie brakowało, lecz rzadko podejmowano zagadnienia ściśle teologiczne, wśród nich to, które jest kluczowe, a mianowicie pogłębianie w spotkaniu z judaizmem świadomości Kościoła o sobie. A przecież czwarty punkt deklaracji Nostra aetate, który stał się podstawą nowych relacji katolicko-żydowskich, zaczyna się od słów: „Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi, którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama. Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków”. Zatem decydującym impulsem dla nowego spojrzenia na judaizm ma być pogłębienie samoświadomości Kościoła i lepsze zrozumienie tego, czym Kościół jest. Niestety praktyka okazywała się odmienna. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byłem mocno zaangażowany w rozmaite inicjatywy dialogowe – oficjalne, półoficjalne i osobiste – nie dostrzegałem ani nie rozumiałem tego tak wyraźnie jak teraz.

Czego Ksiądz Profesor nie widział?

Kościół zaangażował się w dialog ze względu na Żydów, dając wyraz współodczuwaniu ich tragicznej historii i losu, którego symbolem jest Holokaust. Tego wymiaru nie sposób przeoczyć. Jednak fundamentalnym impulsem i podstawowym celem po stronie katolickiej powinna być, zgodnie z ujęciem ojców soboru, sprawa samoświadomości Kościoła. O ile „nie” dla antysemityzmu jest głośne, o tyle „tak” dla wyzwania, które wynika ze zgłębiania korzeni i natury chrześcijaństwa nie brzmi już tak głośno. Trzeba, abyśmy coraz lepiej rozumieli i przyswajali prawdę wyrażoną w Nostra aetate, iż Kościół „wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary (por. Ga 3,7), i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła”. Nawiązanie relacji z wyznawcami judaizmu powinno nam, chrześcijanom, mocniej uświadomić wspólne korzenie sięgające Abrahama i pozostałych patriarchów, obejmujące judaizm biblijny i całą rzeczywistość Starego Testamentu. Istotnym owocem wejścia w dialog z tymi, którzy wierzą inaczej niż my, jest budowanie i umacnianie własnej tożsamości religijnej. Zarazem wypowiadając siebie, pozwalamy partnerowi dokładnie na to samo. W konkretnym przypadku wejścia w dialog z Żydami otrzymujemy możliwość lepszego poznania ich samych oraz religii, którą wyznają.

Wydaje się jednak, że ta teologiczna potrzeba pogłębienia samoświadomości Kościoła została jakoś zrealizowana, co prawda nie w dialogu z judaizmem, ale w życiu wewnętrznym Kościoła. Zaczęto przecież coraz bardziej zgłębiać korzenie naszej wiary, zwłaszcza te zanurzone w judaizmie biblijnym. Rozwinęły się studia nad judaizmem. Tematyka ta cieszy się zainteresowaniem wiernych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jeśli chodzi o życie wewnętrzne, Kościół zawsze miał potrzebę refleksji nad tym, czym jest. Wychodził jej naprzeciw bardziej czy mniej świadomie, bardziej czy mniej aktywnie – ale wychodził. W początkach i pierwszych wiekach chrześcijaństwa ta potrzeba była bardzo pilna, bo należało określić swoją tożsamość zarówno względem religii biblijnego Izraela, jak i judaizmu rabinicznego. Trzeba też było ustalić miejsce Kościoła w ówczesnych systemach politycznych, najpierw w systemie Imperium Rzymskiego, a później, po jego upadku, w radykalnie nowej sytuacji, jaka się wytworzyła. Mijały wieki i wyłaniały się państwa narodowe. Historycy wskazują na procesy i wydarzenia, które w każdym stuleciu i w zmieniających się warunkach motywowały Kościół do refleksji nad tym, czym jest i czym powinien być. Kiedy jej zabrakło, wtedy Kościół się dzielił, gdyż nie było tego, co go jednoczyło, a mianowicie poczucia wspólnej tożsamości i misji oraz wspólnego posłannictwa i przyszłości. Takie są korzenie schizmy, do której doszło w 1054 roku, a także rozpadu Kościoła zachodniego zapoczątkowanego przez Lutra w pierwszej połowie XVI wieku. Odkrycie Nowego Świata, narastający kolonializm i rewolucja francuska wytworzyły nowe okoliczności do przemyślenia tożsamości Kościoła i chrześcijaństwa. Wiek XIX, ruchy narodowościowe i ruch robotniczy, a także ogromny postęp techniczny i technologiczny wymagały szukania kolejnych odpowiedzi na to odwieczne pytanie. »

CDN

 

Coco, kapitaliści oraz pewien zawzięty filosemita i upadek de Gaulle’a

Coco w 1920

__

W tym samym 1924 roku, kiedy to w Krakowie przy ulicy Józefitów powstała firma „Doktora Lustra Preparaty Kosmetyczno-Lekarskie Miraculum”, właściciele sławnej firmy Bourjois – bracia Wertheimer podpisali w Paryżu kontrakt ich życia.

 A zaczęło się to w 1922 w słynnym Deauville, jednym z francuskich sopotów (obok Biarritz, Nicei, itd.), kiedy to ich wspólnik, Teofil Bader, właściciel paryskich Galeries Lafayette przedstawił braciom geniusza mody – Gabrielę Coco Chanel. W tym samym roku Coco zaczęła też sprzedawać w swoich butikach perfumy, wytworzone przez Ernesta Beaux, pod nazwą Chanel Nr 5.

Kiedy w 1924 okazało się, że owe perfumy robią furorę dobiła targu: bracia mieli się zająć „wszystkim”, tj. ich produkcją, komercjalizacją i dystrybucją, a ona za firmowanie tego przedsięwzięcia pod nazwą Les Parfumes Chanel dostała 10% udziałów. Z czasem zaczęła tego mocno żałować, twierdząc że Pierre W. ją wykorzystał no i w 1935 skierowała sprawę do sądu. Nic to nie dało, ale Coco nie zrezygnowała i w 1940, kiedy bracia W. przez Brazylię uciekli do USA, zaczęła próbować wykorzystać „aryjskie” prawo okupacji do przejęcia firmy. I znowu nic z tego – bracia W. przekazali bowiem swoje udziały (także te w Bourjois) pewnemu Francuzowi, Feliksowi Amiot. Przypominam ten sam manewr wykonany w przypadku Banku Sal. Oppenheim…

We wrześniu 1944 Coco była przesłuchiwana przez pewną „francuską komisję oczyszczenia” (un comité d’épuration des FFI) ale po dwóch godzinach została zwolniona, ponoć po bezpośredniej interwencji… Churchilla. Sama Chanel powoływała się przy innej okazji na brytyjskiego ambasadora Duff Coopera. Tak czy inaczej, zaraz potem Coco czmychnęła do Szwajcarii z której wróciła dopiero po dobrych kilku latach. Najlepsze, że jeszcze w 1947 Chanel udało się jednak coś wycisnąć i Pierre Wertheimer w końcu coś jej znaczącego dorzucił…

I tu znowu wracamy do Deauville – warto przy tym odnotować, że mieli tam rezydencję Wertheimerowie, ale nieopodal mają nadal wielką rezydencję francuscy Rotszyldowie. Nam się Deauville źle kojarzy**, ale generalnie słynie z kasyn i wyścigów konnych, w których to wyżywają się obok Rotszyldów także młodsze pokolenia Wertheimerów. W latach międzywojennych odbywały się tam też pokazy lotnicze, ale do spotkania braci W. z owym słynnym lotnikem, wspomnianym już Feliksem Amiotem doszło jeszcze wcześniej bo już w 1916. W efekcie Wertheimerowie sfinansowali SECM czyli firmę produkujacą samoloty (jest tam element polski***). Jednak na masową produkcję samolotów wpływ miały złe stosunki Amiota z Ministerstwem Lotnictwa oraz ciągłe zmiany techniczne wymagane przez służbę techniczną lotnictwa. W styczniu 1939 r. Pierre Wertheimer wyjechał z planami technicznymi do Stanów Zjednoczonych, dążąc do założenia fabryki w Nowym Orleanie…

Po wojnie bracia Wertheimer rozpoczęli postępowanie przeciwko Amiotowi, aby odzyskać maksimum, bo ten wychodzi z wojny w dobrej sytuacji finansowej. Został jednak aresztowany 6 września 1944 r. wraz kierownictwem SECM pod zarzutem współpracy i aspołecznego postępowania, a następnie szybko zwolniony. Postępowanie ostatecznie umorzono w 1947. W listopadzie 1944 zarekwirowano SECM co w 1946 r. przekształciło się w nacjonalizację w wyniku polubownej sprzedaży państwu, kończąc działalność Amiota w lotnictwie.

W 1956 Feliks zakłada w Cherbourgu CMN i produkuje statki. W 1969 dochodzi tam do słynnej afery uprowadzenia przez izraelskie służby pięciu kutrów rakietowych – Vedettes de Cherbourg. A zaczęła się ta afera na początku lat 60tych kiedy to rząd niemiecki nie zezwolił na budowę w stoczni Luerssen kutrów rakietowych najnowszej generacji dla Izraela. Podjął się tego w zamian Amiot i CMN, notabene przy bardzo bliskiej kooperacji ze stocznią Luerssen… Już w 1965 pojawiły się w Cherbourgu pierwsze izraelskie załogi, jednak po wojnie sześciodniowej w 1967 de Gaulle wstrzymał wszelki eksport broni do Izraela. A trzeba pamiętać, że wtedy to Francja była najważniejszym dla Izraela dostarczycielem technologii wojskowych. No, to w maju 1968 wybucha rewolta a w kwietniu 1969 de Gaulle składa dymisję. Tyle że jego następca, Pompidou, podtrzymuje embargo i Żydzi decydują się po prostu uprowadzić owe kutry, i to w Boże Narodzenie 1969… Pierwszy zniknięcie kutrów, po niewczasie, dostrzega dziennikarz… BBC. No comments.

Do Hajfy kutry dotarły 31 grudnia, a potem z powodzeniem wzięły udział w wojnie Jom Kippur, w 1973.

PS. Przypominam ciąg dat:

5-11 czerwca 1967 – wojna 6-dniowa

https://en.wikipedia.org/wiki/Long,_hot_summer_of_1967

5 stycznia 1968 – Alexander Dubček został wybrany na sekretarza partii komunistycznej w Czechosłowacji.

8 marca 1968 – początek demonstracji studenckich w Polsce

22 marca – początek protestów studenckich (Maj 1968) we Francji

16 lipca – ultimatum państw Układu Warszawskiego wobec Czechosłowacji.

A co z innymi? O Niemcy nie trzeba się było martwić, a w Wlk. Brytanii od 1964 (Profumo!) rządzili laburzyści. Notabene, Breżniew to też 1964****

__

**) http://boson.szkolanawigatorow.pl/dwie-kadencje-obamy-i-co-dalej

***) https://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Kubala

****) W maju 1967 został przewodniczącym KGB.

His mother Yevgenia Karlovna Fleckenstein (none of the official sources mentioned her name) was a school teacher who died in 1931… It was also reported that his mother belonged to merchantry. In fact Karl Fleckenstein was a rich jewel merchant, owner of a jewellery store, and so was his wife who took over her husband’s business after his accidental death in 1915 (he was confused for a German during the infamous anti-German pogrom in Moscow, although Andropov preferred to refer to it as anti-Jewish).[10][11] The whole family could’ve turned into lishentsy stripped of basic rights if she hadn’t abandoned the store after another pogrom in 1917, invented herself a proletarian background and left Moscow for the Stavropol Governorate along with Andropov’s mother

https://en.wikipedia.org/wiki/Yuri_Andropov

 

Chanel nr 5 i Pani Walewska czyli połamane nogi oraz izraelscy komandosi

Jak powszechnie wiadomo, kosmetyki to bardzo, bardzo poważny biznes. Czasami także mocno niebezpieczny. Notka Coryllusa o której było tu poprzednio przypomniała mi sprawę Miraculum i „mistycznego” Roberta W., a to przywołało inne afery. No, ale po kolei.

Przed półką z wodami toaletowymi w jednym z warszawskich hipermarketów stoi grupka młodych Rosjanek. Nie interesują ich produkty popularnych międzynarodowych producentów, lecz wciśnięte w kąt na samym dole granatowe flakoniki perfum Pani Walewska.

– To ładny zapach – mówi szczupła brunetka. – Używała go moja mama – wtrąca się druga. – Mówiła, że w Związku Radzieckim to był najbardziej luksusowy zapach, jaki można było kupić w sklepach…

A tradycje były wspaniałe. W 1924 roku, gdy świat nie przeczuwał nawet zbliżającego sięWielkiego Kryzysu, w Krakowie przy ulicy Józefitów powstała firma „Doktora Lustra Preparaty Kosmetyczno-Lekarskie Miraculum”.

Dr Leon Luster, lekarz medycyny, należał do pokolenia urodzonych na ziemiach polskich genialnych pionierów przemysłu kosmetycznego, których najwybitniejszymi przedstawicielami byli urodzona w Krakowie Helena Rubinstein, pochodzący ze Zduńskiej Woli Max Factor i twórca marki Nivea gliwiczanin Oskar Troplowitz…

Dr Luster był nie tylko twórcą unikalnych receptur, wybitnym specjalistą od marketingu i zdolnym przedsiębiorcą, ale również człowiekiem przenikliwym. W 1939 roku sprzedał firmę Witoldowi Boehmowi i wyjechał z kraju. Po wojnie zakład upaństwowiono i postawiono głównie na produkcję środków czystości…

Jednak prawdziwa rewolucja nastąpiła za Edwarda Gierka. Seria Brutal zdobyła serca konsumentów od Łaby po Pacyfik. W 1973 roku pojawiły się perfumy Pani Walewska, które zapewne przypadkowo przypominały kilka nut zapachowych Chanel Nr 5, i szybko zyskały miano pierwszych perfum w socjalistycznym obozie. Szczególnie ceniono je w Związku Radzieckim, gdzie używały je nawet gwiazdy kina i piosenki.

Sukces był tak duży, że w 1987 roku utworzono nowy podmiot gospodarczy: Polsko- Radziecką Fabrykę Wyrobów Chemii Gospodarczej i Perfumeryjno-Kosmetycznych Miraculum.”

Trzeba tu uzupełnić, iż Witold Boehm był nie dość że współzałożycielem Miraculum, to i zięciem dr. Lustra. Jego jedyna córka Matylda, która wyszła za owego Boehm’a zmarła w Nowym Jorku w 1999. Nie udało mi się ustalić, gdzie i kiedy zmarli dr Luster i Witold Boehm, ale wiadomo, że owa Matylda przeszła „wojenny szlak” przez Syberię, Teheran i Bejrut, zapewne z armią Andersa i w USA wylądowała w 1948**.

I tu pojawia sie Robert Walter, antropozof i „mistrz z Komorowa”, urodzony w 1908 we Lwowie. „Członkowie jego rodziny byli właścicielami fabryki perfum w której powstał min. zapach Pani Walewska. Sam Walter po wojnie pracował jako kiper dla państwowego przemysłu perfumeryjnego. Mieszkał w Komorowie pod Warszawą gdzie prowadził nieformalną grupę ezoteryków skupionych wokół jego obszernej biblioteki (13 tys. tomów), cudem ocalonej z Powstania Warszawskiego…

Znajomymi Waltera byli także ówczesny premier Józef Cyrankiewicz i jego żona, wybitna artystka Nina Andrycz, „ezoteryczna uczennica” Waltera, która opisała spotkania w nim w swej autobiografii Bez początku, bez końca wydanej w 2003 roku. Mimo tej znajomości, nie uniknął on aresztowania w [maju] 1952 roku pod zarzutem „szpiegostwa gospodarczego” i spędził [prawie] trzy lata w więzieniu śledczym na Mokotowie. Pobyt ten zupełnie zrujnował mu zdrowie, już przez całe życie utykał z powodu połamania mu nóg podczas śledztwa. Po wyjściu z więzienia, bez przyznania się do winy i bez procesu nie mógł wyleczyć się z chorób, których się tam nabawił. Wytoczył zatem proces państwu, na którego koszt po wygranej sprawie wyjechał do Lukas Klinik w Arlesheim k. Dornach.”

Taak, w 1955 (?) wygrał proces o odszkodowanie za „pomyłkę” śledczą… tak się jednak składa, że państwowe Miraculum po jego wyjściu z więźnia znowu zaczęło produkować kosmetyki. Zwraca uwagę też taka koincydencja: w 1952 Cyrankiewicz traci tekę premiera na rzecz Bieruta i odzyskuje ją dopiero w 1954…

CDN

___

**) Razem z Beatą Brand z Krakowa (Tarnowa?), jej przybraną córką, która później wyszła za szefa ANL i wydała wspomnienia pt. Bea’s Journey, Bea Schriesheim,
Modern Memoirs, 2003.

 

Wesoły Antoni

Moje większe zainteresowanie sławnym Antonim spowodowała wpierw notka Coryllusa pt. Szaleństwo Antoniego Słonimskiego, a w szczególności jeden cytat z Alfabetu.

„A tu taki fragment: ‚MacLeish Archibald. Poeta amerykański. Laureat nagrodu Pulitzera.

W 1958 w Paryżu na konferencji UNESCO zaproponował mi znany komentator telewizji amerykańskiej CBS Ed Marrow odbycie rozmowy z MacLeishem i Arturem Rubinsteinem na temat sztuki w epoce cywilizacji technicznej. Organizował to jego asystent Dan Shorr. Możemy tę rozmowę odbyć zaraz, póki jestem w Paryżu – zaproponowałem. W Paryżu pan nas nie interesuje – odpowiedział Shorr – Musi pan wrócić do Warszawy. Cały smak tej rozmowy polega na tym, że pan będzie mówił spoza tak zwanej „żelaznej kurtyny”, Rubinstein z Europy, a MacLeish z Ameryki. Sfilmujemy jednocześnie waszą rozmowę, a całość opracuje Marrow.
Gdy wróciłem do Warszawy, ekipa amerykańska zmontowała w moim mieszkaniu piekielnie skomplikowaną aparaturę łączącą Warszawę z Paryżem, a Paryż z Ameryką. Nie widzieliśmy się na ekranach, ale słyszeliśmy się doskonale…’

W 1958 roku ekipa CBS produkuje program telewizyjny w mieszkaniu Słonimskiego?!!!!!

No właśnie, na mnie to też zrobiło piorunujące wrażenie. A do tego doszła ta historia z Daviesem, kiedy to przypadkiem spotyka on w Brighton Antoniego Słonimskiego, no i zaraz polska kariera Normana nabiera rozpędu. Co robiło małżeństwo Słonimskich w Anglii w 1965? Jego biogram mówi o ich pobycie w Londynie w 1972, a o 1965 milczy. Przecież dopiero co, w marcu 1964 wybuchła wielka aftera wywołana przez samego Antoniego, czyli tzw. List 34. Zaczęły się represje – Melchior Wańkowicz został wpierw aresztowany, potem skazany, ale wykonanie wyroku zawieszono. A taki Cat-Mackiewicz nie dał się skazać na procesie – wziął i zszedł w 1966. Tymczasem w 1965 nasz Antoni w najlepsze sobie spaceruje z małżonką w Brighton…

Wrócimy do jego biogramu:

Nie kryjąc swego pochodzenia, krytykował zarówno ortodoksję żydowską, jak i żydowski nacjonalizm. Występował przeciwko fanatyzmowi religijnemu i doktrynerstwu, przeciwstawiając im wiarę (z czasem jednak słabnącą) w siłę rozumu i skuteczność perswazji. Łączył z tym fascynację angielskimi wzorami myśli społecznej i porządku socjalnego (Anglię odwiedzał kilkakrotnie, m. in. w r. 1926 i 1930). Uważał się za sympatyka Polskiej Partii Sojalistycznej (PPS)…

W składzie delegacji polskiej brał udział w XII Kongresie PEN-Clubów w Edynburgu (1934; poznał wtedy osobiście H. G. Wellsa, którego był wielbicielem i propagatorem), a także w XV kongresie w Paryżu (1937), na którym polemizował w obronie wolności słowa z rzecznikami ideologii faszystowskiej. W r. 1934, po kongresie edynburskim, spędził kilka tygodni w Kornwalii…

W czerwcu 1940, z klęską Francji, przedostał się do Londynu, gdzie osiadł na jedenaście lat. Pracował tu w polskiej sekcji British Broadcasting Corporation (BBC). Nadal był członkiem i (do marca 1945) wiceprezesem polskiego PEN-Clubu; w lipcu 1941 wraz z grupą pisarzy odwiedzał polskie obozy wojskowe w Szkocji, uczestnicząc w wieczorach autorskich. W t. r. brał udział w XVII Kongresie PEN-Clubów w Londynie…

Nadal drukował w „Wiadomościach Polskich”, przeniesionych do Londynu, a także w oficjalnym, wydawanym przez Min. Informacji i Dokumentacji RP „Dzienniku Polskim” (1941–3). Gdy w październiku 1941 drogi jego z „Wiadomościami” rozeszły się wskutek nieporozumień politycznych (S. poparł linię polityki Władysława Sikorskiego i jego pakt z ZSRR, „Wiadomości” zajęły stanowisko opozycyjne), podjął współpracę (1941–2) z „Robotnikiem Polskim w Wielkiej Brytanii”, związanym z PPS. Publikował tu m. in. stały cykl Kroniki londyńskie (wyd. wraz z wyborem tekstów wcześniejszych pt. Kroniki londyńskie, oprac. P. Kądziela, W. 1995). Od kwietnia 1942 do listopada 1946 wydawał wspólnie z Karolem Estreicherem miesięcznik „Nowa Polska”, subwencjonowany przez Fundusz Kultury Narodowej. Było to pismo demokratyczne i liberalne, o sympatiach umiarkowanie lewicowych, akceptujące taktyczny sojusz z ZSRR. Wkrótce pozyskało wybitnych współpracowników i rangę liczącego się periodyku literacko-politycznego.

Już wcześniej S. nawiązał współpracę z H. G. Wellsem, z którym redagował Deklarację praw człowieka; jej wersja polska ukazała się w „Nowej Polsce” (1942 nr 2). We wrześniu 1944 podpisał, ogłoszony przez PEN-Club, „Apel pisarzy polskich” o pomoc w staraniach o poparcie dla powstania warszawskiego, rozesłany do in. PEN-Clubów i do najwybitniejszych pisarzy państw sprzymierzonych. Po zakończeniu działań wojennych przyjechał do kraju we wrześniu 1945 wraz z dwutygodniową wycieczką pisarzy i artystów angielskich. Był w Warszawie i Krakowie (gdzie 15 IX miał wieczór autorski). Po powrocie do Londynu działał w komisji przygotowawczej UNESCO, a po powołaniu tej organizacji objął w niej kierownictwo Międzynarodowej Sekcji Literatury i Dramatu; funkcję tę pełnił do r. 1948. Działo się to już z akceptacją Ambasady RP w Londynie, stanowiło więc początek współpracy S-ego z władzami krajowymi i spowodowało otwarty konflikt ze środowiskiem emigracji. W czerwcu 1947 S. odwiedził ponownie kraj. W r. 1948 uczestniczył w Światowym Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju (Wrocław 25–28 VIII) i podpisał przyjętą tam rezolucję. W l. 1949–51 był dyrektorem podlegającego Warszawie Instytutu Kultury Polskiej w Londynie.

Jesienią 1951 S. wrócił do kraju. Włączył się w nurt działań propagandowych, napisał artykuł potępiający decyzję pozostania na Zachodzie Czesława Miłosza (Odprawa, „Tryb. Ludu” 1951 nr 307), deklarował w niektórych wierszach akceptację Polski Ludowej…

Na VII Zjeździe ZLP w Warszawie (29 XI – 2 XII 1956) S. został wybrany na prezesa Zarządu Głównego i wybór ten był przyjęty jako symbol odnowy życia literackiego [uhaha]. Wkrótce też zaczął być traktowany jako jedna z głównych postaci demokratycznej opozycji. Kontynuował starania o zwolnienie pisarzy więzionych z powodów politycznych. Często wypowiadał się publicznie w obronie wolności słowa i swobód obywatelskich. W związku z pełnionymi funkcjami wiele podróżował… Obradujący w Warszawie X walny Zjazd Delegatów ZLP (3–5 XII 1959), pod presją kół partyjnych nie przedłużył S-emu prezesury na kadencję następną; zastąpił go Jarosław Iwaszkiewicz…

W marcu 1964 S. był inicjatorem, autorem i – wraz z Janem Józefem Lipskim – głównym organizatorem tzw. Listu 34 – pierwszego zbiorowego protestu środowisk intelektualnych przeciwko polityce kulturalnej partii i państwa; 14 III przekazał tekst do kancelarii premiera Józefa Cyrankiewicza. W następstwie otrzymał na pewien czas zakaz druku i naraził się na ataki, m. in. ze strony I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonrej Partii Robotniczej (KC PZPR) Władysława Gomułki i organizacji partyjnej przy warszawskim Oddziale ZLP. W l. 1965 do marca 1968 publikował niewiele; m. in. wydał dwa monologi w tomiku Jawa i mrzonka (W. 1966). W r. 1965 otrzymał nowojorską nagrodę Fundacji Alfreda Jurzykowskiego…

Dn. 19 III 1968, na spotkaniu z aktywem partyjnym w Sali Kongresowej Pałacu Kultury, zaatakował S-ego Gomułka. Po marcu 1968 ponownie został pozbawiony możliwości druku aż do grudnia 1970, kiedy to wraz ze zmianą kierownictwa PZPR zmieniła się sytuacja cenzuralna. W czerwcu 1971 zaprosił S-ego do współpracy „Tygodnik Powszechny” i tu poeta publikował stale felietony, mniej więcej co dwa tygodnie, aż do zgonu. Zostały one później wydane książkowo: Obecność. Felietony 1971–1972 (W. 1973) i Ciekawość. Felietony 1973–1976 (pośmiertnie, W. 1981).

Wiosną 1972 S. wraz z żoną odwiedził Londyn. We wrześniu t. r. rozpoczął druk Alfabetu wspomnień w tygodniku „Polityka” (wyd. książkowe: ocenzurowane W. 1975, pełne – W. 1989). W zbieraniu i weryfikacji materiałów pomocny mu był Adam Michnik, zaangażowany w r. 1972 przez S-ego jako sekretarz. Dn. 10 XII 1972 S. został przyjęty do loży wolnomularskiej «Kopernik» w Warszawie. Od r. 1973 miał rentę specjalną przyznaną przez Prezesa Rady Ministrów…

S. zmarł w Warszawie 4 VII 1976 w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym, w drodze do Domu Pracy Twórczej w Oborach. Został pochowany w Laskach pod Warszawą. Znaczną część dochodów z przyszłych wydań swych dzieł zapisał w testamencie Tow. Opieki nad Ociemniałymi z siedzibą w Laskach. Był odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1954). S. był żonaty (od marca 1934) z Janiną Konerską (Konarską) (zob. Słonimska Janina)**. Nie pozostawił dzieci. W r. 1990 na domu, w którym mieszkał S. w Alei Róż 6 w Warszawie, została wmurowana tablica pamiątkowa.”  (Roman Loth)

No, szczęka opada… tyle anegdot człek za młodu się nasłuchał, o wesołkach przy stolikach kawiarnianych*** itd. itp. Toż ten Antoni to jak Reciu prawie – no wprost wszechobecny i nietykalny. Sprawdziłem trop Recia, tak dosłownie, i oto odpowiedni fragment z książki Podgórskiego:

„W trakcie badania dokumentów dotyczących powstania Grupy Bilderberg w archiwum Retingera w Bibliotece Polskiej w Londynie Autor odnalazł list dr. Fransa de Graafa, osobistego sekretarza księcia Bernharda, datowany 9 stycznia 1957 r., w którym akceptuje on zaproszenie do wzięcia udziału w konferencji Grupy Bilderberg czterech delegatów z Polski. W liście wymieniono przewodniczącego Związku Literatów Polskich – Antoniego Słonimskiego, Eligiusza Lasotę – wydawcę „Po prostu”, Jerzego Turowicza – redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” i Janusza Groszkowskiego – profesora Politechniki Warszawskiej, późniejszego posła na Sejm, wiceprzewodniczącego Rady Państwa i prezesa Polskiej Akademii Nauk, który był wówczas osobą najmniej znaną z tej czwórki. Profesor Groszkowski w czasie wojny współpracował przy tajnej produkcji nadajników i odbiorników radiowych na potrzeby Armii Krajowej oraz przekazał Brytyjczykom wyniki badań nad pociskami V-1 i V-2, których fragmenty przekazywali partyzanci penetrujący obszar wokół nowego poligonu niemieckiego mieszczącego się w pobliżu wsi Blizna i Pustków, który przejął funkcję dawnego poligonu Peenemünde. Badał także pocisk V-2 znaleziony w Sarnakach, który został wysłany III Mostem razem z Retingerem do Londynu.

List de Graafa był najprawdopodobniej odpowiedzią na list Retingera, w którym zwrócił się do sekretarza księcia Bernharda z prośbą o akceptację rekomendowanych przez siebie osób. Może to świadczyć, że Retinger zabiegał o zaproszenie do wzięcia udziału w konferencjach Grupy Bilderberg także przedstawicieli z Polski. Autor nie odnalazł jednak w zasobach archiwum żadnych dokumentów potwierdzających udział w konferencji wymienionych w liście osób.”

___

**) „Janina Konarska-Słonimska z domu Seideman (ur. 30 kwietnia 1900 w Łodzi, zm. 9 czerwca 1975 w Warszawie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia… Pochodziła z rodziny łódzkich fabrykantów Seidemanów. Otrzymała dobre i staranne wykształcenie. Początkowo uczyła się w szkole żeńskiej Kazimiery Kochanowskiej w Warszawie. Następnie kontynuowała naukę na Państwowych Kursach Pedagogicznych dla Nauczycieli Rysunku. Potem studiowała malarstwo, grafikę i rzeźbę w Szkole Sztuk Pięknych. Była ulubioną uczennicą Władysława Skoczylasa w klasie grafiki. W 1918 przyjęła pseudonim artystyczny Konarska, który oficjalnie przyjęła jako własne nazwisko w 1924. W tym samym czasie rodzina Seidenmanów przeszła na katolicyzm, adaptując nazwisko córki w formie lekko zmienionej Konerscy…

W marcu 1934 wyszła za mąż za Antoniego Słonimskiego, poetę i pisarza z grupy Skamandrytów. Małżeństwo to było wielkim zaskoczeniem dla całego środowiska, ale związek okazał się szczęśliwy i trwały. Po zawarciu ślubu Janina Konarska-Słonimska stopniowo wycofała się z życia artystycznego, poświęcając cały czas mężowi.”

Jej brat Tadeusz Józef zginął w 1940, zamordowany w Charkowie. A Antoni zginął w rok po jej śmierci.

***) Irena Szymańska z domu Wiernik (ur. 17 lutego 1921 w Łodzi, zm. 8 maja 1999 w Warszawie)… Jej rodzice, Róża i Szymon Wiernikowie, przebywali w getcie warszawskim; zginęli w wyniku akcji Hotel Polski. Wybuch powstania warszawskiego zastał ją pod Żyrardowem… Od 1945 do 1951 pracowała w Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” (Łódź, potem Warszawa), współpracując z twórcą tego wydawnictwa, Jerzym Borejszą. W 1952 ukończyła studia na wydziale filologii romańskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Razem z Antonim Słonimskim, a później m.in. Tadeuszem Konwickim i Gustawem Holoubkiem, była współtwórczynią „stolików literackich” (nawiązujących do przedwojennych tradycji, miejsc spotkań i dyskusji pisarzy i intelektualistów), kolejno: w kawiarni „Marca” przy placu Trzech Krzyży, kawiarni „Nowy Świat”, kawiarni przy wydawnictwie PIW (przy ul. Foksal) i wreszcie kawiarni w budynku Wydawnictwa „Czytelnik” przy ul. Wiejskiej w Warszawie.